Anna Kapusta - Hamlet biblioterapeutyczny?

Artykuł jest próbą publicystycznego sformułowania socjologicznych obserwacji środowiskowych oraz rozmów o statusie naukowym biblioterapii w Polsce prowadzonych przez autorkę w latach 2014-2016 wśród osób badawczo, dydaktycznie i edukacyjnie związanych z Uniwersytetem Jagiellońskim w Krakowie. Autorka – eksplorując przekonania, postawy i opinie o biblioterapii – własnego środowiska akademickiego, czyli badaczy, dydaktyków oraz studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, formułuje hipotezę istnienia pułapek społecznych w polskich praktykach biblioterapeutów (uniwersyteckich).

Autorka zauważa (na podstawie doświadczeń własnych i jej rozmówców) trzy kluczowe pułapki społeczne w polskich praktykach biblioterapeutrów: infantylizację, feminizację oraz gettoizację biblioterapii. Tekst zwraca uwagę, iż nadmiar popularyzacji biblioterapii w Polsce względem niedomiaru budowania jej wizerunku akademickiego utrudnia jej rozwój w ramach instytucjonalnych i postuluje konieczność ogólnopolskiej akcji edukacyjnej o naukowych potencjałach biblioterapii, dedykowaną pracownikom naukowym i dydaktycznym uniwersytetów. W opiniach rozmówców autorki - w Polsce, w tym w krakowskim ośrodku akademickim skupionym wokół Uniwersytetu Jagiellońskiego, biblioterapia posiada niewielki prestiż naukowy, co skutkuje jej systemową marginalizacją w kluczowych decyzjach badawczych i dydaktycznych. Biblioterapia kojarzona tu jest głównie z pozauniwersyteckimi warsztatami dla dzieci i młodzieży oraz osób starszych. Ten steretotyp wynika również z popularyzacyjnego wizerunku biblioterapii kreowanego przez biblioterapeutów związanych ze szkołami wyższymi.


Biblioterapia w ośrodkach akademickich

Problem biblioterapii w ośrodkach akademickich rozumieć można na dwa sposoby. Pierwsze – wąskie rozumienie – sugeruje refleksję nad miejscem zagadnienia biblioterapii w programach i praktykach badawczych oraz dydaktycznych poszczególnych uczelni wyższych. Drugie – szerokie rozumienie – podpowiada, iż „ośrodek akademicki” to instytucja funkcjonująca w konkretnym miejscu i czasie, czyli (czy tego chcemy, czy nie) podległa stanom świadomości wielu jednostek ją tworzących -  od władz uczelni, naukowców i dydaktyków - do studentów i ich środowisk społecznych (rodzina, znajomi, przyszli pracodawcy). Wąskie rozumienie daje nam zatem instytucjonalną diagnozę stanu obecnego, szerokie otwiera perspektywę zrozumienia mechanizmów społecznych rządzących pierwszym i przestrzeń projektującej dyskusji. „Uniwersytet” („szkoła wyższa”) istnieje w społeczeństwie i podlega wszystkim jego prawom. Nie ma i nie będzie biblioterapii uniwersyteckiej bez świadomości jej recepcji przez społeczeństwo. „Biblioterapeuta” uniwersytecki  i „biblioterapia” uniwersytecka istnieją w kontekstach ich odbioru.


Preambuła

Niniejszą wypowiedź ukształtowałam w formule publicystycznej na podstawie blisko trzech lat własnych obserwacji krakowskiego „ośrodka akademickiego” oraz kilkunastu nieformalnych wywiadów (rozmów) swobodnych z różnymi osobami potencjalnie zainteresowanymi biblioterapią (badacze, wykładowcy i studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego). W mojej refleksji biorę pod uwagę przede wszystkim „Kraków” jako miasto, w którym sama zdobywałam szlify biblioterapeutyczne, mówiąc tu z merytorycznej perspektywy badaczki związanej naukowo i dydaktycznie z Uniwersytetem Jagiellońskim, czyli osoby o kwalifikacjach uniwersyteckich socjologicznych i literaturoznawczych. „Kwalifikacje” biblioterapeutyczne uzyskałam na kursach w Wojewódzkiej Bibliotece Pedagogicznej oraz w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Wybór ten oparty był na braku możliwości odbycia jakichkolwiek zajęć biblioterapeutycznych w ofercie dydaktycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Moja literaturoznawcza praca naukowa dotyczy zastosowania kategorii gender (płci społeczno-kulturowej) w jej potencjale biblioterapeutycznym na podstawie twórczości Stanisława Wyspiańskiego. Pracuję również biblioterapeutycznie prowadząc warsztaty biblioterapeutyczne i publikując teksty literackie oraz artykuły naukowe dotyczące biblioterapii w języku polskim. A zatem zdecydowałam się na niniejszą wypowiedź o charakterze postulatywnym, uruchamiając perspektywę socjologiczną funkcjonowania biblioterapii w Krakowie i w Polsce z mojego, subiektywnego punktu widzenia (suma spojrzenia: socjolożki, autorki, badaczki uniwersyteckiej i biblioterapeutki-praktyczki) oraz z punktu widzenia moich rozmówców, zainteresowanych biblioterapią polską. Podzielę się więc w tym tekście rekonesansowym oglądem opinii z instytucji Uniwersytetu Jagiellońskiego, czyli osób związanych z tą właśnie instytucją, z którymi o możliwościach akademickiej biblioterapii rozmawiam od kilku lat. Zrekonstruuję zatem środowiskowy wizerunek „biblioterapii” i „biblioterapeutów”, akcentując zauważone przeze mnie pułapki społeczne, które – w moim odczuciu – blokują rozwój profesjonalnej, akademickiej ścieżki biblioterapii. W Uniwersytecie Jagiellońskim biblioterapia ma dopiero przed sobą otwarcie drzwi.


Hamlet biblioterapeutyczny? Rekonesans własny

W Uniwersytecie Jagiellońskim „biblioterapia” pojawia się przede wszystkim jako – mniej lub bardziej – rozwijane hasło w kursach oferowanych w ramach studiów bibliotekoznawczych i pedagogicznych. Z mojej perspektyw: jako absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego niedobór programowy kursów dydaktycznych z zakresu biblioterapii jest w obecnych warunkach instytucjonalnych uzasadniony brakiem ukończonych projektów badawczych związanych z biblioterapią. Inaczej mówiąc: Uniwersytet Jagielloński nie posiada jeszcze własnych wyników zakończonych prac badawczych w tym zakresie. W sukurs temu brakowi idą – niestety – pojawiające się przy różnych okazjach konferencyjno-seminaryjnych hamletyczne zawołania „o potrzebie biblioterapii”, „leczących książkach” i odtwórcze, bo nieoryginalne referaty o „literaturze jako terapii”. Według moich obserwacji powstaje w ten sposób sytuacja aktywności – nazwę to zjawisko metaforycznie - „Hamleta biblioterapeutycznego”, czyli syndrom zniechęcającego potencjalnych odbiorców (badaczy i studentów) sloganu, że „biblioterapia jest potrzebna”. W trakcie moich rozmów ze studentami Wydziału Polonistyki oraz Wydziału Filozoficznego (studenci polonistyki, socjologii, psychologii i pedagogiki) funkcjonowało silnie skojarzenie „biblioterapii” z akcjami na rzecz osób chorujących psychicznie przeprowadzanymi przez Biuro (obecnie już Dział) do spraw Osób Niepełnosprawnych Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz „lekcjami bibliotecznymi” pamiętanymi jeszcze „ze szkoły”. Wprawdzie nie prowadziłam w tym zakresie regularnych, reprezentatywnych i ilościowych badań, jednak dzięki owym rozmowom oraz obserwacjom własnym, wyodrębniłam źródło tego status quo znaczącej nieobecności instytucjonalnej „biblioterapii”, tworząc subiektywny przegląd pułapek społecznych w polskich praktykach biblioterapeutrów, które uznaję za przyczynę owej nieobecności. Żywię przekonanie, że „biblioterapię” i jej wizerunek tworzą „biblioterapeuci” i w tym tkwi problemowe sedno tej sprawy.


Uniwersytet Jagielloński a „biblioterapia”

W Krakowie mają miejsce przeróżnej jakości działania o charakterze biblioterapeutycznym. Zdominowane są one przez bibliotekoznawczynie i bibliotekoznawców związanych z (innymi niż Uniwersytet Jagielloński) uczelniami wyższymi. Żadna ze znanych mi, działających obecnie w tym obszarze osób w Krakowie, nie posiada kwalifikacji psychoterapeutycznych. Obraz ten – zamiast ugruntowywać biblioterapię - utrwala stereotyp, iż „biblioterapeuta” to wyłącznie „bibliotekoznawca”. W Uniwersytecie Jagiellońskim przekonanie to przekłada się na negatywne skojarzenie owych działań biblioterapeutycznych z dyletantyzmem psychologicznych i terapeutycznym oraz ze specyficznym, celebryckim byciem niektórych rozpoznawalnych biblioterapeutek i biblioterapeutów. Wniosek ten wypowiadam na podstawie (nieformalnych) rozmów. Pułapka popularyzacji „biblioterapii” za wszelką cenę owocuje oporem nauczycieli akademickich przed akademicką „biblioterapią” i sytuacja ta nakłada się także na szerszy kontekst nieufności wobec działań paraterapeutycznych/ rozwojowych popularnych w mieście Kraków, ale i w Polsce. Niestety – wobec braku uregulowań prawnych zawodu terapeuty (o biblioterapeucie nie wspominając) Uniwersytet Jagielloński jako instytucja (w decyzjach jej upoważnionych przedstawicieli) – według mojej opinii – jeszcze długo będzie się dystansował wobec formalnych, instytucjonalnych ścieżek kształcenia akademickich „biblioterpaeutów”. A zatem pułapka popularyzacji „biblioterapii” w Krakowie skutkuje przekonaniem o „nienaukowości <<biblioterapii>>” w opinii akademików, a wraz z nią, przeświadczeniem studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego niejako o hobbistycznym, radosnym działaniu biblioterapeutycznym, najlepiej w formule wolontariatu w organizacjach pozarządowych i instytucjach kulturalnych. W krakowskim ośrodku akademickim nadmiar „medialnej biblioterapii” skutkuje negatywnym jej odbiorem wśród osób związanych z literaturoznawstwem, psychologią i terapią w ramach instytucji Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Biblioterapię” dewaluują tu swoiści celebryci „biblioterapii” obecni w przestrzeni publicznej lokalnych mediów. Ta formuła promocji/popularyzacji „biblioterapii” w mieście Kraków skutkuje więc nieufnością akademików wobec potencjału naukowego/akademickiego biblioterapii.


Pułapka pierwsza. Infantylizacja „biblioterapii”

W trakcie moich obserwacji oraz towarzyszących im rozmów dotyczących „biblioterapii” w mieście Kraków (przede wszystkim oferta bibliotek, centrów i ośrodków kultury) osoby związane z instytucją Uniwersytetu reprodukowały głośno stereotyp, iż „biblioterapia przeznaczona jest głównie dla dzieci, młodzieży i osób starszych”. Przekonanie to wynikało z charakteru oferty biblioterapeutycznej w Krakowie przeznaczonej dla dzieci i młodzieży oraz uczestników uniwersytetów trzeciego wieku właśnie. Stosunkowo „łatwy” dostęp do środków publicznych (granty dla instytucji lokalnych) dedykowanych dzieciom, młodzieży i osobom starszym w Krakowie zaowocował – niestety - infantylizującym odbiorem „biblioterapii” zarówno wśród studentów, jak i badaczy związanych z Uniwersytetem Jagiellońskim. A zatem pułapka biblioterapeutycznej troski o „dzieci, młodzież i osoby starsze” wyraża się w postrzeganiu tej dziedziny aktywności jako praktyki nienaukowej, przeznaczonej do wdrażania w domu kultury, ośrodku opiekuńczo-wychowawczym, ale nie na uniwersytecie. Pułapkę tę utrwala sposób samorządowego grantowania krakowskich projektów biblioterapeutycznych, w których „dzieci, młodzież i osoby starsze” są podmiotem takich zadań. Popularna „biblioterapia” zniechęca akademików do uznania jej naukowej jakości. Studentom „biblioterapia” kojarzy się głównie z warsztatową „zabawą z dziećmi” i tak usiłują ją praktykować jako wolontariusze organizacji pozarządowych. W szczególności popularnością cieszą się projekty nazywane (bez wyznaczników merytorycznych) „bajkoterapią” i „baśnioterapią”.

 

Pułapka druga; Feminizacja „biblioterapii”

Istotną pułapką społeczną w rozwoju „biblioterapii” akademickiej jest także jej wizerunek propagowany mimochodem przez polskie biblioterpeutki-praktyczki związane etatowo ze szkołami wyższymi. Są to niemalże wyłącznie kobiety, co w społeczeństwie polskim związane jest (automatycznie) z niskim statusem społecznym tego typu praktyk rozwojowych i niechęcią studentów do ich podejmowania jako działań profesjonalnych, czyli związanych z koniecznością profesjonalizacji. Moi uniwersyteccy (tu: studenccy) rozmówcy wielokrotnie podkreślali, iż biblioterapią zajmują się „bibliotekarki oraz wychowawczynie przedszkolne”, a więc nie ma sensu wprowadzać „biblioterapii” do programów nauczania „polonistów i psychologów”. W przekonaniu studentów, z którymi miałam dydaktycznie do czynienia, „biblioterapia” nie była dziedziną, którą chcieliby zgłębiać i praktykować „na serio”, twierdząc, że to praca odpowiednia „dla bibliotekarek i wychowawczyń”. Wartościowanie to miało wydźwięk pejoratywny i powielało negatywny stereotyp „biblioterapeutki-bibliotekarki” jako osoby nieprestiżowej (bo niskoopłacanej) na otwartym rynku pracy. W Polsce, niestety, feminizacja działań kojarzy się nadal z niskim prestiżem.


Pułapka trzecia. Gettoizacja „biblioterapii”

W ramach własnych aktywności w zakresie warsztatów „biblioterpaeutycznych” zetknęłam się również z ze zjawiskiem gettoizacji biblioterapii. W jednej z krakowskich bibliotek pracowniczka, popierana przez dyrekcję, spowodowała zablokowanie wolontariackich, bezpłatnych dla odbiorcy warsztatów biblioterpautycznych zaproponowanych przez osobę niezatrudnioną w bibliotece (choć posiadającą stosowne do przeprowadzenia warsztatów kwalifikacje) udzielając informacji, iż „biblioteka ma swoją biblioterapeutkę”. Jak się okazało „biblioterapeutką” tą była absolwentka (wyłącznie) bibliotekoznawstwa, a oferta programowa biblioteki wcale nie zawierała otwartych, bezpłatnych warsztatów biblioterapeutycznych. Z tego typu sytuacjami w Krakowie moi rozmówcy mieli do czynienia, kiedy to bibliotekarz-bibliotekoznawca twierdził, że „biblioterapią zajmują się bibliotekarze”. O naukowej formule biblioterapii i konieczności jej upowszechnienia biblioterapeuci-bibliotekarze nie informują rutynowo odbiorców swoich działań. Powstaje tu swoiste getto. A zatem i ta pułapka - gettoizacji „biblioterapii” - działa negatywnie na jej uniwersytecki wizerunek. Ekskluzywne (i całkowicie nieuzasadnione przecież) pojmowanie przez bibliotekoznawców „biblioterapii” prowadzi do negatywnych skutków postrzegania „biblioterapii”.

 

„Biblioterapia” jako slogan. Antymarketing

Jako osoba edukacyjnie związana z Uniwersytetem Jagiellońskim w Krakowie, uruchamiając tu perspektywę oglądu socjologicznego (społecznego) pułapek kreowanych (zapewne nieświadomie) przez uniwersyteckich biblioterapeutów-praktyków pragnę zwrócić uwagę na fakt, iż inkrustowanie hasłem „biblioterapia” działań niemających charakteru terapeutycznego pod wygodnym pretekstem istnienia dziedziny „biblioterapii ogólnorozwojowej” jest działaniem przeciwskutecznym w akademickim rozwoju „biblioterapii” w Polsce. Skojarzenie „biblioterapii” z „zajęciami dla dzieci, młodzieży i uniwersytetu trzeciego wieku” prowadzi do niechęci naukowców uniwersyteckich do podejmowania zagadnienia „biblioterapii” zarówno w ich własnych projektach badawczych, jak i praktykach dydaktycznych. Naukowcy uniwersyteccy – wedle moich obserwacji – boją się skutków infantylizacji, feminizacji i gettoizacji „biblioterapii” w ramach struktury uniwersytetu. Eksplorując polskojęzyczny dorobek uniwersyteckich biblioterapeutów-praktyków natknęłam się na społeczną praktykę popularyzacji „biblioterapii” niejako „za wszelką cenę” w postaci dublujących się wystąpień, prelekcji i spotkań z przekazem o rzekomej łatwości, lekkości i przyjemności prowadzenia procesu biblioterapeutycznego. Niestety promocyjne przedstawienie „biblioterapii” jako rozwojowej zabawy dla „dzieci, młodzieży i osób starszych” obniża społeczną rangę i prestiż „biblioterapii” w mieście Kraków, co skutkuje przekonaniem środowisk naukowych, że „biblioterapia” to „warsztaty”, nie zaś dziedzina uniwersyteckiej pracy badawczej. Sama, po opublikowaniu na łamach „Przeglądu Biblioterapeutycznego” artykułów wprowadzających do wyników moich badań nad potencjałem biblioterapeutycznym twórczości Stanisława Wyspiańskiego otrzymałam list gratulacyjny od pracowniczki naukowo-dydaktycznej, która wyraziła swoje - pełne uznania - zdziwienie, że „<<biblioterapia>> to nie tylko warsztaty dla dzieci i młodzieży”. Na ten stereotypowy wizerunek „biblioterapii” pracują – niestety uniwersyteccy biblioterapeuci popularyzujący „biblioterapię” w Krakowie i w Polsce, rozpoznawalni w Krakowie. Opór środowiska akademickiego wobec „biblioterapii” jako dziedziny pracy naukowej powraca w związku z tym rykoszetem i w obecnej sytuacji należałoby przeprowadzić ogólnopolską akcję promującą „biblioterapię” akademicką wśród pracowników naukowych, dydaktyków i decydentów wszystkich uniwersytetów polskich. Infantylizacja, feminizacja i gettoizacja „biblioterapii”, które stwierdziłam obserwując krakowski ośrodek akademicki w doświadczeniach własnych oraz w swobodnych wywiadach-rozmowach z osobami związanymi z Uniwersytetem Jagiellońskim dotyczą biblioterapeutów-praktyków uniwersyteckich usiłujących – w najszlachetniejszych przecież intencjach – popularyzować warsztatami, prelekcjami i pokazami „biblioterapię” na terenie całej Polski. Skutek jest taki, że w wielu polskich środowiskach uniwersyteckich pokutuje stereotyp radosnej „biblioterapeutki” organizującej „warsztaty dla dzieci, młodzieży i osób starszych”. I ta szlachetna praca organiczna popularyzacji „biblioterapii” powoduje, że status „biblioterapii” jako dziedziny badań naukowych obniżony maksymalnie, staje się nieatrakcyjnym dla badaczy, dydaktyków i studentów uniwersytetu, pragnących rozwijać swoją naukową ścieżkę kariery. Pozostaje nam wówczas hamletyczny slogan „o potrzebie biblioterapii”, a jak wiadomo – slogan – nie jest dobry nigdy i dla nikogo. Szczególnie dla badaczy uniwersyteckich, których „biblioterapia” interesuje jako dziedzina nauki oraz przedmiot działania naukowego i terapeutycznego. Warto mieć tego świadomość podejmując sygnowaną tytułem i afiliacją uniwersytecką kolejną akcję popularyzacyjną w imię „potrzeby biblioterapii” i pod hasłem promocyjnym „książek, które uzdrawiają”, jak głosił jeden z plakatów promujących biblioterapię, na który natknęłam się w Krakowie. Popularyzacja: tak, ale nie kosztem jej naukowej jakości. „Biblioterapia” potrzebuje w Polsce podstaw badawczych, w które nie są wyposażani adepci kursów biblioterapeutycznych w Krakowie. Biblioterapia – jako dziedzina wiedzy naukowej - wymaga akademickiej akcji informacyjnej, inaczej utknie ona w zinfantylizowanym, sfeminizowanym gettcie mikrograntowych działań warsztatowych. I wówczas będziemy zmuszeni hamletyzować sloganem „o potrzebie biblioterapii” poza murami uniwersytetów. Nauka to badania naukowe, a dopiero następnie ich popularyzacja. Jeśli biblioterpia ma być profesjonalnym zagadnieniem badawczym, to domaga się ona w Polsce silnych silnych ram uniwersyteckich w postaci długofalowych projektów badawczych i ich ewaluacji, a do tego potrzebne jest zaufanie decydentów uniwersyteckich, które budują konkretne badania naukowe. Postrzegam ten stan rzeczy jako społeczną odpowiedzialność uniwersytetu, który nie poddaje się zbyt łatwo presji popularyzacji działań, które popularyzatorskimi będąc – nie promują nauki, lecz wizerunki popularyzatorów. Swego rodzaju opór środowiska uniwersyteckiego, który przejawia się w przekonaniu o infantylizacji, feminizacji i gettoizacji działań biblioterapeutycznych traktuję jako efekt popkulturowego wizerunku biblioterapii. Krakowski obraz biblioterapii w przestrzeniach publicznych (domy kultury, centra kultury i biblioteki) spowodował uniwersytecką nieufność instytucjonalną wobec polskiego potencjału naukowego biblioterapii. Zdrowy sceptycyzm wobec pułapek społecznych dyscyplinuje!

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org