Marina Dombrowska - Cudze słowa ratują od leniwości w pisaniu

Wymyślić coś nowego, czego jeszcze nikt inny nie wymyślił,
jak ten Japończyk, który zginął rzucając się z wysokości,
a wcześniej kazał rozścielić płótna, że odbitka będzie.
Prawdziwa wartość.

Do sztuki mam stosunek chaotyczny i instynktowny, jak do pogody powiedzmy.
Komoda taka stara jestem- to we mnie siedzi.
Z drugiej strony jak nieraz patrzę na te nowe rzeczy, to czasem mam ochotę nazwać je numerami.
Staram się zapomnieć (jak na przykład o gigantycznych dziurawych skarpetkach niezwykłej szpetoty
udających gobeliny).

Ciężko mi się myśli o sztuce. Powoli i niepewnie.
Ale czasem coś wpadnie do głowy. Kiedy obserwuję.

Czasem to się przegapia, ale czasem.
Jakaś zasadnicza niezgodność z tym, co jest.
O co chodzi? Nie o to, że błoto malowane w kolorach kryształu jest bardziej prawdziwe niż błoto malowane
błotem,
ale o to, że w błocie jest prawda niezależnie od tego jak się je namaluje.
Palę czasami papierosa, żeby w pracowni pachniało innym człowiekiem,
zostawiam zapalonego papierosa na popielniczce, takie zastępstwo.

Po prostu nie widzę w sobie dalszego dna, w którym warto by grzebać.
Może to źle, nie wiem.

Żyć. I w tej pracy nie pomoże żaden Witkacy, ani Garibaldi, ani histeryk Sartre, ani filozof Kołakowski.
Trzeba z tego zadana wybrnąć samodzielnie. Myślę, że to widać.
Manifesty zostawiam tym, którzy bez tego żyć nie mogą.
Freud i jego kanapa nic mnie nie obchodzą.