Barbara Tylman - Dni wyrwane z kalendarza

W ciszy wypełniającej od podłogi po sufit pokój, zaterkotał budzik. O rany! Już czwarta trzydzieści. Czas wstawać, żeby do piątej ze wszystkim zdążyć. Na początek szybka toaleta. Dobrze, że ciuchy wiszą gotowe do ubrania. Ma zwyczaj robić to wieczorem na wypadek gdyby zaspała. Najpierw wałki z głowy, bo fryzura jest dla niej sprawą bardzo ważną. Potem kreski na powiekach – musi uważać, aby tusz nie dostał się do oczu, bo wtedy stracony czas i oczy zaczerwienione… Ale z tym nie ma problemu. Kreski wykonuje zupełnie rutynowo. Ma się w końcu te lata wprawy.

Oparty o popielniczkę papieros spala się samoistnie. Od czasu do czasu zaciąga się chciwie, aby jak najdłużej zatrzymać w ustach smak nikotyny. Kto do diabła wymyślił ten nałóg. Kawy już nie zdąży zrobić, ale za to w pracy wypije potwornego „szatana’’. Biega po mieszkaniu na bosaka, żeby nie pobudzić rodziny. Ci to mają dobrze. Śpią sobie do siódmej, a ona jak jakaś ofiara losu, jak za jakąś karę musi wstawać prawie w środku nocy. Za oknami ciemno, tylko latarnie i księżyc. Wielki i ogromny. No tak, teraz wie dlaczego tak wyglądają jej noce. Przecież jest pełnia. W bloku naprzeciw od czasu do czasu mrugają światła. Niektórzy ludzie wstają do pracy, inni może tylko, aby się czegoś napić lub spojrzeć na zegarek.

Wskakuje w buty gotowe do wyjścia już od wieczora. Lubi chodzić na obcasach. Lubi jak stukają po chodnikowych płytkach – po prostu wie że istnieje. Idzie wtedy krokami pewnymi i niezbyt spiesznymi. Gdy wychodzi z mieszkania na korytarz, jej stopy jakby z przyzwyczajenia unoszą pięty wyżej. Do samej windy idzie na palcach. Rozumie, że dźwięki jakie wydają szpilki z pewnością obudziłyby całe piętro. Sama zresztą też nie lubi być w ten sposób budzona. Gdyby jednak ktoś widział ją, taką skradającą się, mógłby pomyśleć, że ma coś na sumieniu. Dopiero na dworze kiedy czuje wiatr na  twarzy, rozbudza się całkowicie. A myśl, że za chwilę zacznie się codzienny od lat rytuał, wprowadza ją w stan dziwnej obojętności.

Na narożniku, tuż przy sklepie, czeka już dostawa mleka. Obrzydliwe plastikowe transportery, częściowo popękane i okropnie brudne. Każdy – to dwanaście litrowych butelek białego płynu. Codziennie ta sama ilość – pięćdziesiąt sztuk. Po wciągnięciu ich do sklepu czasem są trudności z domyciem rąk. Łatwo też o skaleczenie. Zresztą pojemniki do pieczywa też mają dużo do życzenia. Ale kto to sprawdza.

Ważną czynnością jest przeliczanie dostarczonego pieczywa. Niby powinno się zgadzać, ale zazwyczaj w każdym koszu brakuje po kilka bułek. W sumie, czasem jest to nawet ze dwadzieścia sztuk. Oczywiście – konwojent doniesie, ale gdyby nie przeliczać, to by powstało  niezłe manko. W przygotowaniach do otwarcia sklepu zazwyczaj biorą udział wszyscy pracujący na zmianie. Kasjerki trochę zbuntowane tłumaczą się obowiązkiem przeliczenia gotówki. Ale nie ma rady – do otwarcia sklepu trzeba zdążyć ze wszystkim.  O szóstej, przed sklepem zawsze stoi kilka osób. Pierwsze poranne zakupy to przeważnie mleko, bułki, ser, jaja. Resztę kupuje się po południu. 

Minęły już lata kiedy w sklepach przerażały puste półki, a sprzedaż ograniczona była kartkami. Uciążliwość obustronna. Każdą dostawę i sprzedaż trzeba było skrzętnie dokumentować. Każdą wolną chwilę wypełniało naklejanie małych odcinków na arkusze, które należało w określonym terminie dostarczyć do dyrekcji przedsiębiorstwa w celu rozliczenia. Zresztą robienie tzw. raportów sklepowych także nie należało do zbytniej przyjemności. Rubryki, tabelki i liczby, liczby…Uciążliwe i męczące.

Dostarczony do sklepu towar należało podzielić tak, aby zapewnić choć minimalną sprzedaż przed południem i w godzinach popołudniowych. Często ludzie ustawiali się w nocy, aby tylko „dostać’’ kawę czy inny reglamentowany towar. Nieraz zastanawiała się czy doczeka się  innych, normalnych czasów. Oprócz obowiązków związanych bezpośrednio ze sprzedażą trzeba też pamiętać o częstej zmianie ochronnego fartucha, chociaż te wykonane z białego płótna specjalnego uroku nie dodawały.

Co jakiś czas odzywa się dzwonek u drzwi na zapleczu. Co jakiś czas nowa dostawa towaru. Śniadanie zjedzone w biegu, kawa zdążyła wystygnąć. To nic że zimna – doleje się gorącej wody i już. W końcu to tylko kawa. Rozpoczęty papieros dokonuje samospalenia. Będzie sterczał w popielniczce obok innych także niedopalonych. Przez osiem godzin takim sposobem idzie z dymem prawie paczka. Trzeba się poważnie zastanowić nad rzuceniem palenia. Oprócz zdrowia niszczy się tyle innych rzeczy. No i szkoda forsy.

Prace na zapleczu przeważnie robi się samemu. Towar dostarczony na zmianie trzeba posegregować, sprawdzić daty produkcji i terminy ważności, naliczyć ceny detaliczne. Po tych czynnościach może być wykładany na sali sprzedażowej. Do obowiązków należy też sprawdzenie ważności książeczek zdrowia pracowników, gdyż bez ważnych badań lekarskich nie wolno dopuszczać do sprzedaży artykułów spożywczych. Uff.. trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie. No ale jeśli się lubi swoją pracę, to zadowolenie bierze górę nad trudnościami. Rozpoczynając pracę jako sprzedawczyni, robiła to z przyjemnością.

Do domu wraca z siatką pełną zakupów. Zawieszona na ramieniu torebka, ciąży. Dobrze, że nie trzeba biegać po sklepach i jest możliwość kupienia wszystkiego „u siebie’’. Po pracy czeka gotowanie obiadu, prasowanie i inne domowe sprawy. Jutro od rana znowu to samo. Jak w kieracie. Budzik znów zamilknie, kiedy naciśnie przycisk o czwartej trzydzieści. I znów zabraknie czasu na wypicie szklanki czarnej, gorącej kawy.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież