Janusz Gryz - Jabłko

Dom Dziecka w pojunkierskim pałacu z kolumnami, z szerokim tarasem otoczonym kamienną balustradą i potężnymi konarzystymi dębami w parku za nim. Jest dzień ciepły i słoneczny, z lekkim polnym wiatrem przynoszącym zapach kwitnącego zboża. Na niebie biegną białe obłoki, a po zielonych polach przesuwają się ich cienie, w oddali, w przejrzystym niemal powietrzu.

Dzisiaj jest niedziela, dzień odwiedzin. Dzieci już od śniadania nie odstępują okien. Są spokojniejsze, świąteczne, wyciszone, jakby zamknięte w przedłużającym się oczekiwaniu. Rzadko coś mówią, cały czas wpatrują się w brukowaną drogę pośród bzów i czeremchy, która prowadzi do wsi, do przystanku autobusowego. Autobus przyjeżdża dopiero o jedenastej, a one już od dziewiątej przy oknach, oparłszy łokcie, z nosami przyklejonymi do szyb. Na próżno wychowawcy delikatnie i łagodnie próbują im wytłumaczyć, że jeszcze jest dużo czasu, proponują wspólną zabawę, śpiewanie piosenek, spacer. Dzieci jakby ogłuchły, nie dają się oderwać od okien.

Jest wśród nich drobna siedmiolatka o długich jasnych włosach i chabrowych oczach. Zawsze taka cicha i spokojna, że dzieci nie zaczepiają jej, nie biją. Wieczorami siedzi na swym żelaznym łóżku, ustawionym w kącie sali przy oknie i kołysząc się jednostajnie na boki bawi się w milczeniu szmacianą, prostokątną lalką, którą pół roku temu przywiozła jej babcia. Od tamtej pory nikt jej nie odwiedzał, rodzice zupełnie o niej zapomnieli.

Dzisiaj nie przeciska się do okna, nie wypatruje. Siedzi na łóżku odwrócona plecami z opuszczoną głową. Już tak dawno nikt do niej nie przyjechał, że straciła nadzieję, nie czeka, jest smutna, ściska lalkę i głaszcze ją po głowie, po żółtych zaplecionych w warkoczyki włosach.
A dzieci w miarę, jak zbliża się godzina przyjazdu stają się coraz bardziej niespokojne, nie mogą ustać na miejscu, przebiegają od okna do okna, cisną się rozgorączkowane, podekscytowane, pokrzykują pełne radosnego ożywienia.

Wreszcie w prześwitach między pniami drzew migoczą oświetlone słońcem szyby autobusu i po kilku minutach na drodze, która prowadzi do pałacu, widać grupkę kobiet. Dzieci wybiegają i pędzą do zamkniętej bramy. W sali zostaje tylko dziewczynka z lalką. Kiedy wszyscy wybiegli, uniosła i odwróciła głowę do okna, nasłuchuje rozgłośnego gwaru, pokrzykiwań, śmiechu.

Wtem do sali wpada śniada czarnooka koleżanka i woła zadyszana.

- Chodź, twoja babcia przyjechała.

Dziewczynka wybiega na taras i staje niezdecydowana. Słońce świeci jej prosto w twarz, więc osłania oczy daszkiem dłoni, patrzy z napięciem na ludzi idących od bramy. Wreszcie zobaczywszy babcię pędzi do niej, obejmuje ją za całych sił i wtula twarz w stary wełniany sweter.

W świetlicy pełnej ludzi panuje ruch i hałas. Babcia wyjmuje z płóciennej torby dwa duże jabłka, paczkę herbatników, ćwierć kilo krówek, dwa małe lizaki i kładzie je na stoliku. Wnuczka przytulona do jej ramienia słucha chciwie słów babci, odpowiada na jej pytania. A potem trzymając babcię za rękę, rozglądając się, aby wszyscy ją widzieli, prowadzi babcię korytarzem do holu, gdzie w jednej z gablot wiszą rysunki dzieci. Jest tu starannie narysowany i pokreskowany przez nią portret babci: zaczesana w kok owalna głowa z dużymi granatowymi oczami i ustami rozciągniętymi w uśmiechu od ucha do ucha. Kiedy wracają do świetlicy, z ulgą radośnie podskakuje, to na jednej, to na drugiej nodze. Ten kto ją teraz widzi, uśmiecha się ze zdumieniem. Babcia przypomniawszy sobie o czymś, rozpina sweter i z kieszeni bluzki wyjmuje małe pokryte czerwonym pluszem pudełeczko. Wnuczka unosi wieczko: w kolistym wyścielonym białym atłasem gniazdku złoci się łańcuszek. Dziecko jest wzruszone, obejmuje kobietę za szyję, całuje w policzek. Nagle spojrzawszy w okno chwyta jabłko, zrywa się od stołu, zbiega po schodach na dziedziniec, gdzie obok różanego klombu stoi jeden z wychowawców, którego lubi i do którego czasami, w chwili wielkiej śmiałości przychodzi się przytulić.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież