Karol Pastuszewski - Ukraina - trzy próby uzyskania niepodległości

Trzy razy Ukraina w czasach nowożytnych miała szanse wybicia się na niepodległość, co dla Polski ma znaczenie pierwszoplanowe, bo jej niepodległość jest zabezpieczeniem naszej niepodległości, zagrożonej od wschodu od ponad trzystu lat. Pierwszy raz taka szansa powstała po zawarciu Ugody Hadziackiej w 1658 roku. Ukraina mogła stać się trzecim członem Rzeczpospolitej z własnym dowódcą, wojskiem, skarbem, oświatą, (zastrzeżono powołanie do życia dwóch wyższych uczelni – Korona w tym czasie miała tylko jedną), z własną religią a przede wszystkim z własnym terytorium.

Wspólny miał być jedynie Sejm i król. Tej szansy nie wykorzystano, bo zbyt wiele narosło nienawiści po powstaniu Chmielnickiego, zbyt wiele przelano krwi. Niektórzy ocenili to jako porozumienie „bogatej starszyzny kozackiej z pańską Polską, nie zaaprobowane przez masy dążące do jedności z Rosją”. Dojrzałość polityczna i dalekowzroczność przegrały z niedostatkiem instynktu państwowego. Na trzysta lat sprawa została pogrzebana. Drugi raz Ukraina mogła zdobyć niepodległość w 1918 - 1920 roku. I znowu zmęczenie wojną, zbyt niski poziom świadomość narodowej, rozproszenie kierunków działania politycznego zmarnowały ogromną szansę na oderwanie się od Rosji i zorganizowania się jako odrębne, suwerenne państwo. I wreszcie szansa numer trzy, ta obecna już realizowana, ale jeszcze bez pewności, że tym razem się powiedzie. Powstała po 70 latach od tej drugiej próby. Minęło 25 lat to za mało, aby w tej kwestii wyrokować. A jest to dla nas – nigdy za dużo podkreślać – sprawa fundamentalna.

Opinia wybitnych historyków, znawców tematu, w tym i takich autorytetów jak prof. Zbigniew Brzeziński, czy prof. Ryszard Pipes, którzy budowali swoje sądy nie tylko w oparciu o wiedzę historyczną, ale także o znajomość praktyki politycznej jest jednoznaczna: Rosja bez Ukrainy to nie jest ta sama agresywna Rosja, którą znamy, która tak łatwo prowadziła imperialną politykę, poszerzała swoje terytorium we wszystkich kierunkach niosąc zniewolenie sąsiadom.

W tym kontekście obserwujemy u nas smutne zjawisko, że zamiast pomagać Ukrainie jak tylko możemy w jej ciężkich chwilach, zajmujemy się przypominaniem i piętnowaniem zbrodni sprzed 70 lat. Robimy to w czasie zmagania się tego kraju z Rosją, utraty Krymu, walki o Donbas, a także zdecydowanego wejścia na drogę rzeczywistych, często bolesnych reform i zmian, co dla Ukrainy musi być szczególnie trudnym zadaniem zważywszy 70 lat radzieckiej gospodarki i radzieckich stosunków społecznych i politycznych.

Szkodzić komuś jest zawsze łatwiej niż pomagać. Po tych 25-latach nie w pełni przez Ukrainę wykorzystanych, gospodarczo źle sterowanych, widać jak jest słaba ekonomicznie, chwiejna społecznie, mało doświadczona politycznie, nieprzygotowana militarnie. Z tym, że trudno sobie wyobrazić, aby mogło być inaczej po tak długiej postradzieckiej rzeczywistości.  

Jakby na usprawiedliwienie obecnego podnoszenia sprawy zbrodni ukraińskich mówi się, że nigdy na to nie ma dobrego czasu. Jeśli tak, to ten obecny moment jest na pewno najgorszy z możliwych. Niepokoimy się o pamięć historyczną, w chwili kiedy trzeba się przede wszystkim niepokoić o przyszłość Ukrainy. Czym zakończy się jej walka o istnienie. Czy świat, a szczególnie Unia Europejska będą wystarczająco zdeterminowane by nakłonić Rosję do pogodzenia się z faktem istnienia suwerennej Ukrainy, która na dodatek w przyszłości połączy się różnymi więzami z krajami Europy zachodniej. Alternatywą może być powrót pod naciskiem Moskwy do stanu poprzedniego - prowincji rosyjskiej (z piękną niepodległościową nazwą) podporządkowaną suwerenowi politycznie, gospodarczo i kulturalnie. Dla Polski byłby to dramat i śmiertelne niebezpieczeństwo, a mało istotną rzeczą stanie się pamięci o dramacie Wołynia utrwalona w pamięci społecznej dzięki książkom i kinu.   

Nie przesądzając czy ten straszny bieg wydarzeń na Wołyniu był do zatrzymania w drodze rozmów politycznych i ustaleń negocjacyjnych, powiedzmy o jednej znanej próbie takiego rozwiązania sprawy nie odrzuconej z góry przez UPA. Aleksander Bocheński pisarz polityczny i publicysta, autor książki o stosunkach polsko-ukraińskich, brat Adolfa również pisarza politycznego i dominikanina Józefa profesora filozofii zwrócił się do abp Szeptyckiego głowy Kościoła Greckokatolickiego, aby umożliwił mu spotkanie z przedstawicielami UPA. I takie spotkanie doszło do skutku. Odbyło się w warunkach konspiracyjnych w mrocznych krużgankach katedry św. Jura we Lwowie. Bocheńskiemu nie podano nazwisk rozmówców, ani ich stanowisk, ale dziś historycy ustalili kto przyszedł oraz to, że ci ludzie byli autentycznymi przedstawicielami strony ukraińskiej. Postawili jako warunek zaprzestania krwawych akcji na polskie wsie, podania przez Warszawę linii rozgraniczenia Galicji Wschodniej na ukraińską i polską, przy czym nie żądali, ażeby Lwów znalazł się po stronie ukraińskiej. Bocheński treść tej rozmowy przekazał polskim władzom podziemnym, skąd po jakimś czasie otrzymał odpowiedź, że takie sprawy może rozstrzygać tylko Sejm wolnej Polski, a nie władza w Londynie czy w Warszawie. Cóż, na to można powiedzieć? Są momenty historyczne, podkreślał to ongiś Ksawery Pruszyński, kiedy jeden człowiek musi brać na swoje barki odpowiedzialność na pokolenia, jak Chrobry, jak Kazimierz Wielki, bo zdarzają się sytuacje, w których decyzji nie można odwlekać.

W tych licznych głosach o wypadkach na Wołyniu trudno niestety znaleźć przypomnienie tego,o co Ukraińcy mogą mieć pretensje do nas.

Na terenach Galicji Wschodniej zderzyły się dwie przeciwstawne tendencje – Ukraińców, którzy marzyli o własnym niepodległym państwie, czego wyrazem były walki zbrojne zaczęte w listopadzie 1918 roku, a z drugiej strony Polaków, którzy po zwycięstwie militarnym przez dwadzieścia lat prowadzili wobec Ukraińców politykę asymilacji. Dziś wiemy, a i przed wojną byli tacy jak Aleksander Bocheński, którzy mówili wyraźnie, że w XX wieku takie nadzieje nie mają szans powodzenia. Trudno sobie wyobrazić, żeby społeczność licząca 3 miliony ludzi, mająca swoich przywódców politycznych, inteligencję, literaturę, własną kulturę i własny język, a przez jakiś czas własne wojsko można było „przerobić” na Polaków. Strona ukraińska na taką politykę reagowała wyraźnym sprzeciwem, żeby nie powiedzieć wrogą reakcją (powstały organizacje nacjonalistyczne, uciekające się do aktów przemocy, werbujące członków często z zastosowaniem przymusu). To musiało rodzić konflikty i pociągać ze strony władz represje i pacyfikacje itd. Znamienne, że obiecany na początku niepodległości uniwersytet ukraiński, miał wreszcie zostać otwarty we wrześniu 1939 roku !!! (historia zadrwiła sobie z realizatorów polityki proukraińskiej). Co więcej ten uniwersytet zamiast we Lwowie, czego pragnęli Ukraińcy, a miał działać w Stanisławowie.

Wypadki na Wołyniu w 1943 roku były dziełem zbrodniczych ekstremistów stanowiących, jak to ktoś obliczył 1/3 jednego procentu. Natomiast jakie było nastawienie polityczne całego społeczeństwa województw południowo-wschodnich można się było dowiedzieć nie z badań socjologicznych ani z szacunków naukowców, ale z historycznego egzaminu, któremu poddane zostało - 38,8 mln obywateli niejednolitego narodowościowo państwa polskiego we wrześniu 1939 roku, państwa w którym 15 procent stanowili Ukraińcy. Takim probierzem identyfikacji z Polską - był stosunek do zadania obrony kraju. Jako pierwsze do egzaminu musiało stanąć wojsko, które, wiemy to, mimo ogromnej przewagi wroga biło się z determinacją, biło się dopóki tylko było można, dopóki istniał jakiś cień nadziei. I powiedzmy wyraźnie biło się całe wojsko, a nie dwie trzecie armii, w której na 3 żołnierzy tylko 2 było Polakami. Czy postawa żołnierzy Ukraińców, musiała być taka jak wszystkich innych? Czy nie było możliwości rzucenia broni, ucieczki z pola walki, pójścia do niewoli? Na wyjaśnienie tej kwestii nie musieliśmy czekać zbyt długo, bo niespełna dwa lata. W nowym starciu wojennym za wschodnią granicą rozpoczętym w czerwcu 1941 roku miliony zaczęły poddawać się wrogowi, (historycy często nie dostrzegają tego faktu) było to wyrażenie swojego stosunku do systemu, do warunków życia, do politycznego skrępowania.

Rotmistrz Zbigniew Szacherski wydał w 1968 roku w IW PAX – książkę „Wierni przysiędze”, drugą edycję. Opisał w niej szlak bojowy 7 pułku strzelców konnych z Wielkopolskiej Brygady Kawalerii prowadzący od Poznania aż do Warszawy – 300 kilometrów w prostej linii. Cztery tygodnie walk bardzo ciężkich i krwawych często bez odpoczynku, bez snu, do granic ludzkiej wytrzymałości żeby w końcu po ogromnych stratach przebić się do stolicy. Tę historię czyta się ze ściśniętym sercem. 90 procent żołnierzy we wszystkich 4 szwadronach liniowych to byli Ukraińcy. Ich wspaniała postawa w obliczu nieprzyjaciela nie stanowiła jakiegoś chlubnego wyjątku wśród żołnierzy wrześniowych dla których język polski nie był językiem ojczystym.

Czy to dostrzeżono? Chyba tak, ale kto w tym strasznym miesiącu miał czas wręczać ordery i dekorować sztandary. Dopiero po latach w Londynie porządkowano zaległe sprawy i kapituła orderu z gen. Andersem na czele odznaczyła cały ten ukraiński 7 pułk strzelców konnych najwyższym orderem polskim krzyżem Virtuti Militari.

Inny akcent również wyraźnie ukraiński to order Virtuti dla pułkownika Pawła Szandruka, który w 1920 roku służył w wojskach Petlury natomiast w kampanii wrześniowej w ostatniej jej fazie jako polski oficer dyplomowany, dowódca dywizji, potrafił dowodzić doskonale wówczas, kiedy łamały się charaktery, kiedy w obliczu klęski tracono ducha. I nic do rzeczy nie miało to, że płk Szandruk w samej końcówce wojny udzielił swojego nazwiska by w porozumieniu z Niemcami ułatwiać żołnierzom ukraińskim dostawanie się do niewoli amerykańskiej ratując ich przed niewolą radziecką i śmiercią w kazamatach NKWD. Nie zapominajmy też, że wiosną 1945 roku sytuacja Ukraińców była dramatyczna, o wiele gorsza niż żołnierzy polskich, którzy wiedzieli, że Polska jako kraj będzie istniała, co prawda kraj komunistyczny, ale jednak nie 17-ta republika Związku Radzieckiego z czym liczono się poważnie w czasie wojny. Tymczasem uprzednie wielkie nadzieje Ukraińców, że z wybuchem konfliktu niemiecko-radzieckiego nareszcie otworzy się szansa na powstanie wolnego państwa ukraińskiego okazały się całkowicie płonne. Zarówno Rosjanie w 1939 roku po zajęciu terenów polskich jak i dwa lata później Niemcy bezzwłocznie wsadzili do więzienia działaczy, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym myśleli o państwie ukraińskim. Teraz po Jałcie Ukraińcom pozostawała już tylko wiara, że niedługo wybuchnie III wojna światowa i wreszcie przyniesie im niepodległość. Ale wolne narody państw zwycięskich miały dość krwi i śmierci, dość wyrzeczeń i ograniczeń wojennych, chciały pokoju. Poza tym silnie działała propaganda komunistyczna, której ulegały najwybitniejsze umysły epoki, głosząca, że tylko socjalizm w radzieckiej wersji przyniesie ludzkości szczęście. Jeszcze raz okazało się, to co świetnie sprawdziło się na przykładzie Polski, iż nie wystarczy pragnienie i wola społeczeństw, ani ofiary i poświęcenie, musi jeszcze historia stworzyć sytuację sprzyjającą zmianom. Taką możliwość powinno się wykorzystywać, ale można też ją zmarnować. Ukraińcom, po popełnionych wcześniej błędach, przyszło czekać na obecną szansę ponad 70 lat, nie mówiąc o szansie 300 lat temu. Uzyskanie niepodległości to jedna sprawa, a utrzymanie to druga, często równie trudna i nie zawsze zwycięska.