Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA. „Notatka” dla KILKU

Pewien zdolny malarz już wiele lat temu ubolewał, że ci, którzy malować nie umieją, mają znacznie większe od utalentowanych szanse prezentowania (a czasem nawet sprzedawania) swych prac. Powiedziałam wtedy, że malarstwo nie jest żadnym wyjątkiem, bo przecież W KAŻDEJ dziedzinie niezdolni stanowią większość i szturmują kolektywnie, bo „kupy nikt nie ruszy”. Dzieje się tak oczywiście tylko w tzw. społeczeństwie masowym, gdzie LICZBA fanów świadczyć ma o JAKOŚCI dzieła. Na ogół efektem ubocznym takiego pospolitego ruszenia jest większa liczba „twórców” niż odbiorców, a iluzoryczny sukces odnieść może tylko ktoś, kto kupę luda chwilowo czymś pobudzi.

„Urok” teraźniejszości zupełnie mnie nie zaskakuje z tego względu, że zawsze miałam skłonność do poznawania prac i poglądów powstałych w czasach, gdy ludzie posługiwali się jeszcze pogardzanym dziś ROZUMEM, a tym samym niejedno umieli trafnie na przyszłość przewidzieć. Już w latach 30. XX wieku Ortega y Gasset (1883-1955) w książce Bunt mas precyzyjnie zanalizował to, co przytrafia się nam obecnie. Nie uważał się on bynajmniej za proroka, ani też jak świry dzisiejsze nie bazował na emocjach, tylko wnioskował z obserwowania zachodzących ówcześnie procesów społecznych! Niezależnie od niego, w tym samym mniej więcej czasie, Hilaire Belloc (1870-1953) w kwestii głównych cech powszechnej dziś mentalności także trafił w sedno! Swą książkę Wielkie herezje (1938) zakończył rozdziałem: Faza nowożytna. Czytamy tam: „Cechą charakterystyczną nadciągającej fali […] jest odrzucenie przez nią ludzkiego rozumu” (Wydanie z roku 2016, s.199).

Nawiązaniami do dawnych mistrzów nie zamierzam dłużej męczyć, bo przecież wiem, że historia (a tym bardziej historia idei!) to dzisiaj żaden hit! Lepiej od razu wdepnąć w to, co mamy teraz. „Wolę towarzystwo niesprawnie intelektualnych, niż niesprawnie uczuciowych” – głosi na portalu społecznościowym pewien pisarz. Jasne, że logiczniej brzmiałoby „niesprawnych intelektualnie”, niż „niesprawnie intelektualnych”. Logiki jednak tu nie wymagam, bo uznaję trafność przysłowia: Z kim przestajesz, takim się stajesz.

Powszechna niechęć do rozumu wynika bezpośrednio z gremialnej niechęci do jakiejkolwiek pracy nad sobą. Dominuje radosna postawa: Jakim mnie panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz! Dumny z siebie jest zarówno wierzący, jak i ateista. Pierwszy dlatego, że uważa się za dzieło Boże, drugi dlatego, że sam czuje się Bogiem. Bez wątpienia jest to wzorcowy przykład tak reklamowanego dziś myślenia pozytywnego.

A teraz będzie o źródłach myśli pozytywnej „na literackiej niwie”, gdzie wszechstronne nieuctwo jest szczególnie ambitne. W związku z likwidacją analfabetyzmu, jakąś notatkę potrafi sporządzić każdy. Nieliczne osoby, które zachowały jeszcze resztki zdrowego rozsądku, nie uznają swych notatek za utwory literackie. Jednak cała reszta uważa, że tam, gdzie coś zapisano, musiał działać PISARZ! Taki „pisarz” stara się nadać swej notatce jakąś nobilitującą nazwę. Jeśli rozczłonkuje zapis na wersy – mówi, że napisał wiersz. Jeśli strzeliło mu do głowy tylko jedno zdanie – nazwie to np. aforyzmem. Cierpiący na słowotok stwierdzi, że pisze powieść. Jeśli zdoła skończyć w miarę prędko – nazwie rzecz opowiadaniem. Rozwlekły, niespójny wywód o wszystkim, o niczym lub o byle czym – na ogół jest przez autora nazywany esejem. Głupi nigdy nie zgodzi się na określenie „szkic literacki”, bo po prostu  nie wie, że to jest  to samo co esej! Mimo szumnych nazw, utwory te i tak pozostają tylko dłuższymi lub krótszymi notatkami, bo nic więcej czynić z językiem pisanym autor się nie nauczył i nawet nie wie, że można coś więcej umieć (!). Jeśli takiemu pokażemy naprawdę dobry wiersz, esej, prozę itp. – natychmiast usłyszymy, że utwór jest niezrozumiały, wskutek „przewagi formy nad treścią”. Jakiś genetyczny chyba wstręt do wiedzy i wyższych umiejętności każe masom mniemać, że ważne treści da się wyrazić bez żadnej formy! ”Ważne treści” to najczęściej ogólnodostępne slogany. Dla wytresowanego przez media poszukiwacza zmiennych wrażeń nie ma nic bardziej stresującego, jak odbiegający od sztampy pomysł czy utwór. Grunt to w sztuce swojska, wygodna prostota i PRZEWIDYWALNOŚĆ. Jednak w konsekwencji zniechęca to do przyswajania, choć „rzucanie okiem” owszem, występuje.

Ponieważ obecny „duch czasu” interesuje mnie we wszystkich dziedzinach, z utęsknieniem czekam, by wreszcie wystąpił jako wirtuoz ktoś, kto po raz pierwszy zasiadł do danego instrumentu i wcześniej NIGDY NIE ĆWICZYŁ. A niby czemu nie? W duszy coś gra mu na pewno (cenione emocyjki), mógłby więc chyba wyrazić… Jednak ta akurat dziedzina skrajnemu nieuctwu się opiera. Nawet dorośli w odniesieniu do swych dzieci i wnuków skłonni są uznać ich za wielkich wirtuozów dopiero wtedy, gdy przynajmniej grania jednej melodyjki w pocie czoła zdołali się NAUCZYĆ. Wciąż liczę jednak na ujawnienie się w tej kwestii postaw godniejszych naszej stukniętej współczesności!

Konsekwentnie twierdzę, że CO NAJMNIEJ STU LAT potrzeba, aby choć w mikroskali odbić się od obecnego kulturowego dna. Nie widząc więc (z przyczyn obiektywnych) żadnych szans na czytającego ze zrozumieniem i kompetentnego literacko czytelnika, z publikowania drukiem rezygnowałam, koncentrując się na czytaniu tych, którzy i rozum, i talenty ocalili, bo dawno zmarli!

Jednak ku memu zdumieniu, KILKU (bez wątpienia żywych) nie dawało się przekonać, że piszących jest aż nadto i ja akurat tej branży powiększać nie muszę. Upierali się, że chcą czytać właśnie moje teksty, a ponieważ dbałam, by żadnego innego pożytku ze mnie nie mieli, o interesowność finansową, cielesną, towarzyską, kumoterską itp. posądzać ich nie mogłam. Tych KILKU (już choćby przez to, że wyodrębnili się z dzikiej masy) nie wypada mi lekceważyć!

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora