Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - 007… TABULA SMARAGDINA (II)

    "Podziwiajcie polot płynny
    siłę i majestat linii
    ona jest głosem, którym światło włada
    Jak TRISMEGISTOS w swej księdze powiada".
    Apollinaire


    Jak TRISMEGISTOS w swej KSIĘDZE powiada? Ilekroć PANI EGUCKA krzątała się po EUROKUCHNI z SALONEM – bo to porządkowanie – układanie śniadannych akcesoriów… nieustannie tej ENTROPII zmniejszanie, tylekroć manierą Gertrudy – Żanny, tę pospolitość czynności zasypywała, wypływającymi z jej pamięci, dawno czytywanymi strofami wierszy... Strofy dobierała PRZYPADKOWO? Niemożliwe... PRZYPADKÓW nie ma... raaczej – INTUICYJNIE? A może KTOŚ te strofy jej podpowiadał, a ona, jak jakoweś MEDIUM coś wygadywała? Do końca tej sprawy ustalić nie mogła... Teraz też ten TRISMEGISTOS... no tak! Ten HERMES znów się jej objawiał.

    A ta jego KSIĘGA, o której nam tu wspominał Apollinaire? Zapewne w niej WIEDZA, jaką jego matka IZYDA od wysokiego rangą w anielskiej hierarchii anioła otrzymała i za jego zgodą synowi – HERMESOWI przekazała była; tam zaszyfrowana... POLOT PŁYNNY? SIŁA I MAJESTAT LINII? GŁOS, który światłem włada?... FALE TETA… Ich by tu używać nam trzeba – potrzeba... Bo takowych ksiąg odczytywanie? Teksty to... no właśnie... HERMETYCZNE – zatem UTAJNIONE.

    A może i ta osobliwość w KRODYLOWYM etui też w swej treści HERMETYZMAMI się posługiwała? – SIŁĘ i MAJESTAT LINII? Co to w samej rzeczy znaczyło – ukazywała? To by dopiero było! PANI EGUCKA zdecydowanym ruchem związała pasek rozwianego srebrzystego szlafroczka i ze słowami na ustach – CO MI TAM – odważnie w stronę fortepianu na KRYSZTAŁOWYCH KULACH zawieszonego ruszyła; potem nawet nonszalancko oń wsparta, wymachując jedną nogą wprzód i w tył, swemu CIAŁU przypominała, że ta ANIMA... ten RUCH WIECZNY – ODWIECZNY... gimnastykowała; nareszcie, niby od niechcenia – ale CIEKAWSKIEGO CHCENIA naprawdę – po tego KROKODYLA sięgnęła i pomocowawszy się z zaciśniętą zapinką – metalowym guziczkiem dawno chyba nie odpinanym bo zardzewiałym – jego BRZUSZYSKO rozwarła – wręcz rozszarpała była.

    ŻADNA PUSZKA PANDORY! – wykrzyknęła ucieszona PANI EGUCKA, wydobywając nieco już nadgryzione zębem czasu CACKO – prawdziwą KSIĘŻNOKSIĄŻKĘ, bo taką jej się zdała; bo oprawna w zielony SAFIAN; bo jej wytworna skromność odciśniętym pośrodku okładki HERBEM – EXLIBRISEM złotym przystrojona była.

    HERB… Dobrze… DZIEWIĘĆ PAŁEK z PERŁAMI – hrabiowski zatem; takim herbem hrabia ZYGMUNT CZARNECKI, niegdysiejszy właściciel tej KSIĘGI się pieczętował – herbu TĘPA PODKOWA był.

    Kiedy tę osobliwość ZBIORÓW WAGNEROWSKICH rozwarła, WSZYSTKO! Wszystko, jak ongiś anonsował to doktor ARKADIUSZ telefonicznie się zgadzało – ukazało na pożółkłej KARCIE; PANI EGUCKA odczytywała:
    CZARY NA DWORZE
    KRÓLA STEFANA BATOREGO

    Z dziejów mistycyzmu w XVI wieku
    jako przyczynek
    do charakterystyki KRÓLA STEFANA
    przez
    Aleksandra Kraushera

    JEJKU!!! Ależ ten autor skromny! Wręcz drobnym maczkiem swe nazwisko ujawniający, zupełnie jak ta współczesna największa pisarka EUROPY – ELENA FERRANTE, nie FERRANTE? Nikt tego wiedzieć, nie mógł – nie może, bo według tajemniczej FERRANTE tylko DZIEŁO ważne, a nie jego twórca? Bo może ODTWÓRCA; z innych przestrzeni niż ziemska treści dobywane, bo autorstwa raczej VIS MAJOR, a autor ziemski? Jedynie INSTRUMENTEM PISARSKIM się stawszy, te, niejednokrotnie jego samego epatujące treści zdumiewają – zadziwiają; sam siebie zapytuje:

    I JA TO PISAŁAM – PISAŁEM?!!!

    Chyba jakowymś MEDIUM byłem – się stałam.

    Bo pisanie – wypisywanie KSIĄG pełnych HERMETYCZNYCH TREŚCI to jeszcze jedna TAJEMNICA ISTNIENIA, której jeszcze też nikt nie odkrył.

    Zatem znakomite księgi może i nie bez racji… Ta FERRANTE… Winny zachować absolutną anonimowość, niczym średniowieczne KATEDRY, których twórców też nie znamy; nie wiemy kto wymyślił np. te wspaniałe sklepienia krzyżowo – żebrowe, których przecież nawet i budowniczowie PIRAMID w starożytnym EGIPCIE nie stosowali – znali! – rozmyślała PANI EGUCKA, bo ta precyzyjna narracja ELENY FERRANTE? opowiadająca świat, ją zachwycała była.

    TRZECIE OKO... – ta autorka, jak PANI EGUCKA, też je miała – przekonywało obie, że każdy FAKT prowadzi – zaprowadzić musi bacznego obserwatora – ZAWSZE – w pobliże TAJEMNICY ISTNIENIA uwodzącej NIEŚMIERTELNOŚCIĄ?

    PANI EGUCKA wręcz obsesyjnie samą siebie o to dopytywała, ustawicznie żywot tych, ową NIEŚMIERTELNOŚCIĄ uwodzonych – zwodzonych? ALCHEMIKÓW obserwowała. Bo MOŻE... no tak: ta cierpliwość badacza... to uzasadniała; bo może dla nich ta TRANSMUTACJA – owa zamiana pośledniejszego kruszcu w ZŁOTO, SREBRO, za pomocą ELIKSIRU – KWINTESENCYJĄ zwanego, który zmieszany z roztopionym metalem przeistaczał? Miał? NATURĘ i WŁAŚCIWOŚCI metalu w ZŁOTO jeśli był czysty, lub w SREBRO, gdy mniej oczyszczony – jedynie jakąś przykrywką była – być mogła; zachłannością możnowładców sterowana – nakierowana, ale dla takich POSPOLITOŚCI ŻYCIA swego by nie oddawali – nim ryzykowali... nieee... – utwierdzała się w swych domysłach PANI EGUCKA.

    Te ich poznawcze namiętności... To musiało być coś o wiele ważniejszego, jakoweś konotacje... Z czymś nieznanym PANI EGUCKIEJ.

    Tak, tak – wzdychała PANI EGUCKA upijając łyczek, już zimnej, herbaty – tej z BŁĘKITNYM SŁONIEM. Bo to milczenie... TAJNE KSIĘGI... TAJNE JĘZYKI – wszystko HERMETYCZNE, w tych kapilarkach, które sam HERMES wynalazł, pozbawionych powietrza, pozamykane – przypomniała sobie PANI EGUCKA, bo gdzieś o tym czytywała.

    Może przywoływaniem DUCHÓW z innych przestrzeni się zajmowali – też, też, PANI EGUCKA jednym uchem o tym słyszała – tym TRZECIM – bo też TRZECIE UCHO miała... Szukanie u DUCHÓW pomocy w sprawach ziemskich, doczesnych? ALEŻ!!! PANI EGUCKA też w pałacu panów von HOFF DUCHY WYWOŁAŁA? WYWOŁYWAŁA? Miała tak czyste SERCE, że nie musiała się ich bać, a w swej dziewczęcej naiwności uważała, że WIRUJĄCY na okrągłym stoliku z przedwojennego saloniku CÉCYLII PUCHE, mały talerzyk odwrócony dnem do góry, z wymalowaną nań strzałką przez siostrę starszą – BARBARĘ, wyjawi jej wszystkie niejasności tego ŚWIATA – TAJEMNICE, których od dziecka poszukiwała...

    Talerzyk krążył żwawo, wskazując strzałką litery łacińskiego alfabetu, wypisane kredą półkoliście na wspomnianym stoliku, składając – układając wyrazy, które miały być GŁOSEM DUCHA, bo ten NATYCHMIAST się zjawiał, gdy dłonie PANI EGUCKIEJ się zetknęły z dłońmi siostrzanej BARBARY, stryjecznego brata Grzesia i panien WITTÓWNYCH – zamieszkałych w PAŁACOWATEJ oficynie córek również tu nauczającej pani WITTOWEJ.

    Teraz taką rolę spełniał był INTERNET, bo ileż to DUCHÓW nim władało – kłamliwe bajeczki ludziom głupkowatym opowiadało; całkowicie ich umysłami owładnęło – uzależniło, wolności, niezależności pozbawiając.

    Ale wówczas? Jesienne wichry wyjące w konarach drzew wiekowych w parku panów von HOFF wpadały przez komin do popielnika kominka w pokoju MASONÓW i wyjąc, i gnając poprzez opustoszałe sale i galerie, z DUCHAMI wirującego stolika – talerzyka się spotykały, ANTURAŻ GROZY jakowejś jesiennej epatowały; nawet listowiem zerwanym z drzew z pobliskiego GROBOWCA panów von HOFF w okna rzucały – toteż DUCHY chętnie do pokoju MASONÓW przybywały i STUKAŁY... UWIADAMIAŁY... raz nawet pytania na klasówkę z matematyki PANI EGUCKIEJ podpowiedziały, a maleńkiemu wówczas przyrodniemu braciszkowi przepowiedziały, że profesorem ANTROPOLOGII zostanie i ich szczątkami doczesnymi – CZASZKAMI się zajmie. No i nim został.

    Tak... Teraz tylko ten DUCH INTERNETU... ooo! Jakąż to MAMONĄ owładnięty... Wszystko na ZŁOTO przerabiał, KAMIENIA FILOZOFICZNEGO nie poszukiwał – go nie potrzebował. Ten Stasiny ISTNY, to on kopytkiem klawiszy laptopowych postukuje, a jak OGONEM w MASMEDIACH kręci!!! Te DOLNE części ciała ukazując nieustannie, w nich się CZŁOWIEKOWI RAJU UTRACONEGO doszukiwać nakazuje; nawet dawne śliczne jedwabne pończoszki przedwojennych DAM, nazywać RAJ (!) stopami nakazuje – na te RAJstopy je przerobił.

    Ten Stasiny ISTNY wszystkich RAJCOWAŁ, ale nie PANIĄ EGUCKĄ, bo PANI EGUCKA nadal KSIĘGI – zwłaszcza te TAJNE kochała, ich poszukiwała, w nie się wczytywała była.

    DUCHY... w POKOJU MASONÓW... – się rozmarzyła PANI EGUCKA tym wspomnieniem szalonego dzieciństwa, bo romantycznego, zauroczona. Znużony ich wywoływaniem brat stryjeczny GRZEŚ, któremu DUCHY właśnie co przepowiedziały – ostrzegały, że jak do ZAKOPKA zjedzie, to schodząc z GIEWONTU swe najlepsze porcięta zgubi, ruszył w stronę fortepianu i akordami wydobywanymi swymi długimi – jak PANI EGUCKIEJ – palcami herbowego ICZA, zagłuszył wyjącą – szalejącą w parku wichurę i zaśpiewał:

    POWRÓĆMY JAK ZA DAWNYCH LAT
    W ZACZAROWANYCH BAJEK ŚWIAT…

    Bajki nie bajki – rozpamiętywała nadal PANI EGUCKA – przecież wywoływaniem – próbami komunikowania się w sprawach doczesnych z DUCHAMI – ZAŚWIATAMI zajmowano się od wieków; i to w dalece ważniejszych sprawach, aniżeli gubienie spodenek pod Giewontem, zwłaszcza czyniono to na dworach panujących! PANI EGUCKA wyczytała, że nasiliło się to w epoce ODRODZENIA, bo to wówczas… ten NEOPLATONIZM… POETYCZNA, filozoficzna mieszanina doktryn indyjskich, egipskich, hebrajskich i greckich się starała owładnąć umysłami społeczeństw chrześcijańskich, by skojarzyć się z zasadami panujących religii.

    Poszukiwano tych największych SKARBÓW ziemskiego żywota – ZDROWIA, WŁADZY, SIŁY, BOGACTW i PRAWDY WIEKUISTEJ – przypomniała sobie PANI EGUCKA – bo tym się właśnie ekscytowała czytając swoje – czy na pewno DZIWACZNE?! KSIĘGI, zatem WIEDZIAŁA: każdy uczony zajmujący się w XVI wieku naukami przyrodniczymi, nie interesował się wyjętą z kontekstu jedną – jedyną częścią ludzkiego ciała, ale – czy to MEDYK, czy ASTRONOM, czy FILOZOF to był – musiał być! JEDNOCZEŚNIE! adeptem tajnych umiejętności w dziedzinie MAGII, ASTROLOGII, DUCHOWNICTWA i MISTYCYZMU... Stąd tylu z nich parało się właśnie ALCHEMIĄ...

    PARAŁO??? – olśniło naraz PANIĄ EGUCKĄ – zapewne NIEZNANI (w tajnych kręgach ZNANI!) FILOZOFOWIE owo TOWARZYSTWO – do DZIŚ się nią para. Dlaczego? To JASNE! By opracować skuteczne metody walki z REPTILIANAMI i znaleźć DROGĘ (JEJKU! Ten HERMES! Ten syn pierwszej ALCHEMICZKI IZYDY! Przecież to on wyznaczał szlaki komunikacyjne, a nawet jako bóstwo płodności, umieszczał tam emblematy falliczne!) rozwoju CZŁOWIEKA – LUDZKOŚCI – drogę WZWYŻ! Do CZWARTEJ przestrzeni, gdzie zrzucone – wyrzucone z RAJU upadłe anioły – REPTILIANIE właśnie – zaokludowane tam, już tylko mogą LEŹĆ w dół – do wymiaru trzeciego, gdzie wciąż jeszcze czerpią energię z cierpień ludzkich, a gdy ludzi tam zbraknie… Ta emigracja ludzi w GÓRĘ... Zejdą do wymiaru DRUGIEGO, gdzie zwierzęta... Teraz one będą cierpiały, a gdy ich zbraknie, REPTILIANIE się stoczą na poziom pierwszy, gdzie już tylko KAMIENIE i tam nastąpi kres ich panowania – zamienią się w GŁAZY!!! – ucieszyła się PANI EGUCKA i wsparłszy się wytwornie o kapryśnie powyginaną poręcz swej PAŁACOWATEJ kanapy, rzuciła dumnie na głos:

    Działalność TOWARZYSTWA NIEZNANYCH FILOZOFÓW? Oczywista! W stronę TAJEMNICZEJ WIEDZY o kierunku IDEALNIEJSZYM, wkraczającym w sferę stosunku DUCHA LUDZKIEGO do PRZEDWIECZNEJ i WIEKUISTEJ SIŁY, rządzącej LOSAMI WSZECHŚWIATA!!! Się kierujemy!!!!!

    To nie dobra doczesne... nie ich szukali… przyzywając nadnaturalne siły... te ZAKLĘCIA TAJNE... utrzymując stosunki z DUCHAMI (proszę! jak PANI EGUCKA w pałacu panów von HOFF?), uzyskiwali WIEDZĄ o TAJNIKACH WSZECHBYTU, a odsłaniając rąbek ŻYCIA POZAGROBOWEGO, przynosili ulgę w cierpieniach... REPTILIAN wrogami zatem byli – PANI EGUCKA w dłonie z radości zaklaskała... no tak! To REPTILIAN... ha, ha, ha! – STACZANIE!

    - Widzisz! WIDZISZ PANI EGUCKA – ucieszyła się tam w GÓRZE Stasia od św. ZYTY – ULGA W NASZYCH CIERPIENIACH nam się szykuje! Ależ dali – dają ALCHEMICY tym REPTILIANOM POPALIĆ!!! Dobra jesteś w te twoje myślące KULKI… Ci młodzi by powiedzieli, żeś DEBEŚCIAK! Tylko tak dalej.

    No, no! Stasia od św. ZYTY nawet mi się powiedziała: DALI, DALI – DO ROBOTY – pierwszy raz mnie tak uszanowała – zdumiała się PANI EGUCKA. Zatem muszę sobie sama to zdanie zaaplikować:

    PANI EGUCKA – DALI, DALI, DO ROBOTY!

    Tak rozmyślając, PANI EGUCKA powoli okładkę KSIĘGI rozwarła i... NARAZ! szesnastowiecznej TUZ ALCHEMII się jej był ukazał... PORTRECISKO MROCZNE, postać w FUTRZYSKO chędożne (wbrew zakazom REPTILIAN, by futer zwierzęcych nie nosić, by to ŻYWE zwierzaki cierpień dostarczały – ŻER im nastarczały w drugiej przestrzeni) SOBOLE chyba – okutana; oblicze za zarostem potężnym skrywane... Usta wychylające się z zarostu posępnością milkliwą znaczone... Znad tego potężnego zarostu jedynie policzki charciego wąskiego arystokratycznego oblicza się wyłaniały – ukazywały... Ooooo! Takie same jak JARVISOWE? Nawet oczy tożsame! Spojrzenie – niczym spojrzenie SFINKSA – zamykało się w sobie... tak jak u JARVISA... PANI EGUCKIEJ nie dotykało – napotykało, jakby i on dla PANI EGUCKIEJ czasu nie znajdował – ofiarowywał; INNYCH PRZESTRZENI – nie ludzkich – potrzebował ty je penetrować w poszukiwaniu ścieżek wiodących ku NIEŚMIERTELNOŚCI…

    PANI EGUCKA już się kiedyś z czymś takim spotkała – coś takiego wyczuwała; patrząc na ów portret wspomniała ERMITAŻ… IMPRESJONISTÓW i to, że wówczas też o ich obrazach tak samo myślała:

    MONOLIT dla tych, co chcieliby poklepać po ramieniu NIERZECZYWISTOŚĆ… RZECZYWISTOŚĆ dla tych, którym ARKADYJSKIE ŚWIATŁA na poboczach ICH DROGI wskazują jak dotrzeć do TAJEMNICY ISTNIENIA…

    Przedziwne nakrycie głowy – coś jakby SZLAFMYCA zwieńczona górą zawojem – jak u Jarvisa to GNIAZDO PTASIE przypominające… dłoń wsparta? O hoho! O kryształową kulę, której gabaryty cyrklem odmierzał i jej konstrukcję badaną – ustalaną na papier przenosił.

    Nazwisko tej OSOBISTOŚCI wygłaszał podpis:

    Dr JAN DEE
    Astrolog i Czarnoksiężnik ELŻBIETY Królowej Angielskiej
    1527 – 1607

    Gdyby nie ten zarost potężnobrodaty, jak żyw JARVIS się PANI EGUCKIEJ z 2017 roku się był ukazał!!! Na tym PORTRECISKU.

    RETY!!! Ta MINIATUROWA… Co ona o tym JARVISIE mówiła? Jak to było? AHA! – Wie pani, JARVISA z kolei ponownie potwornie KOŚCI BOLĄ… No, ale tak WIEKOWE KOŚCI BOLEĆ czasem muszą…

    Zatem nie tylko FLAMMEL czterystu lat dożywał! Czyżby i doktora DEE NIEŚMIERTELNOŚĆ z pomocą ELIKSIRU KWINTESENCYJĄ zwanego do APARTAMENTOWCA Szlacheckiego – juniora sprowadziła była – pokpiewała niby to PANI EGUCKA, ale... wciąż się ZASTANAWIAŁA....

    - Czy ja ci PANI EGUCKA stale – że nie powiem: ŁOPATĄ – w głowę kładłam, że są na świecie rzeczy, o których się tym FIŁOZOFOM...
    - Tym ZWYKŁYM – przerwała PANI EGUCKA – bo nie tym UTAJNIONYM, tym się WSZYSTKO śniło... – rzuciła trochę HARDO.
    - Śniło, nie śniło – denerwowała się tam w GÓRZE Stasia od św. ZYTY – WSZYSTKO przecież tylko w naszej GŁOWIE: ten twój

    FLAMMEL, a może i DEE wbili sobie do głowy te CZTERYSTA lat życia, no to... ooo... Ten DEE zamiast w czarnym grobie – w czarnym apartamencie sobie siedzi... jak ci MASONI, bo po co oni na CZARNO te swoje pokoje malowali? Coś kombinowali...

    - Gorąco, Stasiu, GORĄCO – aleś z ciebie mądralińska, przecież CZERŃ energię pochłania, to sobie może i w ten sposób ENERGIĘ ŻYCIOWĄ namnażają? Czyż nie? Oni przecież nie ziemskiego światła potrzebowali – poszukiwali... Raczej to ARKADYJSKIE...

    Zaledwie PANI EGUCKA o tych ARKADYJSKICH ŚWIATŁACH wspomniała, je na pamięć przywołała była – się rozmarzyła, FORTEPIANOWE KRYSZTAŁOWE KULE jej instrumentu BŁĘKITNO – ZŁOTYM blaskiem się rozmigotały i przedziwną, i dotąd nigdy nie wysłyszaną przez PANIĄ EGUCKĄ MUZYKĄ się rozśpiewały...

    MUZYKA? Raczej jej krótkie inspiracje duchem RENESANSU przeniknięte... Niczym przedpróbą orkiestry symfonicznej jakowejś... zabrzmiała LUTNIA… bo to ona umożliwiała renesansową grę AKORDOWĄ – chyba to lewa KRYSZTAŁOWA KULA się teraz popisywała, ale zaraz ta prawa do dźwięku tej LUTNI dołączyła... HOLENDERSKIE KURANTY – owe renesansowe CARILIONS szeregami swych dzwonów rozbrzmiały... i na przemian: a to FLETY DYSZKANTOWE... ALTOWE... SOPRANOWE… TENOROWE... BASOWE… a wszystko zharmonizowane, przyjemnie brzmiące; prawdziwa EUFONIA podkreślająca spójność głosów...

    Ale także, raz za razem , improwizujący śpiewacy, niczym ORFEUSZE jakowyś, się w tych migoczących KULACH ukazywali, na VIOLI, na LUTNI przygrywali...

    Po takiej UWERTURZE, MUZYKĄ w XVI wiek wpisanej, rozmigotała się trzecia KRYSZTAŁOWA i PANI EGUCKA ponownie, ale już nie na PORTRECISKU starawym, ale jako żywo! Doktora Jana DEE ujrzała – wręcz w jego pracowni alchemicznej się znalazła – przebywała...

    Doktor DEE siedział tam zatopiony w rozmyślaniach i modlitwie... PANI EGUCKA wszystko to WIDZIAŁA – OBSERWOWAŁA; tę scenę – niby we współczesnej TELEWIZJERNI.

    Tak więc DEE siedział w swej – przebywał – pracowni – muzeum; bo gromadził tam różne OSOBLIWOŚCI (PANI EGUCKA to rozumiała – bez OSOBLIWOŚCI gromadzenia, życia by sobie nie wyobrażała); w podziw wprowadzała jego biblioteka – prawdziwe rzadkości, zwłaszcza z dziedziny filozofii i matematyki… Były też tam KODEKSY zebrane po klasztorach – chyba ze CZTERYSTA TYSIĘCY TOMÓW!

    To musiało być – to się działo w MORTLAKE koło LONDYNU – przemknęło PANI EGUCKIEJ przez głowę, bo o tym czytywała, ale zaraz się zajęła oglądaniem przedziwnego zbioru instrumentów FIZYCZNYCH i ASTRONOMICZNYCH w tym laboratorium chemicznym – muzeum porozstawianych.

    Jednakże DEE się nimi wówczas, gdy PANI EGUCKA go obserwowała, nie zajmował. MODLIŁ się? MEDYTOWAŁ? Może jedno i drugie, bo PANI EGUCKA słyszała? Czytywała, że Jan DEE choć posiadał umysł trzeźwy i praktyczny, PRACAMI CYFROWYMI, rozważaniami matematycznymi zajęty, to jednakże wyjątkowość jego UMYSŁU i w tym się objawiała, ze skłonność do MISTYCZNYCH dociekań w jeszcze inny świat przywoływała go była – nawet zdało mu się, że do jego pracowni DUCHY ZAZIEMSKIE zstępują, rozmowę z nim ZAWIĄZUJĄ!!!

    I teraz się to ujawniło było... TERAZ, kiedy to PANI EGUCKA, taka przyczajona, w jego pracowni go podglądała... ależ się działo!

    Naraz gotyckie okno – owa RÓŻYCA krągła – blaskiem niebiańskim zajaśniała i przed oczyma DEE – ale i PANI EGUCKIEJ – jakowaś, chyba NADZIEMNA ISTOTA się pojawiła i wręczywszy mu KRYSZTAŁOWĄ TARCZĘ? OWALNĄ KULĘ serdecznie go zapewniała, że ilekroć zapragnie porozmawiać z DUCHAMI zawiadującymi PRZYSZŁOŚCIĄ, wystarczy mu się jedynie w ten KRYSZTAŁ wpatrywać, a te NADZIEMSKIE ISTOTY odsłonią mu tajniki PRZYSZŁOŚCI...

    Takie to było pojawienie się pierwsze ARCHANIOŁA URIELA – bo tak się przedstawiała –  zwała ta osobliwa ISTOTA – w pracowni doktora Jana DEE i za jego to przyczyną – pomocą, gorliwie prowadzone teraz jego eksperymenty z takim TALIZMANEM – o dziwnych właściwościach TARCZĄ KRYSZTAŁOWĄ – taki mu rozgłos przyniosły, że do uszu królowej ELŻBIETY owe wieści dotarły – zadziwiła się PANI EGUCKA, ale niczym już się nie epatowała, bo naraz zagrała LUTNIA RENESANSOWA w jej komórce, po czym natychmiast KRYSZTAŁOWE KULE FORTEPIANOWE zagasły, a w słuchawce telefonu wysłyszała miły dystyngowany głos głosikowaty MINIATUROWEJ:

    - Czy to w pani apartamencie coś osobliwego się dzieje, bo JARVISA coś niepokoi... Wizerunek OLBRACHTA ŁASKOWEGO go prześladuje... Może pani nie wiedzieć, ale on trudne chwile przez ŁASKIEGO na dworze króla BATOREGO przeżywał... Przyjeżdżając po wiekach do Polski sądził, że nareszcie się będzie mógł CZYSTEJ NAUCE oddawać, nauką języka ANIOCHAŃSKIEGO (tym, którym przemawiają aniołowie) się zajmować... a tu znowu jakiś ŁASKO-PODOBNY po EUROPIE... RZYMIE… LONDYNIE jeździ, na wybranego przez NARÓD waszego władcę się uskarża? Jagiellon kolejny, czy co?... Znowu ŁASKI!

    Poo – COO?! WIEKACH??? – wykrztusiła PANI EGUCKA, teraz już okrutnie przerażona.

    Czyżby Szlachecki – junior jakimś ŚWIROM – mówiąc kolokwialnie – apartament pod dwójką był wynajął... hm... te ich ELIKSIRY KWINTESENCYJNE… Te PIZZE o północy dowożone? Jedzonko dziwnawe w papierowych torbach pod drzwi stawiane? Podejrzane... podejrzane. Głośno zaś PANI EGUCKA w słuchawkę rzuciła:

    - Proszę odpoczywać, ja już moją TELEWIZJERNIĘ wyciszyłam, teraz jedynie tej KROKODYLEJ lekturze się będę oddawała – ją czytała; sądzę, że o tej EUROPEJSKIEJ ODYSEI ŁASKIEGO – bo BATOREMU przecież pragnął zaszkodzić szkodził, też się doczytam, no i wówczas będziemy mieli o czym rozmawiać... o OSOBLIWOŚCIACH trwających WIEKI całe... o ile dobrze zrozumiała, to OSOBLIWOŚCI nas do siebie zbliżają – są nam wręcz potrzebne do życia.

    PANI EGUCKA odłożyła komórkę... Zresztą: co mnie to obchodzić może, niech sobie ŚWIRUJĄ; czynsz płacą Szlacheckiemu – juniorowi na czas, nie hałasują; nawet ten ROMANTYZM – są ROMANTYCZNI – rzecz dla PANI EGUCKIEJ ni do pogardzenia, gdy ten PLANKTON DEMOKRATYCZNY… POSPOLITOŚĆ SKRZECZY. Gdzie te czasy, kiedy telewizyjna KOBRA... Ten ARSZENIK I STARE KORONKI... JOE ALEX... SŁOMCZYŃSKI... TELEWIZJERNIA bez bezwstydnych reklam, jedynie dwa programy, ale JAKIE! Bo nie ilość – jakość w jej pierwszym telewizorze – BELWEDERZE królowała.

    PANI EGUCKA ponownie się wygodnie na swej PAŁACOWATEJ kanapie rozsiadła, z DZIADKIEM ICZEM się zgadzała: jak nie PAŁAC – to kanapa – broń Boże: WYPOCZYNEK! Co za nazwa – ten PLANKTON DEMOKRATYCZNY rajcowała, gdy jej wysokość PAŁACOWATA gadała – dziwy, dziwy wymyślała... zupełnie jak PANI EGUCKA.

    PANI EGUCKA nareszcie spokojnie czytała...

    Spokojnie?! Stasia od św. ZYTY znowu gadała:

    - PANI EGUCKA, czytaj sobie, czytaj, ale bez tego świrowania – zmyślania – Stasia od św. ZYTY o stan umysłu PANI EGUCKIEJ się poważnie troskała. Może i nie bez racji, bo tego, czego się PANI EGUCKA teraz dowiadywała, zdumiewała pewnymi analogiami historycznymi i potwierdzało zasadę: HISTORIA – zwłaszcza POLSKI, lubiła się powtarzać! Nikt się na błędach nie uczył i to porażało. PANIĄ EGUCKĄ. W tym 2017 roku. W jej nowoczesnej EUROKUCHNI z SALONEM. ZDUMIEWAŁO. Zwłaszcza to, co w KROKODYLEJ KSIĘDZE wyczytywała i w którą ci współcześni GŁUPKOWACI się nie wgłębiali. Wgłębiali? oni przecież – w większości – wcale niczego nie czytali.

    Dlaczegóż to? Ach, przecież ci REPTILIANIE tyle zabaweczek im dostarczali – umysły ich WYCISZALI – zaśmiecali… a te ich BLOGI – TWITTERY w nich zawarte, według Stasi od św. ZYTY FUNTA KŁAKÓW niewarte… Ta miałkość ich umysłów nam ukazywana? To w jaki sposób do tej czwartej przestrzeni dotrzeć, tych NAJEŹDŹCÓW z konstelacji DRAKO – JASZCZURÓW zmiennokształtnych się wyzbyć.
    Gdy tymczasem wiek XVI takich emocji podnieconymi fantazjami PANI EGUCKIEJ teraz dostarczał za przyczyną jej KROKODYLEJ KSIĘGI, bo za tymi EMOCJAMI CIEŃ TAJEMNICY ISTNIENIA się skrywał? Ooo nie! Ten CIEŃ się wyłaniał!!!

    Bo ten nawiedzony przez archanioła URIELA DEE… ten KRYSZTAŁ mu darowany – KRYSZTAŁ? Bo może LAPTOP z przyszłości, tę PRZYSZŁOŚĆ ukazujący?... TARCZA KRYSZTAŁOWA... – szeptała umęczona tym rozważaniem PANI EGUCKA – AHA! KWARC przydymiony... w BRYTAŃSKIE MUZEUM przechowywany? Bo jak raz, z zamkniętej gabloty – żadne tam włamanie – włamywanie – WYPAROWAŁ? Tak, ale po pewnym czasie się znalazł... tak się działo... dziwne, wręcz dziwaczne – zawołała na głos PANI EGUCKA – zupełnie jak w tej piosence: – dodała:

    POJAWIASZ SIĘ I ZNIKASZ, I ZNIKASZ, I ZNIKASZ,
    MAM NA TWYM PUNKCIE BZIKA, MAM BZIKA, MAM BZIKA…

    Mam BZIKA? – ależ! Jeżeli tak wykształcona królowa, która nie raz i nie dwa dowiodła, że emocjami podnieconymi fantazjami się nie kierowała – ELŻBIETA I – zapragnęła osobiście się zapoznać z tajemniczymi właściwościami owego KRYSZTAŁU? A może i z PRZYSZŁOŚCI dostarczonemu ALCHEMIKOWI DEE LAPTOPOWI, który to LAPTOP tę PRZYSZŁOŚĆ zarejestrowaną UJAWNIŁ W XVI WIEKU!!! Jeśli osobiście powozem lub konno do pracowni DEE w MORTLAKE zjeżdżała by brać udział w rozmowie z DUCHAMI PRZYSZŁOŚCI, to nie były to opowiastki chińskiego MANDARYNA czy barona von MÜNCHAUSEN… O NIE!

    A do tego tych rozmów z KRYSZTAŁOWYMI – LAPTOPOWYMI DUCHAMI? Tyle było, że należało je jednakże spisywać – zapisywać, toteż DEE przywołał był do pomocy, z tajemniczych umiejętności znaną postać CZARNOKSIĘŻNIKA I ALCHEMIKA EDWARDA KELLEYA, aby tenże, jego nadziemskie widzenia w tym migotliwym KRYSZTALE (KOMPUTERA Z PRZYSZŁOŚCI DOBYTYM) UKAZANE, utrwalał na kartach specjalnego DYARIUSZA.

    Ale nie tylko: KELLEY przypisywał sobie pewną TAJEMNICZĄ SIŁĘ pomocną w rozpoznawaniu ukazywanych w obramieniu KRYSZTAŁOWEJ TARCZY NADZIEMNYCH postaci, bo może ISTOT z PRZYSZŁOŚCI przybyłych – wymyślała? PANI EGUCKA, zacierając ręce na swej PAŁACOWATEJ kanapie, dumna z tego – czy aby na pewno FANTAZJOWANIA – i dalej: a to czytała, a to znów kombinowała, bo może – nie fantazjowała, ale DOCIEKAŁA – coś ODKRYWAŁA – to pewne; mówiąc językiem SIENKIEWICZA – MISZKULENCJE tworzyła. Zapewne.

    Powróciła do KELLEYA – ta jego SIŁA osłabła; w odróżnieniu od DEE – dobrego ALCHEMIKA, poszukiwacza PRAWDY i PIĘKNA, niestety – był tylko CZARNOKSIĘŻNIKIEM…

    - No tak, z tymi ISTNYMI się zadawał – dodawana Stasia od św. ZYTY – bo nawet BRZUCHOMÓWCĄ był! Pewnikiem w tym jego brzuchu, wśród smrodliwych nieczystości ten ISTNY przesiadywał – siedział – rozsierdziała się Stasia.

    - Zapewne – potwierdziła PANI EGUCKA – no bo skąd by się brały jego złe skłonności do spryciarstwa i oszustwa; doprowadziły go przecież do fałszerstw aktów notarialnych, za co obcięto mu uszy! A po rozstaniu się z DEE, z którym jako AGENT Jej Królewskiej Mości ELŻBIETY I (byli AGENTAMI 007 – tak się podpisywali – a więc z prawem do zabijania), odbywał podróże po Europie, w tym po Polsce... Ten dwór BATOREGO!!! Swój awanturniczy żywot ALCHEMICZNEGO SZARLATANA w Czechach zakończył – jak każdy opętany przez ZŁE MOCE – samobójcze śmiercią w więzieniu.

    Teraz PANI EGUCKA i jego podobiźnie się przyglądała... W tej KROKODYLEJ KSIĘDZE też ją znalazła. Wręcz ten konterfekt studiowała – przez LUPĘ oglądała.

    W odróżnieniu od DEE, który swą głowę skromną niby to SZLAFMYCĄ przystroił KELLEY podkreślał swą WAŻNOŚĆ nakrywając głowić wytwornym czarnym BIRETEM, spopod którego spływały długie lokowate włosy, szczelnie skrywające owe ślady po – CHYBA? – obciętych uszach; twarz – tak jak i u DEE – ówczesną MODĄ – długą brodą spowita, ale policzki nad nią tak wychudzone i zapadnięte, jakby jakowaś GORĄCZKA – PIEKIELNA CHYBA – biadała Stasia od św. ZYTY – go trawiła.

    Zapewne ci ALCHEMICY w jakowyś zimnych izbach pomieszkiwali, bo SZUBA na nim też dostatnia, też sobola. W dłoniach – bardzo pięknych, delikatnych, nieomal kobiecych, widać, że do ciężkiej, pracy nie nawykłych, ten rozwarty DYARIUSZ trzymał, karta w nim nie do końca zapisana, gołym, okiem zapisków nie odczytasz, aleee... od czegóż LUPA: PANI EGUCKA się nią posłużywszy, UNICJAŁAMI (zupełnie jakby to pisała PANI EGUCKA) wypisane jedno dziwne słowo odczytała:

    TRITHEMIUS

    niżej cztery tajemnicze trójkąty wyrysowane, przedziwnymi znakami oplątane, mające chyba oszukańczej mądrości KELLEYA dowodzić – bo zwodzić...

    Więc to tak! To TRITHEMIUS stał się – był MISTRZEM KELLEYA – wykrzyknęła PANI EGUCKA zrywając się z PAŁACOWATEJ kanapy. Niezłego miał MISTRZA, ale chyba jednak do pięt mu nie dorastał!

    JOHANNES TRITHEMIUS – POTĘGA alchemii… adept CZARNEJ MAGII, choć ta którą praktykował nazywał BIAŁĄ MAGIĄ, sam siebie uważający – nie bez racji – za bardziej wykształconego i kompetentnego MAGA niż FAUST; jemu właśnie zawdzięczamy pierwszą historyczną wzmianką o FAUŚCIE… no, no PANI EGUCKA! Ale z ciebie erudytka, jeśli to wszystko pamiętasz… ba! KOJARZYSZ! – cieszyła się jak dziecko PANI EGUCKA, bo ŚWIAT PRZYGÓD INTELEKTUALNYCH jej wybujałej fantazji dogadzał – czuła się w nim jak ryba w wodzie!

    Ależ! Jak Telimena w biurku, w SANKT PETERSBURGU miała też różne dziwaczne teksty w XIX-wiecznej komodzie francuskiej, którą pokochała od pierwszego wejrzenia w jakiejś starej rupieciarni na ulicy Głogowskiej w Poznaniu i NATYCHMIAST ją kupiwszy, zamówiła bagażową TAXI i w EUROKUCHNI Z SALONEM ustawiła. Pięć głębokich szuflad zapełniła NATYCHMIAST, bo na osobliwości przez nią zgromadzone, stale miejsca brakowało… Teraz ponownie wnętrza szuflad wybebeszyła… SZUKAŁA! ZNALAZŁA!!! Wydruk komputerowy… takie niby… curriculum vitae JOHANNESA TRITHEMIUSA.

    Rozsiadłszy się pośród porozrzucanych szpargałów na perskim dywaniku, ten niebywały żywot kontemplowała… odłożywszy uprzednio starannie LUPĘ na zielonym marmurowym blacie komody… cóżby bez tej LUPY zrobiła? Ani na krok by się w swym odkrywaniu TAJNYCH spraw nie posunęła była! Ani na krok.. bo skąd by wiedzieć mogła, że ten KELLEY… że ten jego MISTRZ TRITHEMIUS… RETY!!! Ależ się DZIEJE – DZIAŁO!

    Teraz się dowiadywała co to dopiero za POTĘGA ów niemiecki ALCHEMIK! Ale – skąd ON swą wiedzę czerpał… noo tak! Czerpał ją z pierwszej ALCHEMICZNEJ ręki; TABULA SMARAGDINA – pisząc prace na temat magii i alchemii, cytował TABLICĘ SZMARAGDOWĄ… Tekst HERMETYCZNY, autorstwa ponoć samego HERMESA TRISMEGISTOSA, a ten swą wiedzę otrzymywał od swej matki IZYDY, a ona? Od ANIOŁA z wyższych sfer! Odnalazł ten tekst w VIII wieku BALINUS – głosił, że odnalazł był ten tekst w grobowcu pod statuą HERMESA. Był on zapisany na SZMARAGDOWEJ TABLICY, trzymanej w ręku przez zwłoki siedzące na ZŁOTYM TRONIE. Do treści tej tablicy odwoływali się właśnie średniowieczny alchemicy, ale też różokrzyżowcy, ale też adepci nauk okulistycznych i ezoterycznych…

    Bo TABULA SMARAGDINA zawierała tajemnicę KAMIENIA FILOZOFICZNEGO… Jak TRISMEGISTOS W SWEJ KSIĘDZE POWIADA…

    Ten APOLLINAIRE… Poeta! WIEDZIAŁ…

    Ciąg dalszy nastąpi…

     

    Również tego autora