Stanisław Nyczaj - Bogata księga życia

I

Poznałem Go pod koniec lat 90. w kieleckim Krajowym Centrum Kultury Niewidomych, kiedy dyrektor, Arkadiusz Szostak, wydatnie pomagał Mu w nagraniu księgi Życie, będącej pełną dramatycznych sytuacji opowieścią o kolejach losu Jego ojca Stanisława. Przyznał, że została napisana de facto dużo wcześniej, w latach 1970–1972 „na bazie wydarzeń grudniowych w Szczecinie”.

Nagrodzona w trzech konkursach: pamiętnikarskich „Dzieje szczecińskich rodzin w XX w.” – 1995, „Twórczość rodzin marynarzy” – 1997 i literackim wymienionego na początku KCKN – Kielce 1997 (na każdym pierwszą nagrodą), ukazała się drukiem w roku 1998 staraniem tegoż KCKN przy korektorskiej trosce Urszuli Szostak, z posłowiem Stanisława Mijasa. I od razu stała się lekturą pomocniczą dla szkół średnich, a jej drugie wydanie z 1999 oraz to szczególnego rodzaju: na 12. kasetach magnetofonowych w gustownej szkatule, jakie miałem potem w ręce, utrwalone z pomocą Biblioteki Centralnej PZN, było przeznaczone do słuchania niewidomym i niedowidzącym, krążyło wszakże nie tylko wśród nich. Władek ubolewał, że choć zostało uhonorowane również przez Ministra Edukacji Narodowej, to w szczecińskim środowisku budziło kontrowersje, jakie w ogóle nie występowały na spotkaniach dyskusyjnych w KCKN. Stanisław Mijas we wspomnianym posłowiu wskazywał na „dużą wrażliwość [autora] na słowo, na epitety, na określenia wartości drugiego człowieka”. Podkreślał literackie atuty: „Zdolność do opowiadania z gradacją napięć. Prostotę, ale nie prymitywizm. Wrażliwość na przyrodę, ale bez egzaltacji i nie w ujęciu <sztuki dla sztuki>. Przyroda jest dla człowieka, wokół niego i dla niego”. Inspirował: „Całe rozprawy można by o tej prozie napisać”. Dlatego Władek tak te spotkania sobie cenił, chętnie i często przyjeżdżając do Kielc, Bocheńca nad Wierną, Buska-Zdroju, Świętej Katarzyny, Huty Szklanej u stóp Świętego Krzyża, Sandomierza czy do Muszyny (różnych miejsc organizowanych przez Centrum seminariów, na których literaturę łączono z występami krasomówczymi, scenkami teatralnymi, wystawami plastycznymi, występami wokalno-instrumentalnymi). Nie zadręczaliśmy Go pytaniami, o co szczecińskim historykom i starszym literatom chodzi, że nie może z nimi nawiązać współpracy ani się do nich koleżeńsko przybliżyć. Prawdziwe zrozumienie dla swoich racji znalazł tak naprawdę nie „u swoich”, a dopiero w naszym kręgu. Zaufał nam, słuchał dobrych rad w kwestiach literackiego dopracowywania tekstów i powierzał stopniowo losy większości spośród przygotowywanych z dużym rozmachem książek. W Oficynie Wydawniczej „STON 2” wspomagaliśmy Go redakcyjnie przy jednoczesnej dbałości o atrakcyjną formę edytorską (dobór ilustracji, map, wykresów, a nawet – w pozycjach historycznych – o długie, po wielokroć składane tablice genealogicznych rodów książąt pomorskich).

II

Janusz Władysław Szymański – prozaik, pamiętnikarz, popularyzator wiedzy historycznej, regionalista, członek Związku Literatów Polskich – urodził się 15 listopada 1940 r. w Słobódce Turyleckiej k. Skały Podolskiej w woj. tarnopolskim. Falą repatriacji w 1945 przeniesiony został do Popielowa k. Opola, a po kilku miesiącach do Głębokiego k. Recza Pomorskiego, gdzie spędził dzieciństwo. „W dziecięcej pamięci, jak w wosku, odcisnęły się wydarzenia, których byłem naocznym świadkiem – pisał we wstępie do Życia – te bardziej dramatyczne […] powodowały strach […]. Władza wtedy docierała już wszędzie. Penetrowała wszystkie dziedziny życia. Starała się dotrzeć także do tego, co skrywała przed nią ludzka pamięć. Tak było przez wiele lat. Aż nadszedł pamiętny grudzień”. Jako absolwent Studium Nauczycielskiego w Szczecinie, w 1973 obronił pracę magisterską z historii nt. Umocnienia obronne Pomorza Zachodniego na przykładzie miasta Pyrzyce na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i otworzył przewód doktorski nt. Średniowieczne umocnienia obronne Pomorza Zachodniego za panowania Gryfitów (nieuwieńczony, acz spełniony po latach pomnikowym bez mała kompendium o tym książęcym rodzie). Został dyplomowanym nauczycielem historii, wiedzy obywatelskiej, religioznawstwa. Specjalizował się w nauczaniu zajęć praktycznych i w roli wychowawcy domów dziecka. W okresie długoletniej pracy zawodowej był ślusarzem remontu maszyn, nauczycielem szkół podstawowych i średnich, wizytatorem Oświaty i Wychowania, instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego. Ukończył kilkadziesiąt kursów zawodowych i instruktorskich. Był pilotem szybowcowym, mechanikiem urządzeń lotniczych, jachtowym sternikiem morskim, instruktorem żeglarstwa, sportów motorowodnych, modelarstwa lotniczego i szkutniczego, strzelectwa, operatorem sprzętu audiowizualnego, przewodnikiem turystycznym, opiekunem miejsc pamięci narodowej… Żył na pełny gaz. Nie udało się jednak bez konsekwencji. Pracę zawodową w oświacie okupił ciężkim zawałem serca w roku 1994.

Jego zainteresowania pisarskie objawiły się bardzo wcześnie. Publikował liczne artykuły i reportaże w prasie pedagogicznej, historycznej i religioznawczej.

Będąc długie lata związanym ze szkolnictwem i mając talent gawędziarski, umiał zainteresować słuchaczy na swych licznych spotkaniach autorskich (jak sumował, było ich ponad 500), wciągnąć w omawiane tematy, legendy, fabuły i skłonić do lektury tego, co napisał. Bogatą w treść wypowiedź potrafił zawrzeć w dopuszczalnym dla uważnej percepcji czasie.

III

Wydaliśmy  w OW „STON 2” Jego powieść historyczną z okresu chrztu Pomorza pt. Agwa (2001) – uhonorowaną specjalnym wyróżnieniem, Złotym Ekslibrisem, przez czytelników i bibliotekarzy szczecińskiej Książnicy Pomorskiej, a rok wcześniej ogłosiliśmy jej wersję dla młodzieży w postaci zbioru Opowieści i legendy pomorskie, który długo utrzymywał się na listach bestsellerów na Pomorzu i wkrótce stał się lekturą szkolną pomorskich szkół podstawowych i gimnazjalnych do ścieżki edukacyjnej „Dziedzictwo kulturowe w regionie” oraz konkursu „Moja mała ojczyzna”.

W 2003 r. ukazały się Syberyjskie noce o dramatycznych losach kilkorga polskich dzieci wywiezionych w lutym 1940 w głąb syberyjskiej tajgi i skutkach tamtych wydarzeń w ich życiu i psychice. W tym samym roku opublikował na kanwie wspomnień z dzieciństwa opowieść pt. Dolina, ukazującą powojenną społeczność małego pomorskiego miasteczka. Obszerne fragmenty tej opowieści znalazły się w zbiorze Centrum Pamiętnikarstwa Polskiego Wieś polska i Polacy w kulturze Europy, Ameryki i świata.
Pasje historyczne i popularyzatorskie znalazły swe ujście w kolejnych zbiorach legend: Siedem świętych kręgów (2002), Pomorzanie w historii, baśni i legendzie (2004), gdzie skoncentrował się na ludziach, którzy wywarli wpływ na bieg historii Pomorza, oraz powieści z okresu panowania książąt pomorskich Eryka II i Bogusława X pt. Jaszko, rycerz księżnej Zofii (2007), w której miłość rycerza Jana z Maszewa do Zofii Stargardzkiej, żony księcia Eryka, staje się tylko pretekstem dla ukazania obszernego fragmentu historii Pomorza i uwarunkowań historycznych w stosunkach polsko-pomorskich.

Każda miejscowość, w jakiej przebywał, fascynowała go śladami przeszłości. Tak powstało opowiadanie Lubecyn o jednej z największych wsi na Pomorzu Zachodnim, Lubczynie, ongiś potędze gospodarczej, zapleczu Goleniowa i Szczecina, porcie i stoczni nad jeziorem budującej pod koniec XIX w. pełnomorskie statki – kogi. Wielkim ośrodku wypoczynku i rekreacji dla obu miast.

Wynikiem wieloletnich starań, by zawrzeć w jednej pozycji możliwie wszystkie ważne dane o 315. książętach pomorskich, ich życiu i działalności jako władców Pomorza, ale także jako zwykłych ludzi z różnymi przywarami i słabostkami stał się obszerny informator z bogatą ikonografią i tabelami porównawczymi pt. Książęcy ród Gryfitów (2006).

Na potrzeby lokalnej społeczności, z którą związany był przez długie lata, zebrał ponad 120 legend do tomu Legendy goleniowskiej puszczy z ilustracjami wykonanymi przez dzieci. Zaś obserwacje współczesnej społeczności wsi polskiej dały początek opowiadaniu Diabelskie pomioty, pisanemu w latach 2003–2009 – współautorstwa Leokadii Fidut-Skryckiej, później Szymańskiej, głównej narratorki opisywanych wydarzeń, nieocenionej w troskliwym poświęceniu na co dzień podczas długotrwałej obłożnej choroby Władka, przykutego na całe lata do łóżka – ukazującemu niewiarygodnie trudne losy dzieci w latach 60. i 70. ub. wieku ze zdegenerowanych środowisk alkoholowych i ich rozpaczliwe próby uwolnienia się od swych rodziców. Dedykowane jest ono „Dzieciom przeklętych ojców”; takich jak ten przedstawiony ze wsi pomorskiej, terroryzujący własną rodzinę.

Pasje turystyczne, żeglarskie i harcerskie zaowocowały natomiast opowiadaniem Szkwał (2007) o przygodach 38. Harcerskiej Drużyny Żeglarskiej „Szkwał” (którą opiekował się przez 27 lat), ukazującym przebogatą przyrodę ojczystą oraz innych krajów europejskich (głównie Norwegii, Danii, Francji, Anglii, Szkocji), a na tym tle proces kształtowania się charakteru człowieka w walce z żywiołem i własnymi słabościami.

Zupełnie odrębne miejsce w Jego pisarstwie zajmują: opis dawnych zwyczajów Słowian pt. Zwyczaje i obyczaje pogańskie zachowane w kulturze narodu, jak również – wydane przez nas tuż przed Jego śmiercią – historyczne opracowanie pt. Waldensi (2015), przedstawiające niewielką grupę chrześcijańskiej organizacji zamieszkującą w XIV w. kilkanaście wiosek w okolicy Morynia, która została stamtąd „wyczesana”, osądzona i skazana przez Świętą Inkwizycję.

Zdobył wiele nagród w konkursach pamiętnikarskich i literackich, prócz wcześniej wymienionych, ponadto w „PAR”, Centrum Pamiętnikarstwa Polskiego i Polonijnego w Warszawie, jak również w konkursach KCKNN w Kielcach. Otrzymał nagrody i był stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Pod koniec lutego 2008 r. opiniowałem jego podanie o przyjęcie w poczet członków ZLP do Oddziału w Kielcach. Dlaczego akurat kieleckiego, skoro goleniowski adres zamieszkania wskazywałby na Oddział w Szczecinie. Żywił jednak do szczecinian po piórze żal, że nie przygarnęli go, kiedy tego pragnął i potrzebował. Znalazł środowiskowe przytulisko w kieleckim KCKN. Wyjaśniałem to w opinii dla Komisji Kwalifikacyjnej Zarządu Głównego Związku, m.in., iż nad twórcami skupionymi w KCKN, do którego Janusz Władysław przybywa kilka razy do roku na seminaria warsztatowe, sprawuję od lat konsultacyjną opiekę literacką. Iż znam go jako bardzo aktywnego twórczo pisarza, popularyzatora wiedzy historycznej i legend zachodniopomorskich napisanych z literackim zacięciem.

Został przyjęty. Po dwu i pół roku doszliśmy jednak wspólnie do wniosku, że przy gorszym zdrowiu trudno Mu będzie przyjeżdżać na literackie spotkania do Kielc, że o wiele bliżej będzie miał do Koszalina z pożytkiem dla tamtego Oddziału i własnego wkładu w życie Związku. Prezeska Ludmiła Janusewicz, pamiętająca Go z pleneru w Dźwirzynie, z radością nowego kolegę przyjęła do szczupłego grona swoich literatów.

Ostatecznie wszak był mu pisany rodzimy Szczecin. Gdy ster w tym Oddziale przejęła poetka Róża Czerniawska-Karcz, Janusz Władysław zdecydował się na kolejne przenosiny. Na ok. rok przed swoją śmiercią przyjmował wyrazy wsparcia poprzez żonę Leokadię od następcy Róży – Leszka Dembka. Jakie ważne było to dla Niego! – mogłem się osobiście przekonać.

IV

Podziwiałem pracowitość i niespożytą energię Władka. Jego niezwykły hart ducha. We wstępie do opowieści o Reczu – gdzie spędził okres ponad ośmiu „najpiękniejszych” lat, choć mając zaledwie trzynaście, musiał podjąć pracę zarobkową – wyznał: „Ten hart charakteru, otrzymany na reczańskim rynku przy przycinaniu drzewek, przydał mi się później, już w dorosłym życiu. Był silnym jego motorem”. Do realizacji zamierzeń pisarskich – jak widać z powyższej charakterystyki, zróżnicowanych gatunkowo, a trzeba by jeszcze dodać dla bibliograficznego porządku wydany własnym nakładem i we własnym opracowaniu graficznym tomik wierszy Stokrotka i morze – przystępował z wielkim przejęciem, angażując się całym sobą. Nie szczędził wysiłków, by dotrzeć do źródeł. Miał świetne, robocze kontakty z muzeami, bibliotekami, nawet placówkami badawczymi. Za przysługę w ważnej potrzebie umiał odwdzięczyć się efektownym spotkaniem autorskim, np. o zwyczajach i obyczajach pogańskich zachowanych w kulturze narodu, wyjaśniając podłoże wielu naszych swoistych zachowań praktykowanych każdego dnia bardzo często bez świadomości, skąd się one wywodzą i dlaczego je nieraz wręcz kultywujemy.

Gorzej, coraz trudniej z biegiem lat radziliśmy sobie z rynkiem księgarskim. I tu na nic się zdały Władkowe doświadczenia z rynku reczańskiego. Piszę w liczbie mnogiej, bo mierzyliśmy się z tym nieprzewidywalnym w postępowaniu handlowym molochem obydwaj. On jako autor i ja w roli wydawcy. Księgarze chętnie brali Opowieści i legendy pomorskie czy Pomorzan w historii, baśni i legendzie – telefon przyjmujących był zawsze czynny, natomiast dziwnie milkł ten drugi od rozliczeń, gdy przekroczony został termin obiecanych, przyrzeczonych wypłat. Przelewy nie nadchodziły, więc bój toczył się o gotówkę. Trzeba było, narażając się na dodatkowe koszty, nawiedzać oporne w płaceniu księgarnie bez uprzedzenia. Czasami zaskoczeni nagłą naszą wizytą jakąś część odwlekanej w nieskończoność należności wypłacali. Ale, bywało, że w słusznej sprawie fatygowaliśmy się na darmo. Narastała w nas gorycz z powodu opieszałości, skoro książki zostawione na WZ-tki z potwierdzeniem przyjęcia zostały dawno sprzedane. Dlaczego notorycznie nierozliczane?! Należne pieniądze przed nami odbierał nierzadko ktoś, kto miał większą siłę przebicia, chytrzejszy spryt?! Kasa z dziennego utargu okazywała się pusta. Trzeba było próbować kolejny raz…

Aż w tym procederze pomiatania – nie tylko przecież nami – doszło ze szczecińskim Prywatnym Przedsiębiorstwem „Dom Książki” Sp. z o.o. do sądowej konfrontacji. Bo jako dłużnik wielu wydawcom ogłosiło upadłość i miało prawo do umorzenia części należności. I dla usankcjonowania naszej ewidentnej 40-procentowej straty procedura Sądu Rejonowego XII Wydziału Gospodarczego musiała wszystkich pokrzywdzonych, więc także naszą Oficynę, zwołać na Zgromadzenie Wierzycieli, by po wysłuchanie krótkiej sentencji, ugodowo stratę zaakceptować. W latach 2004–2005 przybywaliśmy na wezwania Wysokiego Sądu do Szczecina dwukrotnie. Władysław (któremu przysługiwało gros środków ze sprzedaży) z pobliskiego na szczęście Goleniowa, ja (upoważniony przez żonę – z odległych Kielc po całonocnej podróży, by stawić się ok. dziewiątej-dziesiątej na kilka-kilkanaście zdań postępowania ugodowego z wierzycielami, nastroszonych paragrafami i dla osłody namaszczonych potoczystymi literami prawa. Wyrok był wiadomy: otrzymujemy za sprzedane książki 60% należności. Trzeba było się cieszyć, ze pomimo fatygi i udręki, część z długu odzyskaliśmy.

Masa upadłościowa firmy za ścianką w sąsiednim pomieszczeniu, pod innym szyldem, przepoczwarzała się w czynną, uprzejmą, promieniejącą uśmiechem postać chętnego dystrybutora wydawnictw, niczego nikomu niewinnego...

V

Jednak w miarę nawarstwiania dystrybucyjnych kłopotów tęgie czasem na pokaz nasze miny – rzedły. Nie wiadomo było, co zrobić dla podniesienia animuszu. Władek stopniowo podupadał na zdrowiu. Nie przyjechał już na trzeci z kolei plener literacki do Dźwirzyna. Z powodu niedomagań sercowych źle, niepewnie czuł się będąc samotnym w goleniowskim mieszkaniu. Wtedy szczęśliwym zrządzeniem losu zjawiła się w Jego pobliżu Lodzia (wspomniana wyżej Leokadia, współautorka Diabelskich pomiotów), zafrapowana literaturą, bezinteresownie gotowa pośpieszyć niedomagającemu Władkowi z pomocą. To właśnie dzięki jej zapobiegliwości i wytrwałości w trudnych sytuacjach znalazł On – w bardzo trudnym położeniu – nieodzowne oparcie. Coraz częstsze konieczne pobyty w szpitalu wymagały stałych odwiedzin, podtrzymywania dobrym słowem, asekuracji w przyjmowaniu leków. Potem długotrwałe leżenie w domu było utrudzeniem dla obojga.

Po wylewie mówił z trudem, niechętnie. Przekonałem się o tym podczas odwiedzin dogodnych dla mnie w czasie prowadzenia pleneru literackiego w Międzywodziu. Do Goleniowa było niedaleko i pogodne sierpniowe popołudnie stwarzało sprzyjający wizycie nastrój. Przebywała jak raz okazyjnie na plenerze Róża Czerniawska-Karcz – podówczas już (w 2014) prezeska Szczecińskiego Oddziału ZLP. Uzgodniłem z Lodzią najlepszą dla Władka porę, kiedy najprawdopodobniej będzie mógł rozmawiać. Zamierzaliśmy przeprowadzić z nim wywiad, zapisać go do publikacji w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”. Władek naszym przybyciem bardzo się ucieszył. Chętnie słuchał, co do niego mówiliśmy. Lodzia przyjęła nas gościnnie. Nie spieszyliśmy. Ale Władek, mimo widocznego wysiłku woli, nie był zdolny do w miarę wyrazistych odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Może paraliżowało Go wzruszenie?

Zostawiliśmy na kartce kilka pytań Lodzi z nadzieją, że zaistnieją momenty, kiedy jakąś reakcję na Nim wyjedna. Jednak i ona nie dała rady. Był to już dla Niego za duży wysiłek. Towarzyszyła mu do samego końca z cierpliwą opiekuńczą troską we wszystkim, co przy ciężko, obłożnie chorym trzeba zrobić. Serdeczne jej za to dzięki!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież