Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - 007... Nieśmiertelny agent Ich Królewskich Mości (I)

Jak łatwo zakryć pyłem zapomnienia wieki LUDZKICH ISTNIEŃ, przecież nawet to indywidualne, OSOBNICZE ISTNIENIE niezwykle rzadko jeden WIEK trwa, chociaż ludzie przy każdej nieomal okazji STU LAT życia sobie winszując, to STO LAT… STO LAT wyśpiewują, o tym STULETNIM ISTNIENIU marzą...

Teraz też te życzenia w APARTAMENTOWCU rozbrzmiewały, kiedy to PANI EGUCKA z tego COCORICO powracała – po wschodach – schodach się wspinała – ach, ta STUDENTERIA... co raz zarzucała ciszę apartamentowca, ze swych podziemi niskiego parteru jakowymyś KOCIOKWIKAMI... cóż! MŁODOŚĆ – utwierdzała się w przekonaniu, że będzie ŻYĆ WIECZNIE...


Zgorzkniałe mniemania STAROŚCI szczęśliwie do nich nie docierały... A, że te ich ŻYWOTA mgnieniem CZASU naznaczone... Ich BYTY? Szukaj wiatru w polu? Równie dobrze mogłoby ich nie być??? Bo PYŁ KRYPT... ATOMY ich BYTU... UKAZUJE się nam oto CZŁOWIEK IN STATU NASCENDI?

A jednak! INTUICJA MŁODOŚCI? Coś w niej poruszającego było, gdy tak bez pardonu na całe gardło te STO LAT wyśpiewywała, rozdzierając martwą CISZĘ; TRWANIA w WIECZNOŚCI się domagała.

„CHŁÓD RODZINNEJ KRYPTKI” – wyśpiewywał to Wojciech Młynarski – odrzucała.

Teraz PANI EGUCKA... No, bo ta TAJNA TEORIA DZIEJÓW w którą wnikała – rozważała ją do tego, nie bez racji, skłaniała – z nimi zgodzić się mogła była; PYŁ KRYPT? ATOMY BYTU MINIONEGO? CZŁOWIEK IN STATU NASCENDI? Tak być by i mogło, gdyby nie ich DUSZY – DUCHA objawianie... Jej trwanie w WIEKACH...? Raczej w NIESKOŃCZONOŚCI – WIECZNOŚCIĄ znaczonej...

Ale w WIEKACH też...

TRZECIE OKO PANI EGUCKIEJ – bo może? Zapewne! Ta MĄDROŚĆ BOŻA w niej tkwiąca – ta ZOFIA – wciąż jej nakazywała kroczyć po tych śladach – tropach zamazanych – ZAMAZYWANYCH upływającym CZASEM. FALAMI TETA odgradzanych od bezrozumnych – głupkowatych, bo dla nich ALCHEMICY i ich ALCHEMIA jedynie komiksową bajeczką być by mogła, gdyby w ogóle się nią zajmowali byli, tymczasem zagadkowa wręcz CIELESNOŚĆ ALCHEMIKÓW, przemijania CZASU – jego upływ – się nie bała; ISTNIELI, upojeni swym ELIKSIREM WIECZNEJ MŁODOŚCI – w pustych trumnach ich ciał... Ooo… W trumnie alchemika Nicolasa Flammela nie znajdowano; ani ZŁOTA też, bo to jego szukano w tych sarkofagach.

Jak to było? – PANI EGUCKA tak pnąc się po tych WSCHODACH – SCHODACH, na MEZANINIE pierwszego piętra przystanęła – TAK!!! Zadziwiające!!! CZTERYSTOLETNIEGO FLAMMELLA wraz z tą alchemiczką – żoną PERENELLE w OPERZE PARYSKIEJ widziano!!!


Na tym piętrze zazwyczaj też niebywały harmider panował, przecież apartament pod numerem drugim Szlachecki – junior wynajmował Sorayi, toteż niejednokrotnie w nim całe tabory współczesnych – nieee... nie CYGANÓW, a ROMÓW koczowały, swymi MUZYCZNYMI, aż po głęboki BAS BASETLOWY epatowały głosami… Oczywista, że PANI EGUCKIEJ to nie przeszkadzało, taka kakofonia ich roznamiętnionych głosów, drgających PEŁNIĄ ŻYCIA – no, a tych ich skrzypków granie – łkanie! Wpisywała się przecież w ich ton GERTRUDA – ŻANNA! Zawsze!

Teraz panowała tu głucha cisza – zdawać by się mogło, że nikt tam nie mieszkał, odkąd SORAYA się wyprowadziła, opętana jakąś nową miłością – piątą już z kolei namiętnością... Do kolejnego męża.

Ta CISZA jednak reprezentowała zgoła zupełnie odmienną nację... Ooo... Chyba ZIMNOKRWISTĄ (!); teraz ponoć tam jakiś ANGLIK ze swą polską przyjaciółką zamieszkał; Szlachecki – junior, któremu PANI EGUCKA nie na darmo najlepszych nauczycieli angielskiego wyszukiwała, do Szkocji na wakacje wysyłała, szybko się z nim dogadał i apartament wynająwszy, na konto swe pieniądze przelewać polecił nowym lokatorom i sam – ten dom, który tyle udręczających chwil mu dostarczył – opuścił, udając się do swej niewielkiej, ale pięknej, siedziby w PUSZCZY ZIELONKA, gdzie oddawał się swej nowej, niezwykłej namiętności – STRZELANIU Z ŁUKU – wkrótce zresztą do KADROWICZÓW NARODOWYCH doszlusował. Wiedział, że i tak wszelkie małe – jednak niejednokrotnie dokuczliwe jak pchły – sytuacje mieszkająca tam PANI EGUCKA opanuje.

Nie mylił się – PANI EGUCKA dobrze zapamiętała lekcję, jaką jej dał DYZIO, jej odchodzący na emeryturę dyrektor Zespołu Szkół Chemicznych, mówiąc nie bez racji:

– Pani Dyrektor. jak PANI chce mieć święty spokój i się z problemami nie brać za łby, musi pani mieć swój DWÓR... Ludzi, na których zawsze polegać można... Zresztą ludzie lubią być potrzebni... WAŻNI na swym stanowisku pracy... Tylko trzeba się umieć z nimi dogadać... A pani? Co ja tam będę panią uczył... PANI GADA jak ARTYSTKA.

Teraz PANI EGUCKA w tym apartamentowcu, którym tak nieoficjalnie zarządzać musiała, miała swój DWÓR w osobie właściciela firmy ZŁOTORĘKIEJ – pana Eustachego, którego zapraszała raz po raz na kawę – a kawa parzona przez PANIĄ EGUCKĄ to było COŚ, i wciągała go w sieć tak dziwacznych opowieści, że oszołomiony nimi pan Eustachy natychmiast przechodził do konkretów i naprawiał, jak uskrzydlony, zamki drzwi wejściowych, które studenteria gubiąca klucze dewastowała, wkręcał żarówki przepalone, a nawet podejrzanie mrugające.

Stojąc tak na tym mezaninie, PANI EGUCKA – choć był to dopiero podwieczerz – przycisnęła włącznik światła; wszystkie, od góry do dołu zapłonęły, telefon do pana Eustachego był zatem zbędny, nic nie zakłócało spokoju wieczoru nadchodzącego, a ten spokój był PANI EGUCKIEJ potrzebny… TAJNA HISTORIA DZIEJÓW ukryta w ETUI Z KROKODYLEJ! TAK! Najprawdziwszej KROKODYLEJ skóry ją swymi tajnikami – tajemnicami otoczyć miała! Choooć? Może i omroczyć – zamroczyć…

Już, już zamierzała wspiąć się po schodach na drugie piętro, gdy naraz drzwi wiodące do apartamentu pod dwójką cichutko jęknęły i rozwarłszy się – jakież to DZIWNE! Ukazały CZARNĄ CZELUŚĆ (na dworze było przecież wciąż jasno) za nimi się kryjącą, na której tle, ukazała się naraz osóbka o gabarytach tak miniaturowych, iż w pierwszej chwili PANI EGUCKA pomyślała, że to jakieś dziecko, gdyby nie to, że figurynka miała kształty dorosłej damy i odziana była w ekscentryczną koronkową sukienkę koloru mgły jesiennej nad kartofliskiem w OWIE; suknia miała dołem powłóczystą falbanę, przechodzącą w tren. Tę nostalgię owej postaci podkreślała jeszcze tak rozwichrzona fryzura, jakby osoba ta się przedzierała poprzez przestrzeń nawiedzoną huraganem.

Twarz, o niezwykle wysokim czole znamionującym wysokie IQ, miała wyraz wytwornej uprzejmości, podkreślonej jeszcze uśmiechem? Może i uśmieszkiem, bo w tym uśmiechu dopatrzyć się można było i nieco łagodności, ale zarazem bezczelnej kpiny... A nawet słodkiego bólu... OKSYMORON!!! Zadziwiła się PANI EGUCKA.

Ale także ZACHWYCIŁA. Tuż za miniaturową osobistością, a właściwie na trenie jej koronkowej sukni przysiadł był najprawdziwszy RASOWY MAINE COON – imponująco królewska kotka; jej sierść iskrzyła się i lśniła tak głęboką szarością, że perłowość koronek sukni, wydała się przy niej wręcz biała! I ten jej OGON! DŁUUUGI… rozłożysty… puszysty, którym się kotka teraz niczym etolą pańską owinęła… Taki sam, jak ogon ukochanego kocura PANI EGUCKIEJ w przedwojennej OWIE – MRUCZONIA – był tej samej rady, PANI EGUCKA natychmiast ją rozpoznała…

PANI EGUCKA już… już… zamierzała ją pogłaskać, uwalniając dłoń od KROKODYLOWEGO ETUI i wsuwając je pod pachę, ale ta – dziko miauknąwszy, zjeżyła sierść, przyczaiła tak, jak gdyby czatować chciała na jakiegoś potwornego szczura i powoli, i uważnie wycofała się w głąb pokoju.

– JEANNE COCTEAU – zwróciła się cichym głosem do kotki MINIATUROWA – nie tak się zachowujemy, prawda? Ale kotka naraz jednym susem ukryła się w głębi ciemnej przestrzeni salonu, zaś przy boku MINIATUROWEJ zjawiła się postać widmowo blada, nieomal dwuwymiarowa – tak chuda – i zarazem tak wysoka, że MINIATUROWA wydała się naraz liliputką, którą ten dziwny człowiek mógłby nosić w butonierce, gdyby ową butonierkę w swej czarnej satynowej koszuli – rubaszce jedwabnej posiadał.
Z uprzejmym wyrazem twarzy ukłonił się był PANI EGUCKIEJ, ale manierą BARDZO DOBRZE wychowanego człowieka, ani razu się jej nachalnie nie przyglądał, jakby omijał spojrzeniem, kierując je ponad głową PANI EGUCKIEJ w jakąś bliżej nieokreśloną przestrzeń.

PANI EGUCKA chętnie uczyniłaby tak samo, ale dość często jej ciekawość świata, przewyższała jej chęć bycia DAMĄ zatem omiotła wzrokiem jego twarz – była arystokratycznie wąska, jak u rasowego charta, z włosami CELOWO, bo wręcz ARTYSTYCZNIE zmierzwionymi do tego stopnia, że przypominały ptasie gniazdo...

MINIATUROWA coś śpiesznie zaszeptała po angielsku do niego, a on uprzejmie ponownie skłonił głowę i równie cicho odpowiedział ciepło:

– Ooooo, YES.
– Właśnie mówimy, że ten potworny HARMIDER, który serwują nam DZICY LUDKOWIE z dołu, nawet JEANNE COCTEAU znerwicował; pani to nie przeszkadza? Zajmowaliśmy się tłumaczeniem trudnego tekstu... Ja wpół zdania urwałam... Dostałam migreny i muszę odpoczywać w zacienionym wnętrzu... – dodała MINIATUROWA, jakby się usprawiedliwiając (dlaczego?) z tych wszechogarniających ją czarnot.

Ponownie coś śpiesznie zaszeptała do swego towarzysza po angielsku, a ten z uprzejmą flegmą znów odpowiedział:

– Ooooo, YES.
– Oczywiście, że nie jest to śpiew chórów słowiczych w parku pana von HOFF – poważnie przytaknęła PANI EGUCKA, ale zważywszy na okoliczności... Znów tak często nie BALANGUJĄ – jak to oni mówią. Uporać się z sesją egzaminacyjną na obecnych STUDIACH? to sprostać bezdusznej głupocie tych – zamieniających ich w CYBORGI – naukowców – tego skrzyżowania nauki z owcą, a jeszcze gorzej: z BARANEM; bo co innego naukowiec, a co innego uczony – mawiał profesor Józef Chałasiński.

Nikt ich przecież nie traktuje INDYWIDUALNIE w czas tych egzaminów? Wpędzają ich asystenci do klatki sali wykładowej, odczłowieczonej nawet wyglądem? Pustka ścian, twarde ławy... Klatki na arkuszach – kartach egzaminacyjnych ich kanciasta PUSTKA, zda się być jakąś wariacką wędrówką przez taką samą PUSTKĘ wysuszonego stresem mózgu – bo o ANIMIE być mowy nie może... te KLATKI – ich wypełnianie – zapełnianie decydują o BYĆ ALBO NIE BYĆ, bo to jest PYTANIE? Ach ten Szekspir! To on to przewidział, to MÓZGU biednego w bezużyteczność rozpaczy wpędzanie... Nad tą KARTĄ szekspirowskim OBŁĘDEM łkanie... i żadnego ratunku, bo rozumny profesor z nimi nie rozmawia… A ileż to razy taka rozmowa naprowadzała nas, onegdaj, na tory prawdy o ŚWIECIE – Wszechświecie,  bo młody człowiek podparty WIELKOŚCIĄ MENTORA rozwijał się… Rósł… Nawet oblewając egzamin, czegoś się uczył… Pustej karcie obojętne, że nad nią zapłaczesz – człowiekowi – nigdy? Ileż to razy WIELKI CHEMIK REKTOR JERZY SUSZKO wpisywał w indeks studencki: BO PŁAKAŁA – DOSTATECZNY... teraz – DAREMNE ŻALE… PRÓŻNY TRUD... Stąd teraz te wrzaskliwe złorzeczenia...

Zamiast WYCHOWYWAĆ młodego człowieka DO NAUKI, uczy się go oziębłości i bezwzględności... ten ich wrzask, to lament nad trumną, w której teraz się grzebie resztkę ludzkich uczuć, by w nowym ŚWIECIE wszystko co LUDZKIE zniknęło! – i nikt nie chce uwierzyć w TAJNĄ TEORIĘ DZIEJÓW – to REPTOIDÓW panowanie – nas opanowanie, choć nawet kotka państwa, osobliwie na JEANNE COCTEAU ich zwęszyła... Ta zielona KROKODYLA skóra etui... Nawet i ona się przeraziła, czując – przeczuwając cierpienia, jakich doznać by mogła, gdyby państwa miłością i ludzką opieką się nie cieszyła... REPTILIANIE ponoć nawet i DWÓR ANGIELSKI opanowały... Księżna DIANA ujrzawszy w łazience takiego JASZCZURA ZMIENNOKSZTAŁTNEGO MUSIAŁA zginąć – odcierpieć... WIEDZA PRAWDZIWA kosztuje... Za nią i na stosach palono... Teraz są inne sposoby... Oczywista, że wszystko UTAJNIONE… UTAJNIONE… REPTILIANIE – to słowo do tego stopnia poruszyło flegmatycznego Anglika, że teraz już nie ciepło, nie łagodnie, ale na cały głos, bardzo, bardzo poruszony, nawet wręcz rozgorączkowany wykrzyknął:

Ooooo!!! YES! YES!!!

MINIATUROWA natychmiast wyszeptała mu... Przełożyła słowa PANI EGUCKIEJ na angielski, a on znowu – bardzo przejęty, przytakując, nieco już spokojniej by emocjami w tak ważnej kwestii jak ta TAJNA TEORIA DZIEJÓW… CI REPTILIANIE się nie powodować, cedził przez zęby – z poprzednią angielską flegmą:

Hmm… YES… YES… YES…

i coś tam jeszcze po angielsku do ucha MINIATUROWEJ rzucił.

MINIATUROWEJ jej ogromne zielono – czarne oczy – takie oczy to chyba KAMELEONY miewają – mają – przemknęło przez myśl PANI EGUCKIEJ – jeszcze bardziej rozbłysły jakąś ciekawością rozognione, ale zaraz ta, niepokojąca już PANIĄ EGUCKĄ, jej ciekawość uprzejmym uśmiechem została pokryta, toteż cichutko zapytała:

– JARVIS docieka, skąd to pani tyle o tych REPTILIANACH wie; chętnie byśmy z panią o nich porozmawiali... Umówmy się na herbatkę... angielską… FIVE O’CLOCK? Dobrze? My – w odróżnieniu od tych na dole – nie miewamy czasu na imprezki wrzaskliwe... Całe dnie... światło nas za dnia męczy, stąd te zapuszczone żaluzje, ale i noce jedynie światełkami laptopów... proszę... zielone... rozświetlane, pracujemy... uczymy się języków – SAMI – żadne TESTY nam niepotrzebne, sami pogrążamy się w nasze intelektualne ekscytacje – znamy przecież dopiero osiem języków, a ile nam znać jeszcze trzeba – potrzeba? Wszystko zależy od OKOLICZNOŚCI, które nas zafascynują, bo może przymuszą – śpiesznie dodawała. – Na razie uczymy się dzień i noc, by ochronić się przed tym, co się stać może... – dodała enigmatycznie, a w wyrazie jej OCZU pojawiła się taka stanowczość, jakby komuś skrywanemu wojnę wypowiadała – wypowiedzieć chciała. Tą swą WIELOJĘZYCZNOŚCIĄ WIEŻY BABEL? Światłością swego umysłu obwarowana.

Co ja najlepszego zrobiłam ... tak się rozgadałam, ODSŁONIŁAM! Ten gadatliwy BLIŹNIAK we mnie siedzi... a potem same kłopoty... nic przecież o tych osobach nie wiem... – żachnęła się w myślach PANI EGUCKA. Głośno zaś dodała:

– Jaka tam wiedza... W sezonie ogórkowym nieraz gazety takie głupoty wypisują, a ja teraz, nieco z nudów ... Ten pusty apartamentowiec... Się zabawiam.

MINIATUROWA znów szybko coś do ucha dżentelmena o rzadkim imieniu JARVIS zaszeptała, ten też szybko coś rzucił, nawet o swym nieśmiertelnym YES... YES... zapominając tym razem.

– JARVIS pragnie panią zapewnić, że niczego zabawnego w tej WIEDZY o REPTILIANACH nie ma i przestrzega panią, by się pani raczej nią przed nieznajomymi nie popisywała; jej ujawnianie może sprowadzić na panią duże niebezpieczeństwo... My to rozumiemy lepiej, niż pani sądzić może...

JARVIS jeszcze dodał, iż doskonale WIE, co się w tym ZIELONYM ... KROKODYLOWA skóra przecież!!!... ETUI skrywa. Jak się z tą KSIĘGĄ zapozna – te STRACHY NA DWORZE KRÓLA BATOREGO pozna – wiele... wiele pani zrozumie… dobrze, że pani jedynie z nami o tych ZMIENNOKSZTAŁTNYCH rozmawiała. Od dziś naszym moralnym obowiązkiem jest stać się pani DUCHOWYMI PRZYJACIÓŁMI, bo w KAŻDYCH – dodała z naciskiem – okolicznościach pani na nas może polegać… Nie byle kto! Sam – JARVIS będzie teraz panią chronić – w prostej linii KSIĘŻA TWERSKA to nie byle kto!

Nie zapraszamy pani do wnętrza, bo ja... Ta MIGRENA...

– ARYSTOKRATYCZNA CHOROBA... – zauważyła PANI EGUCKA, by to niby takim żarcikiem dziwność tej sytuacji rozładować, ale MINIATUROWA wcale tego widać za żart nie uznała, tylko szybko dodała:

– Wie pani, JARVISA z kolei ponownie kości potwornie bolą... Może i korzonki, no ale TAK WIEKOWE KOŚCI boleć czasami muszą... Właśnie eliksirem ze ślimaków je smaruje, to bardzo pomaga.

– O–ooo–czywiście – zająknęła się zdumiona PANI EGUCKA, gdyż widmowej postaci JARVISA nawet i trzydziestu lat by nie dała. – Proszę zatem odpoczywać; jakież to miłe, że jesteśmy sąsiadami... a ja – te dziwactwa tej KSIĘGI OSOBLIWEJ mnie przymuszają, bym się nią – DLACZEGO??? – zajęła.

Gdzieś, z wnętrza apartamentu ciemnego pod numerem drugim dobiegło tak rozpaczliwe miauczenie, iż PANI EGUCKA śpiesznie się pożegnawszy pobiegła do swego apartamentu. Pod trójkę.

Wbiegła doń i przez moment się zastanawiała, gdzie umieścić ETUI Z KROKODYLEJ SKÓRY... się po salonie rozglądała, koniec końców ułożyła je na wieku fortepianu, który nabyła onegdaj od swej leciwej nauczycielki muzyki, pani SCHIMMSCHEIMER, córki poznańskiego architekta, który – budując PEWUKĘ, znany w Poznaniu, pod nazwą BAŁTYK, gmach wybudował, w którym pianistka mieszkała.

Kiedy los BAŁTYKU został przesądzony, jego rozbiórka miała pozbawić mieszkań tamtejszych lokatorów, pani SCHIMMCHEIMER uszczęśliwiła fortepianem PANIĄ EGUCKĄ, a sama przeniosła się była do wieczności – cóż, STARYCH DRZEW... No tak bez przesady z tym przesadzaniem.

Ten fortepian! Oooo... on nie był taki zwyczajny! Sycił i zadziwiał pewną osobliwością, które to przymioty PANIĄ EGUCKĄ zawsze fascynowały były: FORTEPIAN stał na KRYSZTAŁOWYCH NÓŻKACH!!! Niee, takiego PANI EGUCKA nigdy nie widywała, a że na osobliwości skłonna byłaby wydać ostatni nawet grosz, fortepian kupiła... Oczywiście! Stasia od św. ZYTY natychmiast pojęła, że – według niej – PANI EGUCKA się SPŁUKAŁA, ale uszy Stasi od św. ZYTY nie raz, nie dwa woskowiną pozaklejane, tych wytwornych wibracji... co KRYSZAŁ, to KRYSZTAŁ – niestety, nie słyszała. A poza tym, NA PEWNO, ten fortepian jakąś tajemnicą epatował... – oczywiście… – według PANI EGUCKIEJ.

Co dwa dziwne przedmioty, to nie jeden, od przybytku DZIWNOŚCI PANIĄ EGUCKĄ przecież nigdy głowa nie bolała.

Jednak na wszelki wypadek – NA JAKI?!!! Nie wiedziała – zdjęła ze ściany IKONĘ PRZODKÓW, CIWUNÓW, PODKOMORZYCH ŻMUDZKICH, co to po DZIKIM POLU hasali, tę, chroniącą od burz, piorunów, nieszczęść; tę samą na której u dołu tego malowidła znajdowała się nakreślona ramka, we wnętrzu której, na szmaragdowym tle zieleń… NADZIEJA… CIEMNE ŻYWIOŁY jawiły się w formie jakiejś niewyobrażalnej gmatwaniny NADPRZYRODZONYCH MOCY (chyba nawet i BEKSIŃSKI by ich tak nie namalował – oddał), której chyba żadna ludzka istota nie byłaby w stanie pokonać. Trzymała je jednakże na uwięzi SYBERYSJKA MADONNA wpisana w egzotyczną urodę ESKIMOSKI…
Stasia od św. ZYTY też swe pomysły na bezpieczeństwo PANI EGUCKIEJ przed ZŁYMI MOCAMI, które być może PANI EGUCKA wypuści, kiedy ETUI z tego KROKODYLA roztworzy – niczym PANDORA ową PUSZKĘ – podpowiadała – przypominała, a to gdzie PANI EGUCKA kropidło dla księdza chodzącego po kolędzie przechowuje; a to gdzie ten kryształowy flakon ze święconą wodą, bo może nią to etui pokropić by trzeba – potrzeba? Ale PANI EGUCKA szybko odpór tym pomysłom dała – kropić? Choćby i nawet święconą wodą, cudzego etui nie śmiała. IKONA jej PRZODKÓW ratowała? Ratowała. TO i PANIĄ EGUCKĄ TEŻ!

Umęczona przeżyciami tego dnia, w swej piżamce – granatowy aksamit z napisem na piersi: ŻYJEMY W SŁOŃCU, UCZUCIA SKRYWAMY W KSIĘŻYCU spokojnie zasnęła... ranek zawsze lepszy od wieczora, ustaliła była. Wszystkim zajmie się rano, kiedy to GODZINKI będzie odśpiewywała – odśpiewa.

CO MA PIERNIK DO WIATRAKA – mawiała Stasia od św. ZYTY ilekroć ni z gruszki, ni z pietruszki natykała się na PARADOKSY; obrażona, wzruszała ramionami i tym śpieszniej, tym staranniej powracała była do swych codzienności – pospolitości? By dać odpór tym FIŁOZOFOM, którzy z zakamarków tego DOMU – SZKOŁY ni stąd ni zowąd się wyłaniali: a to z tajnych kątów biblioteki ojcowskiej; a to z loszków kopulastej ziemianki przyogrodowej, bo i tam paki z księgami...; a zwłaszcza ze starych szpargałów POROZWALANYCH – według Stasi – na dwupoziomowym przepastnym strychu tego domostwa z czerwonej cegły, czasy WILUSIA Stasinego pamiętającego; porozrzucanych – porozkładanych tam w takich ilościach, że nawet ta, wprawnie wprowadzająca ŁAD w życie tych osobliwych tu mieszkańców – ANTALIGENTÓW – jak ich Stasia od św. ZYTY zwała – rady sobie dać nie mogła, choćby dlatego, że w TYM DOKU ŻADNYCH papierów wyrzucać wolno nie było, bo nawet się ich strzegło niczym SKARBU jakowegoś – parsknęła Stasia od św. ZYTY. Co miały te PAPIERZYSKA do tego, co się w głowach tych jej, pod opiekę jej RACJONALNOŚCI oddanych ANTALIGENTÓW kłębiło? PIERNIK DO WIATRAKA?!

Jednak COŚ w tym było – być miało – musiało.

Stasię od św. ZYTY to ZDUMIEWAŁO.

Ale nie tylko Stasię – teraz i PANI EGUCKA się też z tym pytaniem zmagała: no, bo CO MA PIERNIK DO WIATRAKA – się teraz, ale... i od lat dziecięcych dopytywała... Booo... Te SMOKI jej ukazywane najsamprzód na filiżance CÉCYLII PUCHE... Później ta CHEMIA ALCHEMIĄ oplątana... Nareszcie te JASZCZURY z KONSTELACJI ORION... ZMIENNOKSZTAŁTNE PASKUDY... DRAKO jakoweś? Z tym wyrazem DRAKA! Na pewno powiązane; jak to było? Ponownie zanuciła:

Bo życie takie jest Psia Brać
że trzeba je za mordę brać
uwielbiam DRAKĘ...

Toteż to pytanie ją nawiedzało – CO MA PIERNIK DO WIATRAKA? O co tym razem chodziło? Ci z DRAKO? JASZCZURY ZMIENNOKSZTAŁTNE? CO do tych ALCHEMIKÓW ODWIECZNYCH mają??? I DLACZEGO o to dopytywała? I DLACZEGO w tej sprawie jakowejś konkluzji się domagała?!!!

– Nooo... pewnikiem jakisi PIES jest tu pogrzebany – ironizowała tam z GÓRY Stasia od św. ZYTY.

PANI EGUCKA śniadała i popijając herbatę, tę z BŁĘKITNYM SŁONIEM, do tego spotkania wczorajszego z doktorem ARKADIUSZEM WAGNEROWSKIM myślą powracała... Ta jakowaś TAJNA KSIĄGA z jego rodzinnych zbiorów... Rodziny szlachetną namiętnością – miłością do starodruków exlibrysami znaczonych owładniętej, dobrze choć, że nie w tak tragiczny sposób jak rodzina LATANOWICZÓW – PANI EGUCKA przypomniała sobie te nieszczęsne dzieje z okresu poznańskiego międzywojna już wczoraj, gdy w tym COCORICO, w pobliżu przecież poznańskiej FARY siedziała.

Stasia od św. ZYTY się przecież tymi przedwojennymi wstrząsającymi historyjami ekscytowała... Nie na darmo czytywała te swoje SIEDEM TRUPÓW W WANNIE, lub STRASZNĄ ZEMSTĘ NIEBOSZCZYCY, toteż przed nadmiernym gromadzeniem dziwacznych papierzysków tych swoich ANTALIGENTÓW może i chronić chciała – zwłaszcza PANIĄ EGUCKĄ osłaniała.

Gdy tymczasem SŁOWO – zwłaszcza to ODWIECZNE – ZAWSZE swą MOC ukazywało; zaś zawarte w TAJNYCH KSIĘGACH SŁOWA niejednokrotnie głupkowatych i na manowce wyprowadzały, zwłaszcza tych, co... hm... tymi FALAMI TETA... tą medytacją... tą MODLITWĄ się nie osłaniali...

Pomińmy KSIĄŻCZUNIE dla GŁUPKOWATYCH... Bo nawet nie o te SIEDEM TRUPÓW… PANI EGUCKIEJ teraz chodziło, ale o te FIZJOLOGICZNE... Ta NÓŻKA W PRAWO, NÓŻKA W LEWO... lub: LEŻAŁA NA PODŁODZE – pomyślała PANI EGUCKA, siedząc na swej KANAPIE KSIĘŻNEJ i rozkładając na kolanach mocno wykrochmaloną serwetkę ADAMASZKOWĄ z bielizny wyprawowej TAJNYCH ROMANOWÓW – ciotki z Grodziszcza, z tym MONOGRAMEM ... HR.

Ścinając łebek ugotowanego na miękko jajeczka – tylko JEDNO! Bo ten CHOLESTEROL! – znów powróciła była myślą do tej przedwojennej historii… Bo ta KLĄTWA SKARBU LATANOWICZA jednak czegoś uczyła: jak ostrożnie trzeba nam bibliofilskie zbiory traktować – ZWŁASZCZA! Z nimi WSPÓŁŻYĆ…

Pewnego razu, mała PANI EGUCKA, towarzysząc STASI od św. ZYTY przy wieszaniu bielizny na strychu, zoczyła na zakurzonej podłodze zwiniętą lekko w rulonik FOTKĘ, a kiedy ją rozprostowała, ujrzała zbiorowe zdjęcie wytwornych dystyngowanych... ach, ta przedwojenna INTELIGENCJA! – nawet na zabawie karnawałowej nie rozochoconych – panów w SMOKINGACH, pań raczej w ciemnych, ale bardzo eleganckich materią jedwabną połyskujących sukniach – ŻADNE DEKOLTY, owszem, przejrzysty woal jedwabny, ale POD SZYJĘ; tu i tam jakiś mundur oficerski; owszem, obstawiali BAR, na którym porozstawiane były a to LITERATKI, a to MACIUPKIE kieliszeczki, zapewne do mocniejszych trunków – mikroskopijnych wręcz rozmiarów, bo z twarzy zebranych wprost BIŁA TRZEŹWA ROZUMNOŚĆ. Wśród tych WYTWORNYCH, PANI EGUCKA rozpoznała w głębi stryjenkę HALĘ, rodzinną śpiewaczkę koloraturową i najprzystojniejszego ICZA herbu MOGIŁA a nawet TRZY – stryja MARIANA, tego samego, co to po wojnie, w tej ARGENTYNIE przepadł, jak kamień w wodę...

Wszyscy oni otaczali kołem i wpatrywali się z jakąś estymą, w postać nieco nonszalancko dystyngowaną, której księżycowo blada twarz widmowo wyróżniała się na tle innych twarzy, a oczy – jakby nie widzące TEGO ŚWIATA, nie zatrzymywały się nawet na moment na twarzyczce z zachwytem wpatrzonej w niego młodej damy... Teraz PANI EGUCKA nazwałaby tę twarz, TWARZĄ POKERZYSTY…

– Wyrzuć to natychmiast – rozzłościła się jak nigdy Stasia od św. ZYTY – ten diabelski LATANOWICZ i na te tu papierzyska jakąś KLĄTWĘ rzuci... PANI EGUCKA nie wiedziała co to ta KLĄTWA, ale, że WYRAZ był nowy dla niej, miast FOTKĘ wyrzucić, wsunęła ją do kieszonki fartuszka, by potem schować do swej tajnej szkatuły, gdzie osobliwości swoje skrywała.

Dopiero dużo później się dowiedziała, że ten Stanisław LATANOWICZ, najwybitniejszy poznański kolekcjoner i bibliofil, którego znawstwo pozwoliło gromadzić starodruki i rękopisy, autografy i grafiki, monety, medale i znaczki pocztowe – a posiadł przeszło 200 pierwszych polskich znaczków z lat 1860 – 68, był pasjonatem, którego życie było nieustanną pogonią za zaginionymi „POLONICAMI” i choć bardzo zamożny, był zaprzysiężonym rewizorem ksiąg handlowych – popadł z powodu swych namiętności w długi i tarapaty finansowe, ale ponoć i honorowe... Pomawiano go o pewną kradzież..., że 30 listopada 1935 roku, ciało Stanisława LATANOWICZA odkryła rodzina, a lekarz sądowy ustalił, że otruł się SUBLIMATEM.

PANI EGUCKA też czytała, że pozostawił list, że przed sądem kilka osób – wymienił je z nazwiska – fałszywie go posądzało, a on nie może żyć Z PLAMĄ NA HONORZE!

– O czym tak rozmyślasz, PANI EGUCKA – żyjesz przecież w świecie, który raczej PLAMAMI NA HONORZE się popisuje – szczyci, więc po co ci ten LATANOWICZ... To zdjęcie zabrałaś, choć ci zakazałam – denerwowała się tam z GÓRY Stasia od św. ZYTY.

– To przecież bardzo poznańska historia, o której nawet i niektórzy literaci nic nie wiedzą, a przecież ta tragiczna historia MIŁOŚCI DO ZBIORÓW, miała i ciąg dalszy: w dwa lata później syn LATANOWICZA – RUDOLF strzelił sobie w serce, po tym jak macocha pozostawiła go wśród pustych ścian, bo dużą część tego SKARBU, wywiozła do łodzi.
Ogromne zbiory, z którymi LATANOWICZ się nie rozstał, nawet za cenę życia, na szczęście wykupiło miasto... Prezydent CYRYL RATAJSKI... za 170 tysięcy złotych; cóż z tego: w roku 1939 ustalono, że na wypadek wojny, miały być ukryte pod FARĄ poznańską – w podziemiach... Jednak ta KLĄTWA nie ODPUŚCIŁA... Nikt ich do tej pory nie odnalazł...

PANI EGUCKA upiwszy łyczek KAWUSI – jak mawiała stryjenka HALA – po tych rozważaniach z KLĄTWĄ w tle, złożyła starannie adamaszkową serwetkę i wsunęła ją w stare srebro kółka serwetkowego… Ale JAJA! Ale celebra, ryknęliby CI z DOŁU – studenteria, która jedynie papierowcami z MACDONALDA się faszerowała – dokarmiała, ale PANI EGUCKA tymi dobrymi obyczajami starodawnymi przy stole, tę starą KSIĘGĘ, po którą nareszcie sięgała uszanowała.

KULTURA!!! ZDOLNOŚĆ WYRAŻANIA SZACUNKU... Dodała, bo o etykietę dbała.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora