Janusz Gryz - Ogród rozkoszy ziemskich

Summa brył poruszanych arkadyjskimi schodami, zalanych białym martwym światłem. Tu cienie się poukrywały, tu szarość, ta przeciwniczka barwy, ten wróg marzenia wymieciona w odległe kąty magazynów, do których wstęp wzbroniony. Triumf jednoznaczności zepchnął metaforę, ironię i dystans do podziemnego garażu. W królestwie wielkich liter panuje hiperbola i aksamitny epitet: tu nawet buciki dziecięce osiągają rozmiary kajaków.

W amfiladach wirydarzy betonowe misy fontann życia z folwarcznego podwórza wypełnione żużlem wapiennych kamyków, w których sucha woda zrasza polistyrenową wistarię. Dekoracje z zaplecza ubogiego teatru wyobraźni zaludnione fantoszami, obite chińskim wytłaczanym jedwabiem. Śmietnik banału, piekło konwencjonalności, sztampa abstrakcyjnego konkretu, świat sprowadzony do rzeczy owiniętych w błyszczącą skórę celofanu, emalii, szkła, pozbawionych nasycenia realnością przedmiotów będących własnym zaprzeczeniem, zdradą na poziomie materialnym, których naturę skalano. Zamiast inności rzeczy widzianych, sentymentalny kicz. W szklanych promenadach witryn, w alejach trem, na klombach z lewantyny, flakony perfum w cielistej oprawie zapachów, kokieteryjne jak modnisia wybierająca się na schadzkę. Zamiast daimonionu rulady z pola, zamiast węzła linie proste, zamiast tablic wartości, tablice cen. Nastoletnie loretki z cukru okupujące bombonierkę lodziarni, lalki o buziach jak z pączka piwonii czy jabłka, a popatrzeć do środka: gniazdo robaków, wnętrze mrowiska. Przestronne lewady niczym pracownie krawieckie zasypane ściankami światła, pawilony z kaprysu metresy, ocienione plastikowym bindażem, rokoka empor. Portyki z fałszywego marmuru z żyłkami wymalowanymi farbą, uwłaczająca kopia pękniętych naczyń krwionośnych niewolników z kamieniołomów. Umieszczone w treliarzu darniowe ławki pociągnięte lakierem, oplecione winylowym bluszczem z zaplątanym w nim cepeliowskim szczygłem, ssącym landrynkę. Wejścia, zejścia, przejścia ukryte niczym intryga w wodewilu. Wszystko pachnie pudrem ryżowym, jest miękkie, kwitnące, kuszące, uszminkowane, podobne do niewiarygodnej toalety utrzymanki. Kwitnące zioła o słodkiej woni: ruta, bazylia, szałwia, majeranek, cząber, mięta w zapieczętowanych szczelnie torebkach. Stada rowerów, tych okularów na kółkach zatrzaśniętych w potrzasku. Pleonazm produktów, maskarada towarów, harmider sprzętów.

Za aortą ulicy - w Księdze napisane jest: „Jesteśmy bliżsi człowiekowi niż jego aorta” - teologiczny kościół za kutą bramą milczenia, w kamiennej ciszy wypełniony skruchą i wyrzeczeniem, z filującą świecą krzyża, pusty jak muszla, z której uszło życie. Współczesny

Bóg biega w tenisówkach Nike, w T-shircie przyszytym do zielonego smoka, ze smartfonem w przebitej dłoni. Czasami powraca nagle pod postacią trwogi, w chorobie, w starości, w przedśmiertnym skurczu.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież