Damian Bralewski - Ten dzień

1.
Za oknem było ciemno. Całą okolicę opanował mrok. Porywisty wiatr uderzał co i rusz o opustoszałe korony drzew, wydając przeraźliwy, przedłużony świst. Ogołocone z liści gałęzie, biły regularne pokłony ku ziemi. Znad jej powierzchni wyrastały ciemne, grube  trzony, które przypominały stróżujące pod wodzą księżyca posągi. Między drzewami leżały niewielkie górki liści. Wśród mroku wyglądały niczym małe pozłacane wulkany. Na podwórzu i placu zabaw nie było nikogo. Drewniane ławki, karuzela, huśtawka, piaskownica, wszystko to jakby pogrążone we śnie…   

W bloku znajdującym się naprzeciwko, paliło się tylko jedno światło. Jakiś krępy mężczyzna czytał w kuchni gazetę. Miał na sobie pasiasty sweter i obcisłe dżinsy.                                                                   

Pani Jadwiga nie znała go.                                                                                                                   

Co za paskudna pogoda, ziąb jak diabli, pomyślała. Zresztą, czego można spodziewać się po początku listopada, tego samego co rok… 

Pani Jadwiga przesiadywała często przed oknem swojego pokoju, szczególnie w brzydkie, jesienno-zimowe wieczory. Miała problemy z zasypianiem.                        

Jutro miał nastąpić pierwszy listopada, ten dzień…                                                                         

Najsmutniejszy, najokropniejszy i najdłuższy spośród wszystkich innych…       

Ile to już lat patrzy się zza okna na to samo podwórze? Ile czasu upłynęło od jej ostatniego posiłku spędzonego w czyimś towarzystwie? Od  jak dawna musi sobie radzić na tym świecie sama?

- Piętnaście lat… minęło już piętnaście lat odkąd mnie zostawiłeś Apoloniuszu…  - powiedziała do samej siebie.

Policzki Pani Jadwigi były pociągłe i pomarszczone niczym tafla jeziora w wietrzny, burzliwy dzień. Po jednym z nich spłynęła duża, słona kropla.

- Tyle czasu, a ciebie wciąż nie ma… Do tego jutro jest ten okropny dzień… Przepraszam, ale wiesz, jak ja go nie znoszę…

Pani Jadwiga nie znosiła wielu dni w roku, w szczególności starała się zapomnieć o Świętach Wielkanocnych, Świętach Bożego Narodzenia, czy Sylwestrze. Święto Zmarłych było dla niej jednak gorsze od wszystkich innych, razem wziętych.

- Obiecuję, że jutro Cię odwiedzę, Apoloniuszu. Przyniosę ogromny lampion, powinien Ci świecić przez co najmniej tydzień. Należy Ci się. Pewnie wiesz, że jutro rozpłacze się jak mała  dziewczynka, ale co ja na to poradzę… Co roku staram się, by tego nie robić… przecież mnie znasz…

Za oknem zerwał się jeszcze większy wiatr, zaczęło lać.

Pani Jadwiga zasunęła powoli roletę i usiadła na swojej starej wersalce. Dopiła na wpół napoczętą filiżankę herbaty, po czym wzięła do dłoni mały, metalowy krzyżyk. Kiedy odmówiła modlitwę odłożyła krzyżyk na drewnianą półkę i zgasiła lampkę.  

Położyła się twarzą do sufitu, wiedziała, że sen nie przyjdzie do niej prędko.

2.
Pani Jadwiga obudziła się po szóstej nad ranem, bolał ją krzyż. Do wizyty na cmentarzu pozostało jej sześć godzin, wyjście zaplanowała w samo południe.

Może i wpakuje się w największe tłumy, ale przynajmniej będzie jej ciepło i bezpiecznie.

Pani Jadwiga  bała się odwiedzać cmentarz, kiedy znajdowało się na nim mało ludzi. Wszystko to przez jeden, nieprzyjemny incydent, który miał miejsce dziesięć lat temu. Gdy porządkowała grób jej zmarłego męża napadł na nią jakiś młodociany opryszek. Przewrócił ją, zabrał wszystkie pieniądze i dokumenty (chodź nie było tego za wiele), po czym czmychnął między sąsiednimi alejkami, zostawiając  ją ubrudzoną w błocie, z rozciętą, krwawiącą skronią. Te doświadczenie z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych chwil w jej życiu… 

Kiedy Pani Jadwiga wstała z łóżka i zażyła poranną dawkę leków, rozpoczęła swój codzienny rytuał. W pierwszej kolejności sprawdziła swoją skrzynkę pocztową. Pusta. Następnie zabrała z mieszkania torbę kruszonego chleba i papierowy pakunek. Okruchy rozsypała w tym samym miejscu co zawsze, na środku podwórza, tuż przy samej studzience. Z niewielkim pakunkiem w dłoni ruszyła na sąsiednie osiedle. Na rogu ulicy, codziennie o ósmej rano czekał tam na nią Bruno. Nazwała go tak sama, ponieważ przypominał jej psa, którego chowała za młodu. Poza tym, był bezdomny i nie miał własnego imienia. Kiedy Bruno spałaszował trzy pętka najtańszej pasztetowej Pani Jadwiga pogłaskała go po pysku i udała się w stronę swojego mieszkania. Musiała wyrobić się ze szklanymi butelkami oraz puszkami, w tym tygodniu nagromadziła ich dość sporo. Całe aluminium i szkło stawiała zapakowane w foliowe reklamówki, tuż przy murku, tak aby Pan Tadzio mógł je zabrać do swojego wózka. Robiła to regularnie co tydzień. Kiedy wróciła ponownie do mieszkania założyła gruby sweter z polaru oraz białe, gumowe rękawiczki. Grabienie liści i pielenie kwiatów w małym, przyblokowym ogródku zajmowało jej zawsze nie więcej niż godzinę, szczególnie podczas jesiennej pory, gdy natura sama troszczyła się o odpowiednie nawodnienie gleby. Po ogródkowych porządkach, Pani Jadwiga zasiadła do śniadania. Do wyjścia pozostała jej już tylko godzina.

Na zewnątrz hulał porywisty wiatr, kropiło. Pani Jadwiga ubrała na siebie gruby, brązowy kożuch i czarną, zamszową czapkę. Od czasu kiedy wstała z łóżka jej humor uległ znacznemu pogorszeniu. Wiedziała, że po powrocie z cmentarza nie będzie miała nic do roboty. Działo się tak zawsze. Po wykonaniu swoich rutynowych czynności nad ranem Pani Jadwiga błąkała się po swoim mieszkaniu przez resztę dnia. 

Zanim dotarła do znajdującego się na wzgórzu przystanku tramwajowego, zrobiła sobie krótką przerwę na odpoczynek. Jej stawy nie działały już tak sprawnie, jak chociażby pięć lat temu. Podczas ostatniej wizyty w poradni lekarskiej, pan doktor wspominał coś o protezie usztywniającej oraz kuli, ale kto by tego słuchał. Przecież nie będzie robiła z siebie przedwcześnie kaleki, ma w końcu dopiero sześćdziesiąt pięć lat.

Przejazd tramwajem trwał kilka minut. Cmentarz Bródnowski był oddalony od okolicy, którą zamieszkiwała o zaledwie parę przystanków (pięć, może sześć, Pani Jadwiga liczyła je za każdym razem, ale nigdy nie mogła zapamiętać ich dokładnej liczby).  Kiedy wysiadła na przystanku przy głównej bramie, skręciła w prawo i zaczęła rozglądać się za kwiatkiem w doniczce (znicz kupiła wcześniej). Po obu stronach ulicy, wzdłuż wschodniego muru cmentarza rozciągały się stoiska. Większość z nich przykryta była wielkimi parasolami lub namiotami. Na stoiskach handlowano głównie kwiatami oraz zniczami, choć Pani Jadwiga widziała także  kilka młodych osób sprzedających pańską skórkę, obwarzanki, ciepłą herbatę, a nawet grillowane kiełbaski.

Czego to ludzie nie wymyślą… pomyślała, cały ten uliczny bazar wygląda jak świąteczny jarmark… no ale cóż…   

Pani Jadwiga nie pomyliła się przynajmniej co do godziny. Pomimo padającego deszczu, na ulicy znajdowało się mnóstwo ludzi. 

W takim razie na samym cmentarzu będzie ich też sporo, pomyślała. I bardzo dobrze.

Zaledwie parę minut później Pani Jadwiga podążała już boczną alejką cmentarza. W prawej dłoni trzymała ogromną, foliową siatkę z zakupionym kwiatem. Jej łupem padły złote chryzantemy. Z początku nie chciała ich kupić, ale kiedy usłyszała od sprzedawcy, że kosztują jednak piętnaście, a nie dwadzieścia złotych, wzięła je bez wahania.

W połowie drogi do grobu zrobiła sobie krótki odpoczynek. Doniczka, którą tachała była dla niej zdecydowanie za ciężka (przekładała siatkę z ręki do ręki, ale po jakimś czasie drżały jej całe ramiona). Zaczęła przypominać sobie imiona i nazwiska, które zobaczyła po drodze na płytach grobowych. Miała cichą nadzieję, że dzisiaj ktoś ich odwiedzi. Nie wiedziała czemu, ale będąc w pobliżu tych wszystkich grobów należących do obcych jej ludzi odczuwała pewien rodzaj bliskości i współczucia… 

Kiedy Pani Jadwiga znalazła się już nad grobem swojego męża, zaczęła go porządkować. Na płycie leżało  mnóstwo  namokłych liści oraz gałęzi. Stare, przerdzewiałe i śmierdzące znicze nadawały się już tylko do śmieci. 

- Multum roboty -  powiedziała do siebie z westchnieniem.  

Pomimo tego, że miała przed sobą mnóstwo pracy nie narzekała. Ilekroć była na grobie swojego męża i chciała poczynić negatywne uwagi na temat jego stanu, do porządku przywoływał ją widok sąsiedniego miejsca pochówku. Odwiedzała Apoloniusza przez piętnaście lat i nigdy nie widziała, by ktoś przyszedł do jego ,,sąsiada’’.

Obok miejsca pochówku jej męża znajdował się stary, wyniszczały grób. Jego płyta nawierzchnia spoczywała złamana wpół na dnie wyszczerbionego, kamiennego sarkofagu. Na pionowej tablicy informacyjnej nie było żadnego zdjęcia, imienia, czy nazwiska. Widocznie, z biegiem czasu natura postanowiła zachować te informacje tylko i wyłącznie dla siebie…

Pani Jadwiga chciała już niejednokrotnie zapalić na nim znicz, ale  nie miała  gdzie go postawić. Zresztą, bała się tego miejsca…

Parę razy przyłapała się na tym, że zagląda do środka  odsłoniętego sarkofagu, ale nie zobaczyła w nim nic oprócz egipskich ciemności…

Gdy Pani Jadwiga zmiotła wszystkie liście i wytarła na mokro cały grób, przystąpiła do jego przystrojenia. Do małego, kamiennego wazonu włożyła pęczek sztucznych, plastikowych róż. Chryzantemy  w doniczce umiejscowiła wysoko,  po lewej stronie płyty. Trochę niżej, z prawej ustawiła ogromny, śnieżnobiały lampion. Zapaliła go.

Teraz grób jej męża wyglądał schludnie i przyzwoicie, tak jak chciała. 

Po dekoracji przyszedł czas na modlitwę oraz rozmowę ze zmarłym. Pani Jadwiga spędziła godzinę  na rozmowie z mężem, ale większość z tego czasu przepłakała. Nie mogła uwierzyć, że nie ma go już piętnaście lat. Ilekroć odwiedzała jego grób do jej głowy powracały wspomnienia z ich dawnego życia. Wspomnienia te dawały chwilę złudnego uczucia przyjemności, po czym wgryzały się w jej miękkie serce niczym pijawki.

- Ech… no dobrze Mój Drogi, będę musiała już iść… - powiedziała, wycierając chusteczką policzek. 

Zanim się odwróciła, spojrzała ostatni raz na grób swojego męża. Jej uwagę przykuły złote chryzantemy w doniczce. Ustawiła je trochę krzywo…

Pani Jadwiga postanowiła to naprawić. Podeszła do grobu z boku i schyliła się, by przesunąć kwiat. 

W trakcie przestawiania nie wytrzymała napięcia i obejrzała się na boki (nawyk, który pozostał jej po przykrym incydencie napaści).   

Zastygła w bezruchu.

W oddali, po lewej stronie zobaczyła coś dziwnego. Na czerwonym, ceglanym murze cmentarza siedział mały, skrzydlaty chłopiec. Miał długie, kręcone włosy i zarumienione policzki. Spod jego białej sukni wystawały pulchne, krótkie nóżki, a nad jego głową świeciła złota aureola. Uśmiechał się do niej… 

Pani Jadwiga stała, jak sparaliżowana. Jej oczy zamieniły się w wielkie, okrągłe spodki. Chciała coś krzyknąć, ale nie zdołała wydobyć z siebie głosu.

Dookoła niej było pusto. 

Staruszka postanowiła, że spróbuje podnieść się na równe nogi (w przygarbionej pozycji czuła się niedobrze).

Wtedy przyjrzy się temu… Temu czemuś…                        

Kiedy Pani Jadwiga dźwignęła się lekko do góry, zobaczyła przed oczami mroczki.

Nie mogła złapać oddechu.                                                                          

Zanim straciła przytomność i zatoczyła się do tyłu, zdążyła spojrzeć w kierunku ceglanego muru. Chłopiec ze śnieżnobiałymi skrzydełkami i długą sukienką nadal tam był. Przekrzywił tylko głowę na bok. Wciąż się do niej uśmiechał.

Bezwładne ciało Pani Jadwigi wykonało parę kroków do tyłu. W pewnym momencie jedna z pięt, natrafiła na kamienny fragment płyty, który znajdował się na ziemi. Wyrzucone z dużą siłą ciało wystrzeliło do tyłu i wpadło do wnętrza sarkofagu sąsiedniego grobu. Pani Jadwiga, spadając w jego czeluści uderzyła głową o pękniętą wpół płytę. Po kilku sekundach z jej rozciętej na potylicy skóry, zaczęła wypływać lepka krew. Zapadła cisza.

Na cmentarzu świszczał wiatr, rozpadało się na dobre. W okolicy grobu Apoloniusza nie było żywej duszy. Pani Jadwiga dostrzegła pierwsze parasole w alejkach, gdy była już naprawdę wysoko. Unosiła się. Kiedy była jeszcze trochę niżej widziała swoje ciało. Spoczywało na dnie zapomnianego grobu. Gdy ujrzała je, leżące bezwiednie w czeluściach sarkofagu, zrobiło się jej niewiarygodnie przykro. Coś, co jest z tobą przez tyle lat zostaje w końcu na dole…

Po chwili namysłu uświadomiła sobie jednak, że bez tego jej lepiej.

Unosi się. Widzi coraz większą część cmentarza. Jest jakimś stanem, lekkością, kłębowiskiem myśli. Nie jest pewna, ale ogarnia ją dziwne przeczucie, ze wie dokąd zmierza. Na samą tą myśl robi jej się ciepło. Tam, na samej górze czeka na nią ktoś wyjątkowy, ktoś, kogo tak bardzo pragnęła ujrzeć.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież