Janusz Gryz - W sądzie

Weź jaśmin. Choćbyś zamknął oczy,
On całą jaśmień mleczną leje
I żółtą farbką złociśnieje,
I blaski listków swoich toczy,
I pąki jak jajeczka ptasie,
I giętkich krzaków gąszcz i trzepot

               Julian Tuwim, Kwiaty polskie

Przez uchylone okno wlewa się do sali sądowej zapach jaśminu. Jest duszno. Młoda brunetka siedząca na podwyższeniu pod godłem rozpięła haftkę togi. Puka wypielęgnowanym paznokciem w rozłożony papier i przelatuje wzrokiem rządki liter urzędowych. Zna doskonale ten język, ale nic nie rozumie. To przez ten jaśmin. Przymyka oczy i wciąga ostrożnie zapach tak, jakby go piła małymi łyczkami. Czasami trudno zrozumieć ludzi, po co się w ogóle pobierali, skoro niedługo potem zaczynają się nienawidzić. Procedura wymaga, jednak, aby próbowała ich nakłonić do zgody, żeby wybaczyli sobie wszystkie winy i zaczęli jeszcze raz. Koronnym argumentem w tej perswazji jest dobro dzieci. Ale co robić, gdy dzieci są już dorosłe czy prawie dorosłe.

I tak z roku na rok, z dnia na dzień, w tajemnicy oczekujesz tylko tego jednego, szczęśliwego miłosnego spotkania, żyjesz istotnie tylko nadzieją na nie, wciąż na próżno. A kiedy wreszcie nadchodzi, często prowadzi do sali sądowej. To przykre, gdy trzeba wtedy patrzeć na te nieszczęścia i mimo to nie tracić optymizmu, planować własne małżeństwo z silną wiarą, że będzie zgodne i szczęśliwe.

Kiedy była małą dziewczynką jeździła latem z siostrą do dziadków na wieś. Doskonale pamięta podwórko otoczone płotem, ze studnią w rogu i lipą pośrodku. Od bramy aż do studni napierając na płot rósł gąszczem bez i jaśmin. Pod nim wśród ptasiego rdestu i rumianku, zagrzebane w piaszczystych dołkach mościły się kury, trzepotały rozpostartymi skrzydłami, a ich małe łebki schowane między zakurzonymi piórami były ledwie widoczne. Bała się tych kur, więc aby urwać gałązkę jaśminu przedostawała się do niego od strony warzywnego ogródka, następnie przebiegała podwórko i po gorących drewnianych stopniach ganku wpadała do niskiej pobielonej kuchni. Za zielonymi szybkami kredensu znajdował się flakonik z grubego warstwowego szkła, taki jakiego już teraz nigdzie nie zobaczysz, wyjmowała go i zanurzała go w wiadrze z wodą, które stało na ławce przy drzwiach. Do obiadu nakrywano pod lipą. Pomiędzy parującymi miskami z jedzeniem, stał ten wazonik z wąską szyjką i śnieżnym kwiatem jaśminu, a wszędzie roznosił się jego zapach.

Powodowana nagłym odruchem wysunęła z płytkiego pantofla stopę i postawiła ją na podłodze, jej deski były zimne, powleczone wielokrotną warstwą farby, a podeszwa otulona elastyczną przędzą rajstop, nie odczuła wtedy tego zapadającego w pamięci na całe życie przyjaznego ciepła, takiego jakie promienieje od nagrzanego słońcem drewna i wysuszonych popękanych stopni.

Oddaliła się od natury tak bardzo, a miasto zamknęło ją w swej cywilizowanej klatce, w swych bezpiecznych i nijakich murach i zajęło tysiącom przypadkowych spraw, równie koniecznych co zbędnych.

Jego zapach działał jak dynamit, wysadzał w powietrze te ciężkie, solidne sklepienia, zrywał więzy konwencji, uwalniał myśl od rutyny, która ją niewoliła. Podkreślał szacunek dla pustki i niewiedzy. Czy to, co zyskała, warte było tych nagrzanych stopni, promienia słońca, który o świcie wsuwał się nieśmiało, jakby ukradkiem, przez małe szybki nad purpurowymi głowami pelargonii i wyróżował od spodu powieki tak, że o śnie nie mogło już być mowy. Zatopiona w stosach nakrochmalonych pierzyn otwierała oczy na pobielone ściany, na popsuty gramofon, na Matkę Boską w złotej nasadzanej turkusami koszulce, która spoglądała na nią pełnym miłości wzrokiem. Niekiedy wydawało się jej, że obiektywny świat nie istnieje, że to, czego doświadcza, jest jedynie projekcją wyobraźni pogrążonej w relatywizującym wszystko czasie. Całkiem niedawno, kiedy robiła remanent intelektualnej pamięci, spostrzegła ze zdumieniem, że zawiera ona nieprzebrane mnóstwo paradoksalnych wypowiedzi i nostalgii nie do końca zrozumiałych. Przypominała sobie zdanie Heraklita zasłyszane na kursie filozofii, wabiące tajemnicę ukrytą pod powierzchnią zwyczajnych słów: Droga w górę i droga w dół jest jedna i ta sama. Wykładowca zarzucił je na salę jak wędkę, bez słowa komentarza. Złapała się na nie i tkwiło to w niej do dziś jak haczyk, pojawiając się w zupełnie nieoczekiwanych momentach jak choćby teraz. Co znaczyło, nie wiedziała i była prawie pewna, że nigdy go nie zrozumie.

Małżeństwo, które nie chciało być ze sobą pochodziło z Gdyni. Ludzie ci mieli siedemnastoletnią córkę i mieszkanie w nowym bloku na ósmym piętrze z widokiem na zatokę. Kobieta pracowała na stanowisku metodyka, jej mąż z zawodu murarz, był brygadzistą w miejskim przedsiębiorstwie budowlanym. I ta różnica w wykształceniu i wynikającej z niego pozycji społecznej leżała u podstaw pozwu wniesionego przez kobietę. Wstydziła się swojego męża, wstydziła się jego pierwotnej krzepy, rąk pokrytych stwardniałą skórą z niezupełnie czystymi paznokciami, poobiedniego piwa, braku szerszych zainteresowań. Ten człowiek w jej środowisku kompromitował ją, nie przystawał do dyskretnej elegancji kolegów z pracy, wyszlachetnionych wiedzą aksamitnych słów, perforowanych głosów. Była szykowną kobietą, ślady jej niedawnej urody zachowały swą wabiącą moc. Mężczyźni oglądali się za nią na ulicy, zapadali wzrokiem w głęboki dekolt, narzucali się z uprzejmościami. Świadoma swej klasy, zaczęła gardzić mężem, prowokować sprzeczki, gniewać się tygodniami. Nastawiała przeciw niemu córkę, która ulegała namowom matki. On znosił to wszystko z denerwującą cierpliwością, ze stoicyzmem, który wywoływał w niej wściekłość.

Skrajnie zirytowana, potrząsała kasztanowymi lokami, rzucała lodowate spojrzenia na męża, który siedział pod uchylonym oknem w swej zamkniętej - niedźwiedziowatej małomówności, splótł ręce i patrzył przed siebie wzrokiem nieobecnym. Był pospolity jak ten zapach, który wypełnił salę. Zdawało się, że drzemie z otwartymi oczami, że oddaje się myślom smutnym i spokojnym. Żaden muskuł nie drgnął na jego twarzy, gdy słuchał długiej tyrady swej żony, głosu kipiącego pretensją, wzburzonego głosu starzejącej się kobiety, która nie potrafiła i nie umiała pogodzić się z upływem czasu, zaakceptować przemijania.

Dziewczynę zirytowała reakcja pozwanego. W jej oczach, ten mężczyzna przytakujący bez oporu, z pełną powagi rezygnacją wszystkim zarzutom powódki, wznosił się ponad ten świat pełen pozorów i próżności. Jego milczenie uruchamiało wyobraźnię. Domyślała się w nim tego, czego chciała się domyślać. O, jakże chciałaby czasami uciec od tej czczej gadaniny w spokój niemego z nadmiaru uczuć, serdecznego porozumienia. Miała wrażenie, że słowa jakby ze swej natury mijają się z prawdą i że wobec tego należy przyglądać się im podejrzliwie. Najbardziej ufała językowi emocji i rzeczownikom. Były to intencje całkowicie sprzeczne z jej wykształceniem, gdzie żelazna logika rozumowania porządkowała społeczną rzeczywistość w sposób prawie doskonały. Posługiwała się wyuczonymi formułami o olśniewającej precyzji, wykutymi przez rzymskich prawodawców, którzy całe istnienia z jego zdumiewającymi zbiegami okoliczności, z ludzkim zachowaniem przyodzianym w połyskliwy jedwab imponderabiliów, poezją zapachów wtłoczyli w oprawie w safian i zdobione złotem, księgi kodeksów. Trawiona głodem uniwersalnego systemu, żądała więcej niż mogła otrzymać i to od nauki, która bynajmniej nie rościła sobie prawa do wyjaśnienia wszystkiego. Była zachłanna jak dziecko, jej rozczarowanie nie znało granic.

Zapach płynął, tak jak płynie suknia panny młodej, falował, jak faluje namiętność, drżąca od niepewności, pełna wahań i obezwładniających przeczuć. Szklane słońce tańczącymi palcami muskało jej wypielęgnowane dłonie, przydawało nieskalanej białości mankietom bluzki wysuniętym z rękawów togi, której perłowe guziczki lśniły jak wymyte czystym wiosennym deszczem. Lubiła drobne przedmioty nienasycone nowoczesną technologią, urzekające prostotą w wymiarze wręcz etycznym.

Z guzikami zaprzyjaźniła się we wczesnym dzieciństwie. Mieszkały w blaszanym pudełku, na którego bokach wiły się złociste smoki. Zdejmowała pokrywkę, a one miałkim, głuchym hurmem, jakby na wyścigi, hałasując i przewracając się na plecy wysypywały się na gładką równinę ceraty. Ich czarodziejskie lśnienia rozpalały się w szarym świetle senne oczy, a drobne ząbki perełek terkotały i toczyły się wzdłuż niebieskiej kraty autostrad. Jedynie odpruci od palt szyldkretowi odźwierni w długich szynelach, tkwili statecznie pogrążeni w bezruchu pośród mrowia poddanych, w mrówczej parcianej ciżbie.

A wilk stojący z wyciągniętą szyją na skraju czarnego lasu porzucał narzuconą mu rolę wyjącej, dzikiej bestii, zbiegł ze śnieżnego pagórka, przeskakiwał krzesło i zasiadał w dziadkowym fotelu po drugiej stronie stołu. Jego dobre oczy płonęły. Wyciągał oszroniony pysk, obwąchiwał uważnie guziki, wzdychał głośno i lizał jej place gorącym czerwonym językiem.

Wyprostowała się i położyła dłonie na obejmujących ją opiekuńczo poręczach krzesła. Po śmierci dziadka dowiedziała się, że fotel został kupiony od szabrowników w 1941 roku, po tym, jak Niemcy urządziwszy w starej cukrowni getto, zamknęli w nim wszystkich Żydów z miasteczka.

Czy nie za często cofała się do lat dzieciństwa, do lat, gdy zabawy i poważne problemy traktowane są na równi, a sprawy realne i wyimaginowane mieszają się wzajemnie. Cofając się do tych lat uciekała przed cywilizacją, która dąży do zniszczenia chaosu instynktów, uciekała, aby ten chaos przywrócić, chaos w którym cywilizacja ginie. Czy nie była to paseistyczna ucieczka przed dorosłością? Czy nie patrzyła na przyszłość jak na przeszłość, na tę, która ma dopiero nadejść? Nic bardziej nie określa charakteru, a zwłaszcza umysłu inteligentnego człowieka, jak jego żale, nostalgia za przeszłością, spojrzenie wstecz, ku jego rajom w historii. O, jakże chciałoby się uciec od fenomenologicznego kalejdoskopu współczesności w bezkrwawą wojnę sukcesyjną, albowiem zgodnie ze słowami mądrego Seneki: Wobec zmienności i chaosu rzeczy pewne jest tylko to, co minęło.

Wietrząc swym małym, zgrabnym noskiem, kobieta szybko pojęła, że sędzia jest jej nieprzychylna. Oburzające było to, że ta dziewczyna bez małżeńskiego stażu, która nie nosiła przecież obrączki, orzekała w sprawach rozwodowych i to, że zachowywała się w sposób nie licujący z powagą sądu. Bawić się pantoflem, wysuwać i wsuwać w niego stopę, może tylko ktoś, kto nie traktuje swej pracy poważnie. Co wie o życiu, o małżeńskich problemach, ta smarkula o zamglonych, marzycielskich oczach pensjonarki, która częściej wychodzi tymi oczami poza salę niż w niej przebywa.

Za oknem widać było niewielki wewnętrzny dziedziniec, wyłożony nierówno trelinką i posypany węglowym miałem. Rozpełzał po nim ptasi rdest. Z jego bocznej ściany pomiędzy zakratowanymi piwnicznymi oknami osypała się nieruchomo fioletowa hałda koksu. Pogięte, pordzewiałe poręcze, nieużywane, pokryte mchem schodki, tuszące się rdzą metalowe drzwi, okalały tę anonimową przestrzeń, którą nie zdążono jeszcze przekształcić na parking. Tuż za nią rozpościerała się piołunem i łopianem postać, która brnęła w górę i w dół, była to wydeptana na skróty droga. Jej szeroki piaskowy szlak, wiódł przez to malownicze zwałowisko. Ludzie nim szli, mijali się i oddalali od siebie, jak ta para, by mimochodem zniknąć w niebycie za okienną ramą. Ta samowolna droga, zatopiona w złocistych tumanach kurzu, którą eskortował krzak jaśminu, pozostawała niezmienna jak wieczność.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież