niebo było niewidzialne jak powietrze w balonikach
czyste koszule jaśniały niczym żagle albo duchy, patrzyło
niebieskie drewno, dookoła roiło się od jeży i śmieci
wszyscy słyszeli dyszącego psa.

pod drzewami stały plastikowe krzesła i stoły
wyglądały jak wierne psy w pustych izbach
cała pustka świata zebrała się właśnie tam.

na skraju piaskownicy czuliśmy ostrą krawędź życia
w rogu mrówki turlały w pocie czoła  różowego dropsa,
białe strużki światła nakłuwały spocone ciała, każdego dnia
nabijaliśmy tuzin siniaków od biedy, my chłopcy z placu zbawiciela

tropiliśmy lody śmietankowe jak pocisk termolokacyjny
namierza asteroidę, na dorosłość nie było czasu chyba że
posłuży za podpałkę. sentencja tego wiersza: nieśmiertelność
choć naklejka na samochodzie wskazywała wręcz przeciwnie.

 

 

obudziłem się, wyszeptałem: zimno tobie w nóżki?
nie miałem dłuższej kołdry, a miękkie jak bawełna
serce nie chciało jeszcze spać. spod kwiatów za oknem
wyłaziła ziemia, spod kołdry piętki, nad palce wykręcone
jak sześć i sześć, jak ta słynna autostrada. na ścianie ślad
po lipcowym rzucie w komara i truchło osy na parapecie.
to miała być przygoda, rozumiesz; szarża i śmierć
twoje małe stópki i mój wielki strach.

 

gacki taneczne kończą dzień
którego bladoróżowy uśmiech
jak pożegnalne westchnienie
znika za rodzącą się z wolna
granatową kurtyną w srebrne kropki

ale jutro
świt jak usłużny poczciwiec
ubrany w nadzieję - w nowy promień
bezszelestnie otworzy nowe bramy
a my upieczemy nowe chleby
na nowo spleciemy dłonie
chociaż czas paskudny –
malowany pogardą dla róż

                                        (2015)

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org