Katarzyna Mijas, Mariusz Koryciński - Schubert - kamyk świetlisty

1.

Zmierzch lata. Przedmieścia Lichtental, jak zawsze, gdy zaczyna zmierzchać, sprawiają wrażenie opustoszałych. Kamienice wyrzucają przez szczeliny w okiennicach strugi światła, barwiąc na żółto unoszącą się mgłę. We mgle majaczą smukłe sylwetki: to sroki szykują się do swych wieczornych obowiązków. Gdzieś z podwórza, poprzedzone przekleństwem starca, dochodzi wycie sponiewieranego kundla. Uderzenie dzwonów podrywa szare gołębie do lotu. W podróż ku tarczy księżyca odprowadzają je ogromne ślepia wygłodniałych kotów, wylegujących się na parujących dachach. A, i jeszcze ten ptasi śpiew kobiet za rogiem. Zmieszany z przerażającym dźwiękiem organów, ptasi świergot – unoszący wszystkie włoski na plecach. Nagle skrzypnięcie – dzwoneczek – światło! – i już głośne rozmowy witają kolejnego gościa…

Za chwilę w małej kawiarni, położonej między konkurującymi ze sobą sklepami galanteryjnymi, zabrzmią nikomu jeszcze nieznane kompozycje. Cechować je będą spójność i bezpośredniość frazy, szlachetność, subtelna melancholia i wdzięk. Bez nadmiernego patosu czy gwałtownego wzburzenia zaskoczą nową chromatyką wprowadzającą nastrój grozy i niepewności. (Za oknem kawiarni zrywa się wiatr.) Zaś towarzyszące melodii słowa zdadzą się nierozerwalnie z nią złączone, jakby od wieków przeznaczone właśnie dla niej, tej jedynej... Przyjaciele kompozytora nie od razu docenią wartość jego nowych dzieł. Trudno zresztą wymagać od nich profetycznych zdolności – może za to więcej wiary w bratnią duszę? (– Przyjaciele są pod pewnymi względami jak zupełnie obcy ludzie – nie dostrzegają tego księżycowego blasku, który ich na wskroś przenika…)

Oczekując na pierwsze komentarze Schubert popija wino zgodnie ze zwyczajem wiedeńskim. Niskiego wzrostu, z nalaną i posępną twarzą, krótką szyją i niskim czołem przyciąga wzrok młodych dziewczyn, z niesmakiem komentujących „dziwaka” siedzącego samotnie pod ścianą. Lecz on nie daje po sobie znać jak bardzo złość dławi mu oddech – kreśli tylko coś z zapałem na serwetce. Raz za razem macza pióro w atramencie na tyle nieuważnie, że obrus – wczoraj jeszcze biały – teraz zmienił kolor na granatowy, prawie czarny… Pani Fliegeltaub, roznosząc pierogi po sali, kiwa głową. W jej oczach nie ma złości, gdzieś na dnie pali się za to matczyne zrozumienie…

Tymczasem serwetka Schuberta zamienia się w partyturę; już można odczytać z niej kilka taktów i słów: rozpoczyna fortepian, potem dochodzi głos: „Meine Ruh ist hin, Mein Herz ist schwer”… A mózg młodzieńca o pobrudzonych atramentem dłoniach plądruje wspomnienie – pierwsze źródło natchnienia: Teresa Grob. Córka lichtethalskiego kupca …to ona pierwsza wykonywała jego pieśni… ona, wydana za mąż za piekarza… rosłego, przystojnego chłopa… i on, 18-letni… „niezbyt” urodziwy chłopak… bez grosza przy duszy… (– Geniusze okupują swój niewyobrażalny talent urodą, czyli jej brakiem. Tak było, jest i będzie – myślała pani Fliegeltaub, zabierając sprzed nosa Schuberta wylizany do czysta talerz.) Słodycz śmietany złamana kwaśnym posmakiem jagód łaskocze podniebienie brzydala. Gdy dziewczyny raz jeszcze zarechoczą, wyciągnie granatowy język. Nie poczuje już jednak tej dziecięcej radości; psota okaże się pusta, pogłębiając przygnębienie.

Zostanie melodia, choć i ona płynie z rozdartej duszy. Duszy wyjącej z bólu i szukającej ulgi, samotnej i niezrozumianej… Takt do taktu, dźwięk do dźwięku, kropla atramentu rozcieńczona słoną kroplą potu. Powstało dzieło, które stanie się zapowiedzią nowej epoki, nowego pojmowania rzeczywistości, nowych emocji, nowych technik, nowych środków wyrazu. Nowe dzieło o starym jak świat temacie… (– To chyba Eliot napisał, że wszystkie wielkie dzieła dotyczą prostych spraw – pomyślałaby pani Fliegeltaub, gdyby tylko Eliot żył wcześniej, z dobrych kilkadziesiąt lat wcześniej. No i gdyby pani Fliegeltaub rzeczywiście roznosiła wtedy Schubertowi pierogi…).

O szybę uderzają pierwsze krople deszczu. Nad stołami wirują hieroglify dymu. W głowie fermentuje alkohol. Jutro Schubert obudzi się z pustką w głowie. Dobrze, że zasypiając ściśnie w dłoni serwetkę: ona przepędzi złe sny. – Gute Nacht, unser Schubert! Gute Nacht…

2.

Idziesz ciemną uliczką, skrywając się przed upałem. Przystajesz pod kamienicą, w której przed laty mieściły się dwa konkurujące ze sobą sklepy. Dziś już nikt nie pamięta pięknych kobiet, kupujących tu rękawiczki. Szarpiesz za zardzewiałe klamki, przecierasz brudne szyby: w środku dostrzegasz pokryte kurzem regały, walające się ciemne z brudu pokrycia i pustkę, przerażającą pustkę niepamięci. Pomiędzy nieistniejącymi sklepami mieści się istniejący dziś (ale jak długo?) antykwariat. Dźwięk dzwoneczka oznajmia twoje wejście; sponad starej księgi unosi się jastrzębia głowa właściciela sklepu. Wchodzisz między wysokie regały, wyciągasz rękę i dłonią wodzisz po grzbietach starych książek. Zatrzymujesz wzrok na jednej z nich, otwierasz na przypadkowej stronie. Czytasz – najpierw od niechcenia, później z coraz większym zainteresowaniem – wpis z 8 października 1815 roku:

Nie potrafię grać na instrumencie, ani śpiewać, jednak kiedy piszę wiersze, zarówno gram jak i śpiewam. Gdybym tylko umiał wydobyć z siebie melodie, wówczas moje pieśni mogłyby nieść innym radość w stopniu o wiele większym, aniżeli dotychczas. Pocieszam się nadzieją, iż pewnego dnia pojawi się bratnia dusza, istota pozostająca ze mną w absolutnej harmonii, która usłyszy melodie zawarte w tych słowach i zwróci je do mnie.

– Boże – myślisz – przecież ja słyszę, ja słyszę… Czy tylko ja – ja jedyny?

Wychodzisz na zewnątrz. Kilka łyków kawy – ukrop parzy przełyk – wracasz do żywych. Po przeciwnej stronie, ponad głowami towarzyszy, dostrzegasz słońce: żółtą parasolkę przewodnika. Zostawiasz więc za sobą ścianę zalepioną plakatami. W myślach powtarzasz zaś strzępki słów: Philharmonischer Chor… Die schöne Müllerin … 19 Uhr... Eintrittskarten an der Abendkasse…

Wieczorem zakładasz smoking, wsuwasz kwiat do butonierki i wychodzisz z hotelu. Taksówką podjeżdżasz pod piękny, stary budynek. Stąpasz po miękkim, czerwonym dywanie; mrużysz oczy oślepiony lampami błyskowymi. Na schodach przeciskasz się z trudem przez tłum osób, żywiołowo coś komentujących. – Boże, co oni mają na sobie… – Tak, to surdut, spleśniały surdut! (– Przed oczyma migają powykrzywiane twarze wytwornych dam.) – Jakiś mężczyzna dodaje:  – Zobaczcie, ten dziwak ma buty nie do pary… – Ktoś inny oburza się:

– Kto ich tu w ogóle wpuścił? – Złość podchodzi ci do gardła. Mierzwisz sierść na głowie, odpinasz muszkę i wykrzykujesz ile sił w piersiach: – Idioci! Idioci! Nie wiecie, z kim macie do czynienia! Zamilknijcie, natychmiast przestańcie świergotać, mówię wam! – Sala nieruchomieje, głosy cichną. A ty wyciągasz różę z butonierki i podajesz ją mężczyźnie w spleśniałym surducie. Oświetlony reflektorem, mówisz: – Herr Schubert, to będzie dla mnie zaszczyt, jeśli skorzysta pan z mojej róży. Jej kolor idealnie przełamie zieloność pana skóry. No i pasuje do sukni pięknej towarzyszki… – I kiedy Herr Schubert podziękuje ci za kwiat, a Frau Grob delikatnie się uśmiechnie, wszystkie twoje włoski na rękach uniosą się z podniecenia. (Gołębie jeszcze raz poderwą się do lotu, koty raz jeszcze odprowadzą je wzrokiem w stronę tarczy księżyca. Pewien brzydal ponownie wyciągnie długi, granatowy język…) A ty zadawać sobie będziesz już tylko jedno pytanie: – Kto by przypuszczał, że te… upiory, te żywe trupy (niestety, Frau Grob nie udało się ukryć białych kości pod zbutwiałymi rękawiczkami) ponownie, po tak wielu latach zasiądą z nami na widowni? Choć nie – pomyślisz sobie – inaczej jest przecież: oni raczej nigdy razem nie siedzieli na widowni w filharmonii… Więc inaczej – zapytasz się sam siebie – się zapytam: – Kto by przypuszczał, że Herr Schubert i Frau Grob zasiądą razem, po raz pierwszy, na widowni filharmonii… po tylu latach? Że ich kościste dłonie wreszcie się skrzyżują… No kto by przypuszczał – powtarzać będziesz jak szalony – no kto?
– Ano – poeta… – odpowie ci pani Fliegeltaub i zniknie za kurtyną życia. A po widowni rozniesie się słodki, odurzający zapach pierogów z jagodami…


PRZYPISY:

Kamyk świetlisty – por. piosenkę Księżycowe dziewczyny w wykonaniu Alicji Majewskiej; muzyka: Piotr Figiel, słowa: Ireneusz Iredyński.

Schubert pije wino zgodnie ze zwyczajem wiedeńskim – tzn. nierozcieńczone. Natomiast rozcieńczanie wina sięga czasów antycznej Grecji; używano wtedy w tym celu wody morskiej. Ten sposób picia uważano za przywilej ludzi cywilizowanych i mędrców.

Pani Fliegeltaub i jej pierogi – por. Rozmowy polskie latem 1983 Jarosława Marka Rymkiewicza.

Gdyby Eliot żył wcześniej – Schubert zmarł w 1828 roku, Eliot przychodzi na świat w 1888 roku.

Wpis z 8 października 1815 roku – rzecz jasna nie jest to wpis Schuberta; jego autorem był przyjaciel kompozytora Wilhelm Muller, poeta. To właśnie do jego wierszy Schubert skomponował muzykę i tak powstały dwa słynne cykle: Piękna młynarka (Die schöne Müllerin) oraz Podróż zimowa (Die Winterreise). Zważywszy na fakt, iż Schubert z pierwszej części naszego opowiadania jest osobą samotną i nieszczęśliwą, przytoczony w drugiej części cytat z Mullera niesie nadzieję: „i Schubert znalazł wreszcie bratnią duszę”. (Cóż za ironia, Drogi Czytelniku – przesłanie opowiadania znalazłeś w przypisie do opowiadania…)

Schubert – upiór – por. wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza Upiór pojawiający się podczas wykonania Sonaty B-dur D 960 (ostatniej) z tomu Zachód słońca w Milanówku z 2002 r. Szczerze się w tym miejscu przyznamy, że nie wiemy, czy Schubert i Grob rzeczywiście dopiero w postaci pozagrobowej pojawili się razem na koncercie, właśnie tego pamiętnego wieczora 2002 roku. Nie jest to zresztą znowu takie ważne; liczy się co innego – że jako upiory zaszczycili nas swoją obecnością. A więc ważne jest to, że życie pozagrobowe jednak istnieje.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież