Marcin Zyskowski, Inez Kaczmarska - Cywilizacyjne dzieło sir Evretta Calverta

Evrett Calvert, młody elfi arystokrata, był sam w gabinecie i wraz z dwiema szklankami wyśmienitego winlandzkiego burbona czekał na rozmowę z ojcem, Howardem. Za pół godziny rozstrzygnie los rodzinnego majątku i odbierze go temu giełdowemu dyletantowi.
W gruncie rzeczy uważał go za miernotę także pod każdym innym względem, ale znienawidził go dopiero po ostatniej kłótni o inwestycje w wotańskie Konsorcjum Helmholza.

- Każdy wykorzystuje go jak dojną krowę! Ten głupiec zrujnuje nasz ród, jeśli go teraz nie powstrzymam - myślał i wyciągnąwszy fiolkę trucizny, wlał jej trochę do jednej ze szklanek.
- Co robisz, synu? - usłyszał w drzwiach niski głos ojca, który wyjątkowo szybko poradził dziś sobie z odczytaniem manometrów krystalografu giełdometrycznego. Zimny pot oblał plecy Evretta, lecz twarz młodzieńca pozostała bez zmian. Musiał wymyślić dobre łgarstwo,
by uniknąć... licznych nieprzyjemności. Zaczął się teatralnie odwracać, intensywnie myśląc. Nie spanikował. Ułożył wszystko w logiczną całość.
- Umieram, ojcze - podniósł powoli do ust zatruty kielich - nie mogę znieść tej nędznej namiastki istnienia! - jego oczy zaszły łzami.
- O czym ty mówisz, młodzieńcze!? - krzyknął stary elf i wytrącił synowi naczynie z ręki.
- W czym zawiniłem!? Co ci zrobiłem!? Nie chodzi ci chyba o tę drobnostkę
z Helmholzem? Nie możesz chcieć się zabić!
- Jakby mój żywot miał znaczenie! Nie robię nic pożytecznego; nie mam zdolności magicznych ni naukowych, polityka to bagno, w którym można jedynie utopić swoje ideały. Miłość w naszej sferze to albo handel wymienny, albo brudne, sekretne romansiki. Nawet ciebie, najbliższej mi osoby, nie mogę uchronić przed hienami z giełdy! Co mi pozostało? - Evrett szybko skończył, bojąc się, że przeholował. Ale ojciec nie zauważył sztuczności, przytłoczony tragedią.

* * *

Stary Howard Calvert nie był jednak aż tak głupi, jak myślał jego syn. Postanowił go wysłać do alfheimskich kolonii w Lemurii, niech tam przyda się Koronie i rodowi. Jeśli Evrett jest niewinny, to taka przygoda może oderwać go od zgubnych myśli. Jeśli zaś rzeczywiście chciał go otruć - w co nie wierzył, ale mimo wszystko wolał to uwzględnić - to lepiej go trzymać kilka tysięcy mil od siebie.

Evrett jak mantrę powtarzał, że oszukanie ojca ocaliło go od znacznie gorszego losu, ale nie mógł powstrzymać gniewu na myśl, że jego niedoszła ofiara, pełna najlepszych intencji, skazała go na wygnanie.   

Jednak, ku swemu zdumieniu, odkrył, że jego sytuacja nie jest najgorsza. W Imperialnym Urzędzie Administracji Zamorskiej niziołczy urzędnik, pełen wiary w potęgę kolonialnego imperium, powiedział mu, że nie będzie byle kolonistą, lecz otrzyma stanowisko gubernialnego namiestnika w Lotongo.

- Dostąpi pan zaszczytu rządzenia największym miastem w promieniu czterystu mil - referował radośnie niziołek.
- Szczerze mówiąc, nigdy o nim nie słyszałem - rozpoczął zaintrygowany szlachcic - Czy są tam jakieś interesujące surowce?
- Które mógłbym dyskretnie zdefraudować - dokończył w myślach.

Zakłopotany tym pytaniem urzędnik szybko przerzucił kilka kartek i obwieścił, że okolica jest
bogata w szmaragdy, są tam również ogromne gaje pomarańczowe. Serce Evretta zadrżało namiętnie na myśl o bogactwach, które go czekają na miejscu. Nie będzie już musiał myśleć o fortunie ojca. Zarobi własną.

* * *

Koło terenowego paromobilu ugrzęzło w gęstym błocie. Nie to jednak czyniło tę wieczorną scenę niezwykłą. Była ona niezwykłą dlatego, że działa się na głównej ulicy Lotongo. Siedzący w pojeździe młodzieniec zasłonił oczy. „Największe miasto prowincji” było dziurą pełną brzydkich, sypiących się domów i obrzydliwych bud niewolników. Każde zapyziałe alfijskie miasteczko miało więcej uroku niż ta „metropolia”.

- Sierżancie - zwrócił się do pomarszczonego, brodatego żołnierza, który został oddelegowany jako szofer nowego namiestnika -  czy całe miasto wygląda jak ekskrement orka, czy może jednak jest tu coś, na co da się patrzeć bez wzgardy?
- Aj panie - odpowiedział z avalońskim akcentem brodacz - jak długo służyło się w Lemurii, tak brzydkiego miasta ni widzieł, choć może jeno pałac namiestnika pikny, ale to tyż nie bardzo po ostatnim pożarze.
- Jakim pożarze? - zapytał niespokojnie - czyżby brudasy się buntowały?
- Ni tam, były namiestnik sam podpalił. Siebie i rodzinę. Czort go tam wiedział. Ludzie mówio, że sam się zabił, ino ja tam nie wiem i więcej ni powiem, bo się nie znam. - zakończył dumnie, ciesząc się ze swojej dworskiej niemalże dyskrecji.

Ta wymiana zdań zaniepokoiła Evretta. Czemu alfijski dygnitarz, mogąc żyć dostatnio, wolał popełnić samobójstwo? Czemu tak… niesubtelnie? Miasto było paskudne, ale przecież namiestnik nie musiał go nawet oglądać.

Dojechawszy do pałacu odgrodzonego od obskurnych lepianek jedynie wąskim pasem szarych, kolonialnych domków, elfi młodzieniec pociągnął z ozdobnej piersiówki łyk whisky i dumał przez chwilę przed wyjściem z pojazdu.

Był wściekły, nie tak wyobrażał sobie kolonię opływającą w szmaragdy i egzotyczne owoce. Czuł się oszukany, nie wiedział tylko czy przez Urząd, ewidentnie oślepiony pokrętną statystyką lub propagandą, czy przez ojca, który być może chciał go w ten sposób upokorzyć. Do miasta nie dojeżdżała kolej; najbliższa linia mijała je w odległości czterdziestu mil. Po co zresztą miałaby? Okoliczne plantacje były zacofane tak bardzo, że nawet bez znajomości agrotechniki można było wskazać co najmniej kilka błędów w ich funkcjonowaniu. Złoża szmaragdów zaś może i były duże, jednak wizytowana rano kopalnia była w zasadzie częściowo zalaną dziurą w ziemi. Dziesiątki źle wyposażonych niewolników z nikłym powodzeniem próbowały wyrwać z niej bogactwa.

Nawet lokalny pułk wojska ze swoimi ręcznymi karabinami wielolufowymi nadawał się już tylko do muzeum.

Co najgorsze, Evrett był tu prawdopodobnie jedyną tak dobrze urodzoną osobą, co oznaczało brak stosownego dlań towarzystwa. Nienawidził tej prowincji. Nienawidził swojego ojca. Nienawidził tego całego plebsu wokół. Musiał się stąd wydostać. Miał zamiar ucywilizować to wszystko, po czym napisać wniosek o dymisję i jako bogacz i bohater wrócić do ojczyzny. Byle szybko.

Będzie zdecydowany i niewzruszony. Był na paru wykładach na uniwersytecie i wiedział, że nawet Alfijczycy w koloniach dziczeją. Dzieje się tak - wyjaśniał jeden z ojców ewolucjonizmu - za sprawą otoczenia. Tak jak świnia wypuszczona do lasu dziczeje w dwa tygodnie, tak kolonista dość szybko porzuca ogładę i delikatność. Nie mówiąc już o tych paskudnych orczych tubylcach, którzy jak najgorsze odyńce, mają paskudną nie tylko fizjonomię, ale także i umysłowość, która przejawia się oporną na dyscyplinę tępotą.

Z taką mieszanką ludzką miał tu właśnie do czynienia. Półdzikie świnie jak ten Avalończyk oraz gruboskórne knury, jak wszystkie brudasy. Z takimi istotami trzeba postępować twardo.

Elf wysiadł z pojazdu i dał się przywitać golemowi, który pełnił rolę kamerdynera. Był to jeden z jego trzech golemicznych służących. Wszystkich służących. Po rozpakowaniu bagaży i urządzeniu domu na tyle przyzwoicie, na ile było to możliwe w tych barbarzyńskich warunkach, arystokrata zaczął rozpytywać służbę o przyczyny pożaru. Jednakże żadna z automatycznych istot nie chciała mu pomóc. Wszystkie odmawiały komentarza na temat źródła pożaru, zasłaniając się “lojalnością wobec jaśnie pana”. Młodzieniec starał się wyciągnąć z nich informacje prośbą i groźbą, jednak program golemów był nieubłagany. Młodego namiestnika drażniła niejasność okoliczności śmierci poprzednika. Przerażała go, tak samo jak przerażał go ten gnijący, malaryczny rynsztok, którym musiał rządzić. Nie bał się tu krzywdy poddanych ani gospodarczej ruiny prowincji; bał się, że i jemu udzieli się atmosfera mierności i stagnacji. Był stworzony do światowego życia w stolicy, a nie do zarządzania wielką stertą obornika, którą w istocie była ta miejscowość. Musiał się stąd wyrwać, najlepiej wykazując się jakimiś zasługami dla Imperium.

Młody Calvert szybko zabrał się do dzieła cywilizowania prowincji. W przeciągu paru tygodni zamówił z Korony dostawę kilku maszyn górniczych i pomp, a także zaprosił jednego ze swoich znajomych, wybitnego agrotechnika i technomaga.

Albert, bo tak miał na imię, był krasnoludem, synem Grosvenora, diuka Clayder. Pierwszy raz poznali się na wystawie w Muzeum Techniki, gdzie obaj musieli być z powodów reprezentacyjnych. Evrettowi się spodobała żywiołowość i żądza przygód krasnoludzkiego młodzieńca. Żądzę tę, chwalił się Albert, przypłacił ręką, świetnie jednak zastąpioną golemiczną protezą, zawierającą zestaw narzędzi. Co prawda, krasnolud chętnie nie przyjedzie w tak nasłonecznione miejsce jak Lotongo, ale solidna pensyjka i obietnica niezapomnianych wrażeń mogą zachęcić go do wyciągnięcia z szafy kapelusza z szerokim rondem, kremu z potężnym filtrem i przybycia w tę dzicz.

- Przyda się nie tylko do udoskonalenia tutejszej produkcji - myślał szlachcic - ale też nareszcie będę mógł się napić herbaty w kulturalnym towarzystwie.

Próbując zorganizować środki do rozwoju miasta, nie mógł jednak wyzbyć się niepokoju. Nikt nie mógł albo nie chciał pomóc w rozwiązaniu tajemnicy pożaru. Postanowił przeszukać swoją rezydencję. Przez dwa dni przetrząsał pokój po pokoju, aż w końcu, w odkręcanej kolumience balustrady u schodów, znalazł plik papierów.

Zaczął czytać. Z każdą stroną na jego twarzy pojawiały się kolejne kropelki potu. Był to dziennik eks-namiestnika, w którym opisane były duchy nasyłane na niego przez "te diabły - lemuryjskich szamanów”. Przerażony dostojnik opisywał, jak boi się wyjść poza pałac, gdyż "orcze sprzysiężenie” może go dopaść i zabić. Za śmiercią namiestnika, ale też za zacofaniem Lotongo stoi spisek kierowany przez szamanów a popierany przez tutejszą ludność.

- Nie do wiary! - wyszeptał przerażony Calvert - ten nieszczęśnik był atakowany przez demony, zaś wojsko nie mogło mu pomóc, bo nie było wiadomo, kto z miejscowych je nasyła. - Wertując dalej kartki dziennika dowiedział się, że nawet egzorcysta sprowadzony z miasta gubernialnego był przerażony potęgą piekielnych sług atakujących pałac.
- To straszne! Wszystko napisane tak pedantycznie i składnie… I kończy się właśnie dwudziestego sierpnia, czyli kilka dni przed pożarem. A co, jeśli i na mnie szykują swoje klątwy? To wielce możliwe. Ostatnio źle sypiam i miewam nudności… może to tylko preludium do nadchodzącego koszmaru?

Dni mijały, a Evrett czuł, że musi coś zrobić. Po dłuższym namyśle, przejrzeniu map oraz rozmowie z doradcą administracyjnym, opracował genialny plan. Wykarczować święty gaj buszmenów i położyć tam tory łączące Lotongo z magistralą kolejową. Ten krok pokaże tubylcom ich miejsce, osłabi magię szamanów oraz ułatwi namiestnikowi kontakt ze światem, którego tak pragnął. Może nawet będzie to wystarczającą zasługą, by odejść na państwową emeryturę.

* * *

Popijając herbatę na wzgórzu, za kordonem odzianych w czerwone kurtki żołnierzy, Evrett Calvert patrzał na swoje cywilizacyjne opus magnum. Parowe buldożery powoli rozjeżdżały protestujących, podczas gdy dwa karabiny maszynowe, zamówione w ramach modernizacji wojska aż się przegrzewały od długich serii. Smukłe palmy i gigantyczne, spotworniałe paprocie padały majestatycznie pod naporem spychaczy. Oświecone ideały triumfowały, a były namiestnik został pomszczony.

Siedzący obok Evretta Albert, młody technomag i znany agrotechnik, starał się nie patrzeć w dół. Jednakże cieszyło go poniekąd, że technika zwycięża lemuryjską magię. Dla takiego widoku warto było znosić nawet tropikalne słońce. Poza tym dostał sporą gratyfikację oraz kilka orderów za pomoc w opracowaniu planów kolei, projektu nawodnienia sadu pomarańczowego oraz, co najważniejsze, instalacji pomp w kopalni szmaragdów. Bardzo go jednak dziwiło, że tory planowano położyć po trasie dłuższej o dwie mile, i to trudniejszej, bo biegnącej przez święty gaj tubylców. Nie był wcale obrońcą tych brudnych barbarzyńców, jednak świadom kosztów budowy kolei musiał spytać:

- Czy nie lepiej byłoby położyć tory bardziej ekonomicznie, po drugiej stronie wzgórza?
- Nie - odparł stanowczo Evrett.
- Przecież tamtędy byłoby taniej o dobre tysiąc księżyców!
- To prawdopodobnie któraś z tych bestii, których eksterminację widzisz na dole, nasłała cały orszak lemuryjskich demonów na byłego namiestnika. To pewnie one wywołały ten pożar, w którym zginął on i cała jego rodzina. A to, mój miły przyjacielu – rzekł, zmieniając ton głosu na łagodny i poprzez tę łagodność szczególnie okrutny - jest zemsta i osłabienie wpływu szamanów. Kto wie… może właśnie jeden z buldożerów rozjechał któregoś z tych czarnoksiężników - uśmiechnął się Calvert.
- Skąd wiesz, że to demony odpowiadają za pożar? Myślałem zawsze że, z całym szacunkiem, nie znasz się na magii.
- Och, to długa historia. Nikt mi nie chciał pomóc, nawet te golemy doglądające pałacu, więc wszcząłem własne śledztwo i znalazłem dziennik zmarłego namiestnika. Wynika z niego jasno, że to szamani stoją za całą tragedią.
- Golemy nie chciały ci pomóc? - zdziwił się technomag, nieznający pojęcia “golem niechętny do współpracy” - przecież one po to są, żeby pomagać - roześmiał się dobrotliwie.
- Ani trochę! Na każde moje pytanie odpowiadają bełkotem o godności jaśnie pana
i tajemnicy służbowej.
- Och, to proste. Golemy zatrudniane na takich stanowiskach mają wmontowaną dodatkową maniczną zębatkę zawierającą protokół tajemnicy dworskiej. Z odpowiednim śrubokrętem i zwinnymi dłońmi możesz się dowiedzieć wszystkiego, czego tylko zapragniesz. Ba! Możesz nawet obejrzeć nagrania z sytuacji, w których brał udział golem, a które zostały uznane za szczególnie istotne!

Po dopiciu herbaty obydwaj Alfijczycy pojechali do pałacu, gdzie w ciągu pół godziny mogli obejrzeć wszystkie sceny, których świadkami byli metaliczni służący.

Evrettowi ukazało się całe nieszczęście byłego namiestnika. Gdy kilka tygodni po przybyciu do Lotongo otrzymał depeszę z wiadomością o śmierci syna, zaczął popadać w szaleństwo. Wraz z upływem czasu, jego stan się pogarszał. Unikał kontaktów z rodziną. Całymi dniami nie opuszczał swego pokoju. Pił dużo absyntu i bredził w obłąkańczym widzie. Atakował niektóre golemy, nazywając je szatańskimi sługami i odprawiał amatorskie, wręcz śmieszne rytuały odpędzania demonów. Rozmawiał z niewidocznym egzorcystą i rwał włosy z głowy, zawodząc boleśnie.

- Obawiam się, że ten dziennik nie był jednak wiarygodnym źródłem. - oznajmił Albert grobowym głosem.

Evrett nie odpowiedział. Jego twarz była teraz trupio blada. Wiedział, że swoim posunięciem nie tylko zdenerwował szamanów, ale co najgorsze zjednoczył tubylców jako wspólny wróg i świętokradca.

* * *

Następne tygodnie mijały Calvertowi bardzo nerwowo. Starał się utopić zmartwienia w ryzach papieru urzędowego; składał zamówienie za zamówieniem. Kombajny górnicze
z Wotanii, dodatkowe regimenty z Kaledonii, szczepionki i medykamenty ze Slawii… A może z Dymnika? Nie! Przecież Dymnik jest w Slawii. Chwileczkę… Przecież to stamtąd miały przyjść kombajny górnicze. Sterowcem, za dwa dni. Dziesięć tysięcy księżyców bez podatku! Poczucie odrealnienia było przytłaczające, jakby Evrett chciał się chociaż umysłem wynieść daleko poza to tropikalne piekło. Na dodatek coraz częściej informowano go, że tu i ówdzie prace nad jego cywilizacyjnym dziełem są sabotowane. Ktoś nocami zasypywał wykopane za dnia kanały melioracyjne. Ktoś uszkadzał pompy kopalniane. W końcu ktoś ostrzeliwał z łuku koszary piechoty. Evrett nie był już pewien, czy poci się ze stresu, czy z upału. Musiał działać i zdusić rebelię, zanim rebelia zdusi jego samego. Rozkazał komendantowi lokalnego regimentu wydzielić oddziały mające na celu tylko i wyłącznie jeżdżenie po mieście i strzelanie do każdego “elementu wywrotowego”. Odrobiną terroru planował kupić sobie trochę czasu, do momentu gdy kolej zostanie położona i będzie mógł łatwo wyjechać.

Prace we wszystkich przedsięwzięciach szły, mimo przeszkód, nadspodziewanie szybko. Albert w rzeczy samej był świetnym technomagiem i genialnym inżynierem.

Jednak elfowi zaczęły śnić się przerażające koszmary. Goniły go po dżungli demony w lemuryjskich maskach. Składano go w ofierze tutejszym bogom. W końcu, w proroczym niemalże widzeniu, ujrzał jak wielki sterowiec transportowy zostaje trafiony piorunem i upadana ziemię, grzebiąc jego marzenie o zaprowadzeniu w Lotongo nowego porządku.

Gdy się obudził, był zlany potem. Nic mu nie pomogła tak zwana ysyjska żona - wiklinowa plecionka w kształcie walca, zapewniająca podczas snu możliwie dobrą wentylację ciała i ochłodę temu, kto się do niej przytulał. Chciał gnać dokądś i wstrzymać lądowanie sterowca, jednak nie mógł już nic zrobić. Umył się, pokropił wodą różaną, ubrał się spokojnie w galowy mundur namiestnika i ruszył sprężystym krokiem do paromobilu. Avaloński szofer dowiózł go do połaci lasu wykarczowanego tak, aby wyładunek maszyn był łatwy. Gdy wielkie cygaro przesłoniło niebo, Evrett poczuł pewną ulgę. Wszystko szło w porządku. Tuż obok niego czekał sługa, by uwiecznić tryumf młodego szlachcica na dagerotypie. Kiedy jednak sterowiec zawisł sześć stóp nad ziemią, z trawy wystrzeliły ku niemu pnącza lian. Zza ściany drzew dookoła lądowiska słychać było rytualne śpiewy. Wiele. Dziesiątki, może setki głosów… a może tylko jeden. Komenderowały lianami, teraz już uczepionymi sterowca i atakującymi komitet powitalny.

- Strzelać bez rozkazu! - wrzasnął namiestnik i ruszył do paromobilu, nie czekając na szofera.

Koła wehikułu zabuksowały, podczas gdy wojsko zaczęło siec karabinami wielolufowymi pnącza rzucające sterowcem. Gigantyczny transportowiec niebezpiecznie przechylił się na lewą burtę, jednak dzięki mistrzostwu swego pilota usiadł, niebezpiecznie skrzypiąc. W tym momencie Calvert był już niemal w połowie drogi do pałacu.

Wtem, przebiwszy szybę, tuż obok nosa szlachcica przeleciała strzała i wbiła się w zagłówek pasażera. W popłochu szarpnął kierownicą i uderzając w hamulce wjechał w drzewo.

Na szczęście dla niego, Evretta pierwsi znaleźli żołnierze idący na lądowisko jako posiłki i odeskortowali lekko rannego namiestnika do pałacu.

* * *

Przez następne tygodnie niemal nie ruszał się ze swojego pokoju. Przyjmował tylko Alberta, który referował mu bieżące sprawy. Jednak ogarnięty strachem błyskotliwy umysł elfa nie był w stanie podejmować dobrych decyzji. Lotongo, które już zmierzało wybetonowaną drogą ku lepszemu jutru bez chorób i ginących jak muchy górników, zaczęło znowu tonąć w nędzy, śmierci i zabobonach.

Pewnej nocy, we śnie, młodzieńca nawiedził szaman. Zaczął coś do niego mówić.

Z początku namiestnik nie rozumiał, jednak im bardziej oczy starca patrzyły w jego własne, mimo prób odwrócenia wzroku, tym lepiej rozumiał… Śmierć. Jeśli sam się nie zabije w geście przeprosin, oni zabiją jego. Są wszędzie. Nawet ściany pałacu i skrzypiące zabawki jego kolegi nie uchronią świętokradcy przed gniewem dzikich czarnoksiężników.

Namiestnik się obudził i ku swojemu przerażeniu zobaczył położoną obok niego martwą małpę. Jej puste ślepia patrzyły nań złowieszczo, jakby chciały mu wyssać duszę. Najwyższy czas uciekać. Rzucił wszystkie siły na budowę kolei. Każdy wieśniak, każdy górnik z Lotongo musiał pod karą śmierci pracować po osiemnaście godzin na dobę. Całe szczęście, że do położenia zostały tylko dwie mile torów. To będą jakieś trzy dni. Przez ten czas nie miał zamiaru iść spać. Wysłał krystalografem depeszę, żeby przysłano za trzy dni parowóz do Lotongo. W tym samym liście opisał wszystkie swoje zasługi i dołączył wniosek o dymisję i powrót do Lyonesse. „Jeśli mam szczęście – myślał - przeżyję to i wrócę do domu w nimbie chwały. Tylko nikt nie może się dowiedzieć o prawdziwych przyczynach konfliktu z kapłanami dzikusów”.

Tego wieczora na prośbę Evretta, pijącego jedno espresso za drugim, Albert manicznym ogniem usmażył obwody pamięci golemów i złożył swemu przyjacielowi przysięgę, że nikomu nie powie, co się działo w tym przeklętym mieście.

Pastor, sprowadzony jakiś czas temu przez elfa, przesiedział z nim całą noc. Razem modlili się za wstawiennictwem królowej Tytanii do Bogini. Namiestnik kipiał emocjami. Wiedział, że nic nie jest pewne, jednak cieszył się każdą sekundą zbliżającą go do wyjazdu. Jeszcze nigdy nie był tak religijny jak teraz. Starał się utrzymać nerwy na wodzy i każde skrzypnięcie podłogi, każdy cień widziany kątem oka przypisywał brakowi snu. Snu, którego bał się panicznie.

Rano Calvert był ledwie żywy. Postanowił udać się na spoczynek wbrew postanowieniu.

Z resztą Albert przez noc zdążył zmontować dlań magiczny aparat izolujący jego umysł od wpływów zewnętrznych. Zapadając w długi sen, Calvert nie umiał sobie wyobrazić, jak mógłby się odwdzięczyć przyjacielowi. Sny były spokojne.

- Evrett! Evrett! - usłyszał młodego technomaga namiestnik - budź się! Po mieście grasują uzbrojone orcze bojówki! Zaraz rozwalą tory i nie wyjedziemy już nigdy!
- Co? Czyli oni rzeczywiście...Ja...Rewolta… - stękał budząc się elf.
- Musimy jechać, paromobil już czeka przed wyjściem.

Dwaj młodzieńcy pobiegli czym prędzej do pojazdu. Czternaście cylindrów zaryczało groźnie, gdy Avalończyk wcisnął pedał w podłogę. Jechali przez miasto w szaleńczym gonie. Co jakiś czas pojazd przejeżdżał jednego z rebeliantów. Także parę niewinnych przekupek i górników idących do pracy miało nieszczęście stać na drodze rozpędzonego i niezbyt sterownego pojazdu.

Gdy podjechali do dworca, zauważyli, że budynek jest otoczony przez stado dzikusów uzbrojonych w maczety, których wcześniej używali do wycinki lasów
- Niewdzięczne małpy! - pomyślał z gniewem Evrett - nawet tej rebelii nie mogliby zrobić bez narzędzi, które im sprowadziłem, by poprawić ich los! A teraz chcą ich użyć przeciwko mnie…

Paromobil, na polecenie elfa, zwolnił i umożliwił mu wyskoczenie w trakcie jazdy. Evrett wyciągnął swój ulubiony rapier, który dostał w prezencie od wuja i rozpoczął elfi taniec z ostrzem. Idąc w kierunku parowozu, znaczył swoją drogę pasmem krwi. Jego białe smukłe dłonie, choć odwykłe od walki, ciągle błyskały w powietrzu z niebywałą gracją. Wskoczył na schodki lokomotywy i uderzył w pancerne drzwiczki.

- Jazda! - krzyknął do maszynisty czekającego w bezpiecznej kabinie.

Lokomotywa ruszyła, powoli wypuszczając kłęby białego dymu. Nagle Evrett zauważył, że po drodze gospodarczej wzdłuż torów jedzie urzędowy paromobil. Wystający przez okno Albert coś krzyczał i machał rękoma. Ewidentnie chciał wydostać się z miasta ogarniętego zamieszkami. Wiedział jednak zbyt wiele. Evrett wyciągnął z kabury rewolwer i wystrzelił do przyjaciela, który nie miał nawet czasu się zdziwić. Zalane krwią z tętnicy ciało technomaga zwaliło się pod koła paromobilu wzniecającego chmury kurzu.

Elf otarł spocone czoło. Był już spokojny. Jutro w południe powinien witać się z gubernatorem i przyjmować ordery. W istocie, Imperium wiele mu zawdzięczało. Rebelia już wkrótce zostanie utopiona we krwi przez wojsko, które on, Evrett Calvert, dozbroił i zmodernizował. Buntownicy nie będą mieli czasu zniszczyć wszystkich nowych urządzeń
i budynków. „Może nawet – myślał, uśmiechając się pod nosem - zostanę uznany za wybitnie humanitarną jednostkę. Wszak lada dzień dojedzie na miejsce transport ze sprzętem medycznym i szczepionkami. Czyż może być większy dowód na moje olbrzymie miłosierdzie? Zdecydowanie, zrobiłem wiele dla tego miasta i dla królowej. Kto by pomyślał, że ta dziura może przynieść mi sławę i bogactwo tak szybko? Gubernator co najmniej podniesie mnie o kilka stopni w urzędniczej hierarchii”.

Wizja nowych galonów do munduru była niczym najlepsza terapia. Nie lękał się już ani duchów, ani szamanów. Z każdą milą oddzielającą go od Lotongo niemal fizycznie czuł, jak ich wpływ maleje. Wsłuchiwał się w rytmiczny stukot kół i zastanawiał, czy wrócić do Korony parowcem czy zostać w koloniach. Jadąc ku zachodzącemu słońcu planował swoje kolejne posunięcia względem ojca.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież