Irena Batura - Ciocia Żenia

Warszawa

Wychyliłam się z dzieciństwa
w dorosłość
kierując się drogą
ujrzaną w oczach studenta Djakonowa
Ojciec – styczniowy powstaniec
czuwał nade mną
z zaświatów

Matka zajęta była
modłami w zborze
Ciotki – pracą w aptece
Do szczęścia brakowało nam
ślubu
i pieniędzy na jego opłatę
Po prośbie w biurze brata
trzymałam w ręku nasz los
kilka rubli
– Chcesz wyjść za mąż? 
Dobrze
Posagu nie masz
W którym kościele ślub?
– Nie w kościele 
Przekraczając próg odkrzyknęłam
– W cerkwi 
Przycisk do papierów
Poleciał za mną
Unik
Drzwi się rozsypały

Bóg z cerkiewnego krzyża
pobłogosławił
Przyszli na świat Wadim i Borys
Zamąciły ustalony porządek
wojenne wypadki
Teściowie z rosyjskiego dworku
obiecywali spokój
i dalszy ciąg sielanki
Drzwi mieszkania
zamknęły się za nami na zawsze
Uciekaliśmy naprzeciw słońcu

Rosja

Wojny są nieobliczalne
Mój Djakonow wzięty do armii
przepadł
Rewolucja przekreśliła
cerkiewne prawa i ustalenia
Po pierwszych porywach entuzjazmu
zwątpiłam w hasła bolszewików
kiedy kilka dni
wiozłam Leninowi
uchwały naszej gubernialnej rady
Zmarzniętej
krańcowo zmęczonej
nikt w jego sekretariacie nie dał
nawet szklanki kipiatoka 
Jeżeli tak się dba o jednostkę
to czego może spodziewać się społeczeństwo?

Rozdzieliłam ostatni bochenek chleba
wśród głodnych
na dworcu moskiewskim
przyciskając mocno do serca
tomy Dostojewskiego i Tołstoja
Byłam wolna
Nic mnie nie trzymało
w rosyjskim krajobrazie
chociaż śpiewy kazańskich okolic
podniecały dzikością

Serce Wadima dumne z matki Polki
wybrało przestrzeń i chaos
Mnie i Borysowi
pomógł felczer Sasza
bieżeniec spod Wołkowyska
O ślub w urzędzie
nie było trudno
Wreszcie mogliśmy za sobą
zamknąć sowieckie wrota

Pińsk

Rodzina jest po to
by sobie pomagać
Bezdomna
udałam się do siostry adwokatowej
Trzeba mi było jednak
trzymać język na uwięzi
Na wiadomość o małżeństwie
szwagier zawrzał oburzeniem
– Za chama wyszłaś za mąż! 
Siostra drzwi przede mną
zamknęła

Leśna 1924

Ojcowizna Aleksandra
nieznana i dziwna
przy gminnej drodze do Siemianówki
stała się fortecą
do zdobywania
Pukałam do jej bram
przy każdej czynności
Przyglądałam się dłoniom sąsiadek
starałam się układać moje
tak samo
Borysa wysłałam do ojca
urzędującego w poselstwie Kraju Rad
w Warszawie
by się uczył
Trzymałam zawsze drzwi otwarte
dla niego
ale nigdy już przez nie
nie wszedł

Z dala
oglądaliśmy łunę płomieni
Niemcy palili
nawet nasze ślady
poszerzając teren łowiecki
dla Goeringa
Wierzeje naszego siedliska
przestały istnieć

Narewka

Sasza uzyskał posadę
i mieszkanie w ośrodku zdrowia
Katolicki ksiądz
pożywiał się często
przy naszym stole
(wszak parafian tak mało!)
Moja matka warszawianka
toczyła z nim teologiczne spory
i niechętnie patrzyła na zięcia
który ją przyjął

Za granicą pozostał Pińsk i Wołkowysk
Ocierałam łzy rodzinie
Przed siostrą i jej mężem
wejście do nas stało otworem
gdy udało im się wrócić z Syberii
Nie byli już tak pewni  
swoich racji

Leśna po raz drugi

Sasza dom wybudował
na porośniętych zgliszczach
i pszczoły zaprosił
do swojej pasieki
Sąsiedzi wrócili z tułaczki
Szwagier Michał
w święto mojej patronki
porzucał czynności rolnicze
– Winszuję Ci bratowo   
Eugenio Matyldo Kłótyldo
i życzę
byś długo ludzi leczyła z ran
u boku mojego brata
Pytałam
– A czemu Kłótyldo?
– Bo spierasz się ze mną
który Bóg jest bardziej miłosierny
czy Ten ze Wschodu
czy z Zachodu?

Nie umiałam się tylko znaleźć
gdy pacjentki donosiły
– Wasz Sasza ma romans… 
gdyż już nigdy nie wiedziałam
jak i komu drzwi serca uchylić
Tylko nocami
otwierała się w nich furtka
dla pieśni ludzi spod Kazania
a na otarcie łez
gdy budzi się ranek
zanim wydoję krowę
mam Aleksego Tołstoja i Dostojewskiego
w oryginale…

                         23 listopada 2015

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież