• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Janusz Brzoza - W sprawie Ukrainy (polemika)

    Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem esej Karola Pastuszewskiego, traktujący o szansach Ukrainy na niepodległość, który został zamieszczony w styczniowym numerze Akantu. O ile pierwsze, wstępne akapity nie budzą zastrzeżeń, o tyle sprawa komplikuje się, gdy autor zbliża się do czasów nam współczesnych. Pomijanie pewnych zaszłości historycznych w myśl własnej a priori tezy nie zawsze stanowi najlepszą drogę do uzyskania zamierzonych celów.

    Powszechnie wiadomo, co dzieje się obecnie na Ukrainie. Mimo niemałej pomocy udzielonej Ukrainie przez nasz kraj, urosła tam fala antypolskiego nacjonalizmu. Zresztą trudno tu mówić o fali, ponieważ fala przypływa i odpływa, zaś antypolskość ukraińska ma charakter fundamentalny – na trwale wpisany w uczucia i sposób myślenia. Znajduje to swój wyraz, mimo dramatycznej sytuacji w jakiej stoi obecnie, w powszechnym kulcie Bandery i UPA. Daje to wyraźną wskazówkę w jakim kierunku kształtować się będzie ich stosunek do nas.

    Fakty są bezlitosne. Można nimi żonglować, ale i tak w końcu prawda wyjdzie na wierzch. Przez cały okres swojego istnienia II RP musiała zmagać się z ukraińskim terroryzmem, niekończącymi się akcjami dywersji i szantażu, z mordami politycznymi włącznie. Niezwykle aktywna OUN współpracowała z obcymi wywiadami i dążyła do wywołania powstania ukraińskiego w Polsce, licząc na pomoc Niemiec hitlerowskich. Dopiero założenie Berezy Kartuskiej, początkowo pomyślanej jako obóz odosobnienia dla Ukraińców zamieszanych w działalność antypaństwową, uspokoiło nieco napiętą do granic możliwości sytuację. Nie na długo. Rzeczywiście, ze ściśniętym sercem odnotować musimy to, co działo się na wschodnich obszarach Polski zamieszkałych w większości przez Ukraińców po 17 września 1939 roku. Bandy chłopów ukraińskich uzbrojone w broń palną, siekiery i noże napadały na rozproszone i wycofujące się oddziały polskie. Rozbrajały je, rabowały co się tylko dało, mordowały zwłaszcza oficerów. Rebelia ogarnęła całą południowo-wschodnią Polskę, przy czym najgorzej było na południe od Lwowa. Całe wsie organizowały się, aby polować na polskich żołnierzy, dopuszczając się na nich zbrodni. W Jasienicy pod Borysławiem spalono żywcem w stodole kilkunastu polskich żołnierzy. Rzec można, że wbito nam w plecy nie jeden, lecz dwa noże.

    Działalność OUN i UPA (powstała w 1940 roku na Wołyniu i Polesiu) w czasie i po tych wydarzeniach nie przeszkadzała autorowi twierdzić, że były one skłonne do politycznego rozwiązania sprawy, „nie odrzuconej z góry przez UPA”. Na dowód przytacza spotkanie przedstawicieli UPA z delegatami polskiego państwa podziemnego w katedrze św. Jura we Lwowie, na które działacze ukraińscy przybyli z własnymi postulatami. Jako warunek zaprzestania krwawych akcji rozważali podzielenie Galicji Wschodniej na ukraińską i polską. Pomysł ten nie został zaakceptowany przez podziemne władze polskie. Autor nie wspomina przy tym, że takie rozwiązanie oznaczałoby przekazanie Ukraińcom części terytorium II RP. W tym wywodzie kryje się sugestia – przynajmniej ja to tak odczytałem – że gdyby strona polska była bardziej ustępliwa, to nie doszłoby do późniejszych wydarzeń. Teza ta jest moim zdaniem bardzo niebezpieczna.

    Na początku 1943 roku kierownictwo OUN wypracowało dokument, w którym określiło swoje cele: „Jeśli idzie o sprawę polską, to nie jest zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską.” Nie była to pusta deklaracja. Był to program, który wprowadzano w życie i realizowano konsekwentnie. Już 9 lutego wieś Parośla została otoczona przez uzbrojonych w pepesze i siekiery Ukraińców, a następnie jej polscy mieszkańcy zostali zamordowani. Zginęło wówczas około 150 osób, bestialsko potraktowanych przez oprawców. To był wstęp do masowych rzezi, w których brali udział zarówno członkowie UPA, jak i chłopi ukraińscy. Apogeum nastąpiło 11 lipca 1943 roku na Wołyniu, gdzie latem brutalnie zamordowanych zostało około 60 tysięcy Polaków. Ponadto w Galicji Wschodniej padło ofiarą Ukraińców około 40 tysięcy, a na terenach dzisiejszej Polski co najmniej 4 tysiące rodaków.

    W latach 1943-1944 Ukraińcy dokonali zbrodni ludobójstwa na Polakach, urządzając formalne czystki etniczne. Kto wróci życie tym pomordowanym z sadystycznym okrucieństwem, tym których jedynym przewinieniem było to, że byli Polakami? Pomordowanych po to, by zapewnić Ukraińcom ich własne Lebensraum. Dopiero akcja „Wisła” przerwała ten ciąg makabrycznych zbrodni, pozbawiając UPA logistycznego zaplecza, jakim była ludność ukraińska.

    Nie wątpię, że autor zna tę ponurą faktografię doskonale. A jednak pisze: „Obserwujemy u nas smutne zjawisko, że zamiast pomagając Ukrainie jak tylko możemy w jej ciężkich chwilach zajmujemy się przypominaniem i piętnowaniem zbrodni sprzed 70 lat. Robimy to w czasie zmagania się tego kraju z Rosją, utraty Krymu, walki o Donbas”.
    W imię czego nawołuje nas autor do pogrzebania w niepamięci tysięcy polskich mogił rozsianych na wschodzie. W imię Krymu i Donbasu? Czy w imię silnej Ukrainy, rzekomego gwaranta naszej niepodległości?

    Dziś, kiedy największe państwa UE zgodnie z własnymi interesami starają się dogadywać z Władimirem Putinem, tylko Polska występuje tu w roli szlachetnego rycerza. A zdrowy rozsądek polityczny nakazywałby nam niemieszanie się aktywnie w konflikt ukraińsko-rosyjski i zachowanie czujnej neutralności. Zaoszczędziłoby to nam wiele niepowodzeń w polityce i strat w sferze ekonomicznej. Nie drażniłoby to Rosji i tak już wrogo do nas nastawionej i być może zapewniłoby nam jakieś z nią modus vivendi. I pamiętajmy, że w otwartym starciu zbrojnym Rosja zniszczyłaby nas totalnie. To kwestia prostej arytmetyki.

    Jesteśmy obecnie świadkami swoistej inwazji Ukraińców na nasz kraj. Jest to exodus niekontrolowany przez nasze władze, a nawet popierany przez nie. Nie wiadomo ilu tych przyjaciół gościmy, milion czy dwa. W chwili bieżącej Ukraińcy żyją u nas z konieczności w rozproszeniu. Nadejdzie jednak moment, kiedy zaczną się organizować, tworzyć własne prężne ośrodki, żądać coraz to nowych praw, a pewna część nawet wysuwać roszczenia terytorialne wobec Polski obejmujące obszary od Przemyśla po Małopolskę. Zwiastuje to nam możliwość wystąpienia bardzo poważnych perturbacji politycznych. Mogą powtórzyć się problemy jakie miała II RP. Nie wiemy czy współcześni Ukraińcy różnią się zasadniczo do swoich dziadów i pradziadów. Dowodem, z ostatniej niemal chwili, na to jest zburzenie polskiego pomnika w Hucie Pieniackiej i profanacja grobów polskich w Bykowni. Ukraińcy tłumaczą to prowokacją Rosji. Nonsens, gdyby Rosja chciała, mogłaby to zrobić wcześniej. Zrobili to Ukraińcy, ludzie młodzi i sprawni o poglądach nacjonalistycznych.

    Można przyjąć, że kiedyś sytuacja na Ukrainie ustabilizuje się i stanie się krajem stabilnym. Biorąc pod uwagę jej rozległość terytorialną, liczbę ludności i zasoby naturalne, możliwym będzie, iż wówczas stanie się bardziej wpływowa niż Polska. Teraźniejszość i przyszłość są nierozerwalnie zakorzenione w przeszłości. Cechą polityka powinna być umiejętność przewidywania.