Jarosław Hebel - Hłasko w Kameralnej

Młody Marek Hłasko bywał częstym gościem w knajpie Kameralna, która w latach 50. minionego wieku należała do kultowych lokali na powojennej mapie Warszawy. Znajdowała się wtedy przy ul. Foksal 16, gdzie przez jakiś czas później mieścił się m.in. bar sushi Papaya. Legenda Kameralnej była wielka, a obraz Hłaski jawił się na jej tle jako hulaki, który jedyne czym się zajmował, to picie na umór i dawanie w mordę. Jest to oczywiście obraz mocno przerysowany i przebarwiony, na co uwagę zwrócił m.in. Andrzej Czyżewski w wywiadzie udzielonym Marcie Grzywacz w Gazecie Wyborczej, pt. Samotność króla „Kameralnej”.

Hłasko bywał w Kameralnej i pił ze znanymi literatami – Jarosławem Iwaszkiewiczem, Igorem Newerlym czy Jerzym Andrzejewskim. Sam zresztą wspominał w Pięknych dwudziestoletnich, że przechowywał krawat i „dyżurną marynarkę” w garderobie Kameralnej nocnej. Knajpa ta była restauracją z tzw. górnej półki w czasach PRL-u i nie wpuszczano do niej bez stroju wieczorowego. Spotykali się w niej nie tylko studenci, ale też ludzie szeroko pojętej kultury - twórcy, pisarze czy aktorzy.

O Marku Hłasce krążyło wiele legend, nie zawsze i nie do końca prawdziwych, często przedstawiających pisarza w niekorzystnym dla niego świetle jako alkoholika i zawadiakę. Bywało i tak, że to sam Hłasko rozpowiadał o sobie nieprawdziwe historie i umyślnie wprowadzał ludzi w błąd. Roman Śliwonik w książce Portrety z bufetem w tle  wspomina o jednej z wielu anegdot, jakie krążyły o pisarzu:

- Taki przystojny, a tak przeklina - mówiła o Marku Hłasce pani Helenka, szatniarka i wszechobecna osoba w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. – Wczoraj przed południem, gdzieś około jedenastej - relacjonowała mi bardzo głośno – pan Hłasko telefonował z aparatu przy szatni, a ponieważ był trochę tego, wie pan, to osunął się na kolana i rozmawiał klęcząc, a jakiś pan zapytał pana Marka, z kim rozmawia na klęczkach, a pan Marek na to: „Z Panem Bogiem”.

O Marku Hłasce krąży mnóstwo anegdot, w których pisarz jawi się jako nieokrzesany brutal. Na przykład na planie filmu Ósmy dzień tygodnia, w którym grała jego przyszła żona Sonia Ziemann, miałby prosić znajomego, żeby przetłumaczył niemieckiej aktorce, że ma ochotę ją „wypierdolić”. Gdy ten zaczął mówić Soni, że bardzo podoba się Markowi, zdenerwowany Hłasko miał go zapytać: - Co ty jej mówisz? Ty jej nie tłumacz! Ty jej powiedz, co ja chcę! Na pewno za nieprawdziwy należy uznać „news” Joanny Siedleckiej, która w książce Biografie odtajnione wspomina, że autor Pierwszego kroku w chmurach miałby mieć dziecko z gosposią Jerzego Andrzejewskiego. Z korespondencji przebywającego na emigracji Marka Hłaski z jego matką wynika, że było to dziecko autora Popiołu i diamentu. Ten ostatni, podobnie zresztą jak Mach czy Iwaszkiewicz, czynił homoseksualne zaloty w kierunku Hłaski. List Marka Hłaski do Andrzejewskiego nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości co do heteroseksualnej orientacji autora Pięknych dwudziestoletnich, który odpierając amory Andrzejewskiego, m.in. napisał do niego:

Jesteś człowiekiem, dla którego mogę zmienić wyznanie, religię, no nie wiem co, ale Jerzy – są przecież sprawy, o których nie ja decyduję.

Jerzy Urban w filmie Z nimi żyłem, z nimi piłem, ich kochałem – Marek Hłasko (1999) opowiada, że autor Pięknych dwudziestoletnich

(…) pozował na Hemingweya, na Bogarta, na Jamesa Deana. Różne miał tego rodzaju modne wówczas postacie za źródło inspiracji i popadał w kabotyństwo. W miarę, jak towarzystwo oczekiwało od niego, że on coś wykona – jakieś przedstawienie da, jakiś monolog wygłosi, jakiś kieliszek zje, jakąś kobietę pobije, nóż sprężynowy przeciw komuś wyciągnie, to on starał się sprostać temu społecznemu zamówieniu, żeby być ostoją towarzystwa.

Nawet jeżeli tak było, jak twierdzi Urban, to mogło to wynikać z chęci przezwyciężania nieśmiałości i zakamuflowania własnej wrażliwości. Jeżeli bowiem przeczytamy np. młodzieńcze opowiadanie Marka Hłaski Pamiętasz, Wanda, to ujrzymy raczej wrażliwego młodzieńca, stęsknionego za uczuciem miłości do ukochanej kobiety. Absolutnie nie pasuje to do obrazu awanturnika i skandalisty, w jaki Jerzy Urban, redakcyjny kolega Hłaski z pisma Po Prostu, usiłuje wbić autora Pętli.

Po latach oczywiście trudno jest dociec, w której z anegdot o Hłasce znajduje się chociaż odrobina prawdy. Faktem jest jednak, że Hłasko był żywym człowiekiem z krwi i kości i często sam o sobie opowiadał nieprawdziwe historie, mając wielką satysfakcję z wprowadzania innych w błąd, czego wiele przykładów możemy znaleźć w literackiej autobiografii Marka Hłaski Piękni dwudziestoletni. Zofia Hertz też np. wspominała, jak Marek Hłasko w ośrodku paryskiej Kultury czytał jej mężowi Zygmuntowi z zeszytu swoje opowiadanie. Gdy Hłasko skończył i wyszedł, słuchający z ciekawości zajrzał do kajetu, z którego pisarz czytał swój tekst i stwierdził, że zeszyt w ogóle nie jest zapisany.

Andrzej Czyżewski we wspomnianym wywiadzie prostuje wiele nieprawdziwych mitów i legend na temat Marka  Hłaski. Cioteczny brat pisarza i jego biograf twierdzi m.in., że

(...) Marek Hłasko nie był brutalem i alkoholikiem, który rozkochiwał w sobie kobiety, ale miłym, wrażliwym, zdolnym chłopakiem, który pił, żeby odreagować życie. I to wcale nie on uwodził kobiety, lecz przeciwnie, to kobiety jego uwodziły. 

O Hłasce krążyły jednak legendy niczym o kowboju z westernu, w tym i legenda Kameralnej, która

(...) nie jest w pełni prawdziwa, bo wynika z niej, że (Marek Hłasko – przyp. J.H.) nic innego nie robił, tylko pił, podrywał dziewczyny i dawał w zęby. A to nieprawda. Przez te kilka lat, od debiutu w 1954 r. do wyjazdu z Polski w 1958 r., bardzo dużo pisał i męczył się przy tym okropnie, bo wcale łatwo mu nie szło. (...) To w tamtym okresie napisał „Pierwszy krok w chmurach”, „Pętlę”, „Ósmy dzień tygodnia”, trzy scenariusze do filmów opartych na jego opowiadaniach i tworzył teksty publicystyczne dla tygodnika „Po Prostu”.

Dzisiaj w Warszawie są czynne dwie Kameralne – jedna przy ul. Kopernika 3 utrzymana w gustownym, nawet artystycznym klimacie, no i druga... przy ul. Foksal 11, nawiązująca w wyglądzie do czasów PRL-u. W jednej i w drugiej bez trudu można odnaleźć ślady obecności autora Pięknych dwudziestoletnich. Leopold Tyrmand w opublikowanym w paryskiej Kulturze pośmiertnym wspomnieniu o autorze Pięknych dwudziestoletnich, m.in. napisał:

Każdy kto go napotkał – dziewczyna, starzec, dziecko, pies - popadał z nim w miłość nagłą i gwałtowną. Chciał być kochany przez każdego, wdzięczył się, krygował i dopraszał miłości. Chciał ją także dawać, a przynajmniej święcie wierzył, że chce.

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org