Stanisław Stanik - Batalia o język

Równocześnie jak wkradły się błędy do polityki społecznej państwa, ubożał i impregnował się język. Z perspektywy powojennych lat i ze świadomością zmian, jakie dokonały się w myśleniu ludzi w ostatnich latach, coraz częściej nachodzą refleksje o ograniczonym obszarze, na którym dotychczas porozumiewaliśmy się, informowali, wypowiadali. Znajdzie to swój wyraz w publikacjach oficjalnych i nieoficjalnych, ukazujących się w ciągu minionych miesięcy, w dyskusjach na różnych kanałach informacji i w rozmowach z ludźmi.

Rejestr spostrzeżeń, odnoszących się do oceny wypaczeń w sferze języka, nie został jednak, jak myślę, w dotychczasowych publikacjach wyczerpany. Wiele uwagi poświęcono sprawie niedoinformowania społeczeństwa i selekcji informacji, manipulowaniu informacją bądź jej szkodliwym nakierowywaniu. Wszystko to nie pozostało bez wpływu na stan języka narodowego. Wydaje mi się, że problem zniszczenia, rzec nawet można, dewastacji języka narodowego, ma o wiele szerszy wymiar i głębsze przyczyny niż się na ogół sądzi.

Język zaczął ubożeć i karleć w sytuacji samoobronnej, w której znalazł się kraj w dawnych dziesiątkach lat. W czasach ostatniej wojny zszedł niemal do podziemia, w sensie dosłownym, i w tym przenośnym, będąc pierwszą potrzebą i symbolem egzystencji okupowanego i de facto nieistniejącego kraju. Zbrutalizował się i zapożyczył u Niemców. W latach tuż powojennych, towarzysząc ludziom w niedoli i biedzie, wyprany został z ozdobników i bogactwa. Rozplenił się żargon produkcji i biurokracji. Rozpanoszyły rusycyzmy. „Odwilż” roku 1956 stworzyła szersze możliwości ujmowania problemów świata w kategoriach językowych, odbiegających od dotychczas narzucanego monizmu myśli. Wprowadziła do słownictwa mówionego i innego wyrazy „zabronione” i „zastrzeżone”. W początkowej fazie zdawano się nawiązywać do tradycji lat międzywojennych. Nie nastąpiła jedna zasadnicza metamorfoza w tej sferze, z całą zaś pewnością zmiany nie nabrały charakteru postępowego. Skomputeryzował się język lat dziewięćdziesiątych, sprozaizował się i zbanalniał znowu w późniejszym czasie. Bierzemy tutaj pod uwagę język tzw. kulturalny, a więc język ludzi wykształconych, stanowiących zresztą większość społeczeństwa naszego kraju, podlegający niestety najszybszym przemianom i przeobrażeniom. Uległ teraz dla odmiany zangielszczeniu.

Te nieznaczne, a wcale nie zdecydowane przesunięcia w sferze języka dadzą się zaobserwować ze szczególnym nasileniem w literaturze krajowej. W pierwszych latach po wojnie dominowała w niej tematyka, a w związku z nią słownictwo, obozowe i wojenne. Język stał się powściągliwy, lakoniczny, suchy, pozbawiony żarliwości. Niejako wzorcem dla literatury tego okresu są opowiadania Borowskiego, oszczędne, brutalne, proste w wyrazie. Podobnie rzecz się ma z opowiadaniami Nałkowskiej, powieściach Szmaglewskiej, a nawet w prozie Dąbrowskiej. Na początku lat pięćdziesiątych, w literaturze zwanej socrealistyczną, nastąpiło zawężenie tematyczne do niektórych tych sfer życia człowieka oraz uproszczenie myślenia i sprowadzenie objawów życia duchowego do najprostszych. Pokolenie zwane pokoleniem „Współczesności”, które zaznaczyło swoją obecność w latach odwilży po 56 roku, w dalszym ciągu praktykowało ascezę słowa, czego przykładem jest Różewicz, Białoszewski a także Herbert. Miała ona jak gdyby wyraz świadomego wyboru, ale kto wie, czy była odbiciem minionych przeżyć i doświadczeń. Wypowiadać się pełnym bogatym w różnorodności językiem, stało się w świadomości społecznej aktem niepoetyckim i poniekąd prostackim. Z drugiej zaś strony wystąpiły takie zjawiska, jak poezja Grochowiaka czy Brylla, w której w nadmiarze stopiła się ornamentyka baroku z codzienną, a w którym to stopie owa ornamentyka raziła pewną sztucznością.

Język dominował powściągliwy, lakoniczny, suchy, bolesny, pozbawiony żarliwości. Nie udało się wyjść z zaczarowanego kręgu ograniczeń, marginalności i niepełności twórcom „nowej fali”, ich młodszym konkurentom bądź to adwersarzom. „Mówić pełnym głosem”, ich naczelne hasło, nie zostało praktycznie wprowadzone w życie, zaś skupienie głosu na niektórych tylko dziedzinach „zakazanych”, jak polityka, czy konflikty młodzieżowe, nie pozwoliło rozwinąć w pełni skrzydeł językowi. Co więcej, praktyka naśladowania drugorzędnych czy marginalnych wzorów publikatoryjnych spowodowała przeniknięcie do języka literatury czy poezji, wulgaryzmów i obscenów. Charakterystyczne jest, że i proza ostatnich dziesięciu lat, młoda proza, nie wydała żadnego dzieła epickiego o szerokiej, rozlewnej konstrukcji. W ostatnim czasie trwają gorączkowe poszukiwania sposobu przedstawienia świata w jego złożoności i głębi. Na ogół tkwimy w gonitwie pozorów, pustych gestów, codziennych czynności.

Zawężone, ograniczone znaki literatury wszystkich okresów powojennych dają się zauważyć w sferze „samolubności” językowej, która wyrażała się w ubogim kręgu obserwacji i niepełnym często egotycznym udostępnieniu wyników tej obserwacji. Pominięte zostały zjawiska czy sprawy, towarzyszące temu przebiegowi linii rozwojowej okrojonego i niepełnosprawnego języka. W świadomości współczesnego odbiorcy kultury, utrwalił się przebieg procesu rozwoju języka, a ściślej języka literackiego, na podstawie oficjalnych przekazów opiniotwórczych. W procesie tym dadzą się zauważyć sprzężenia popularności wygodnych na dzisiaj dzieł z działalnością czysto doraźną, funkcyjną i użyteczną zarówno krytyki jak i ośrodków decydenckich politycznych. Na niepamięć skazywano dzieła i pisarzy kontrowersyjnych, „odosobnionych” i szukających. Zabroniono kontaktu z polską literaturą na emigracji. Literatura światowa przedzierała się do kraju w dawkach odpowiednio i świadomie dozowanych, w pozycjach symulowanych, odpowiednio dobieranych. Dopiero ze świadomością izolacjonistycznych posunięć odgórnych można rozważać restrykcje mające charakter polityki interwencyjnej. Ograniczano mianowicie pewne dziedziny ludzkich zainteresowań, przemilczano je bądź rozmyślnie eliminowano.

Formułowano wypowiedź i utwór oportunistyczny i wygodny w czasie teraźniejszym, ograniczający pole widzenia czytelnika do spraw drugorzędnych bądź podstawowych, jak sprawa biologicznego trwania, obowiązku walki z wrogiem, a później ideału życia konsumpcyjnego i naznaczonego stygmatem sukcesu. Nic dziwnego, że literatura zepchnięta została do roli służalczej wykształciła swój własny, hermetyczny język, którego wartość przemieszczania się dopiero na obszar niedomówień, pominięć, wychwytywaniu marginaliów, smakowaniu ich w zastępstwie niewypowiedzianych a prawdziwych dramatów. Popularność zyskiwała literatura przedmieść, żargonu, grypsu i deformacji. To ona zdominowała obieg literatury w ostatnich latach.

Nachodzi myśl, że coś podobnego, jak o literaturze dałoby się powiedzieć o innych dziedzinach kultury. Te inne dziedziny jednak, posługując się osobnym językiem, sformalizowanym jak w wypadku nauki czy abstrakcyjnym jak w przypadku muzyki, nie miały tego duchowego znaczenia dla życia narodu, jak właśnie literatura. Rozszerzając skalę doznań świata zewnętrznego, nie przenikały znacząco do świadomości społeczeństwa. Stąd pogłębiająca się deformacja kultury. Niezrozumiałość i niejasność stała się sama w sobie znakiem, przekaźnikiem treści niedostępnych ze względów ortodoksyjnych polityki państwowej. Jasne jest, że narastała w społeczeństwie potrzeba, wielkie pragnienie, mus, werbalizacji obszarów niedotykalnych, zabronionych i niejasnych. W warunkach wzrostu świadomości, a także rozwoju ekonomicznego zaplecza społeczeństwa, rozszerzał się obszar myśli i porozumienia grupowego, a dalej i klasowego w polu martwego języka. Pierwszym wyrazicielem zwiększonych potrzeb życia duchowego, tym głównie myślenia, jest język. Myślimy za pomocą języka, choć myśl jest bogatsza od niego.

Przemiana w świadomości społecznej, która doprowadziła do ostrego protestu, odbiła się na języku w sposób wyraźny i szybki. „Przemówiły” z gazet i książek języki ludzi „milczących” bądź „przemilczanych”. Dały o sobie znać sfery dyskusji, polemik i rozmyślań, obejmujące tematy tabu i tematy niewygodne. Ożywiła się wymiana myśli, rozszerzył nawias błędu, uwydatniła potrzeba tolerancji na słabość. Jakkolwiek rozwinęły się zwłaszcza dziedziny publicystyki i szybkiej informacji, to można mniemać, że potrzeba odświeżenia języka zostanie doświadczona przez kreację literacką. Język literatury z pewnością nie omieszka skorzystać z nadarzającej się sposobności całego społeczeństwa. Więcej, powinien tę świadomość kształtować i współtworzyć z wyprzedzeniem.

Przemiany społeczne dokonujące się za pomocą języka interwencyjnego, winny wszak nakierować raczej literaturę na wyższe piętro. Istnieje potrzeba nawiązania do szlachetnego, bogatego i arcypolskiego języka mistrzów słowa, do tradycji Kochanowskiego, Paska, Mickiewicza, Żeromskiego, Dąbrowskiej. Bliski nam jest wzorzec przebogatego i jakże mądrego języka Miłosza. Z tradycji winna rodzić się współczesność. Niech nie wieje z kartek, ze stron książek ten zimny, smutny, wyjałowiony język „dziwnej” wojny, która przeciągnęła się do dzisiaj. Niech myśl poszybuje wysoko. Czas mówić po prostu, po ludzku i po polsku.

 



PS. Artykuł ten miał być drukowany w Boże Narodzenie 1981 roku w tygodniku „Kierunki”. Z wiadomych względów (stan wojenny) nie ukazał się. W prawie niezmienionym kształcie jako nadal aktualny postanowiłem przedłożyć go czytelnikom.

Nowe
Wieczorów tysiąc mam co chwila
Pod brwiami rozdygotane
W tańczącym świateł labiryncie
Wzbijam się na piramidy
Tu w gryzącym kurzem kraterze
W ogniu dymią jakby młynek
Skuteczną truciznę rozpylał

Wysoko sterczą kombinaty
A w ich magazynach –
Miniaturowe żyją mózgi
Tu jak w antycznym grobie
Widzę fantastyczne rzeczy
Moich umarłych i bajki
Kupuję na raty
                              1966
                             

                              Stanisław Stanik

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież