Andrzej Walter - Schody do nieba

Poezja niejedno ma imię. Niesamowitą wędrówkę w poszukiwaniu harmonii proponuje nam Piotr Müldner-Nieckowski w swoim najnowszym tomie zatytułowanym „Schody”.

To nie są z pewnością schody do nieba. Nie wydaje mi się. To nie są też schody, na których beznamiętnie rozkładamy czerwony dywan, aby bożki współczesności w świetle pazernych kamer i potężnych reflektorów majestatycznie wchodziły po swoje judaszowe nagrody. To również nie są wydaje się schody wybawienia, symbolu przejścia na inny poziom bytu.

To są, być może, schody naszych polskich losów, schody naszej niszowej determinacji, naszego tragicznego w wydźwięku skazania na postać zachodniego Wschodu, bądź też, jak kto woli, wschodniego Zachodu. Są to schody naszego strachu przed kołem dziejów, które toczą się pomimo naszych buntów i niechęci do podejmowania wyzwań współczesności, których owocem jest jakby ciągły polsko-polski konflikt wyobraźni oraz mimowolnego osadzenia w klatce mitu. I wreszcie są to schody intelektualisty, właściwego sobie sumienia świata, który podejmuje wydawałoby się karkołomną i najtrudniejszą z dróg oraz najcięższe z wyzwań jakim jest stawanie się lekarzem, a może tylko uzdrowicielem słów (i wręcz dawno już zapomnianych znaczeń). To te słowa, które mają leczyć w namyśle nad codziennością i w refleksji nad jej kontekstem z bagażem przeszłości, nadzieją przyszłości czy choćby właściwym zrozumieniem zagadkowego teraz.

Piotr Müldner-Nieckowski świadomie i z rozmysłem chce być prowokatorem. Łaknie odbiorcy wytrawnego i artystycznie obytego. Bawi się z nami zawiłościami naszego przecież języka, który nie ma w takim spojrzeniu żadnych granic i stanowi fascynujące pole do ciągłych badań i eksperymentów. Języka stanowiącego zarówno historyczne i dziejowe bogactwo, a zarazem języka skazanego na pewną śmierć w świecie postmodernistycznie i nachalnie lansowanym przez współczesnych chuliganów.

I wtedy właśnie „zaczynają się schody”.

Współczesność nie podejmuje wyzwania. „Nie ma powrotu. Język zastyga / Twardy jak beton nie chce tego opisywać”. Piotr Müldner-Nieckowski jak najbardziej chce. Właściwie tym żyje. Delektuje się językową lawą pomny zapewne konotacji wieszcza (ale komu jest dziś potrzebny … taki wieszcz?) …

Nasz naród jak lawa,
Z wie­rzchu zim­na i twar­da, sucha i plugawa;
Lecz wewnętrzne­go og­nia sto lat nie wyziębi,
Plwaj­my na tę sko­rupę i zstąpmy do głębi.

Głębia Autora zaprasza nas za kulisy życia, gdzie schody nigdy się nie kończą, a Wisła płynie krzywo i nic nie jest jak w piosenkach pięknoduchów. Ta ziemia, ta kraina, nasz dom, piękny i najcenniejszy wymaga dziś bowiem Obecności. (rozumianej jako aktywność i uczestnictwo) A obserwujemy powszechną zeń ucieczkę. Za pracą, za chlebem, za mitem, za złudzeniem, za ponoć, lepszym życiem. I od takich decyzji chyba nie ma odwrotu. Młodzi, silni, zwarci i gotowi, łaknący i będący naszą nadzieją boją się dziś schodów. Panicznie i z determinacją czmychają gdzie pieprz rośnie i kusząca wanilia kwitnie. Bez serc i bez ducha podejmują budowę obcych lądów, innych społeczeństw oraz nie swoich rzeczywistości. Takie schody im nie straszne. Biją się o mamonę, uczucia zostawiając na zewnątrz. Zaiste kaleczący to materializm. Zaiste żałosny surogat konstruowania szklanych domów. Zaiste … to po prostu boli.

Ja być może tu nadinterpretuję. Być może zapędzam się w rejon swojej chorej nadwyobraźni. Być może wnikam w nazbyt grząski grunt podświadomych skojarzeń, ale wiem, jestem o tym przekonany, że Autor z pełnym zaangażowaniem odbiera naszą bolesną współczesność, z  właściwą sobie determinacją krytykuje obecny czas, jego przedziwne zjawiska oraz, zmanipulowane złudzeniem, ludzkie, fatalne w konsekwencjach, decyzje. Schody otwierają tu pole do polemiki, do głębokich dyskusji i właśnie konfrontacji wyobrażeń, poglądów i intelektualnych emancypacji. Jedynym warunkiem jest uważna lektura, jest chęć wczytania się w tę trudną i pełną tajemnic poezję nowych czasów i nowych problemów.

Piotr Müldner-Nieckowski widzi i dostrzega wszystkie znaki czasów. Opisuje, a właściwie jasno stawia sprawę: nie jesteśmy dziś właścicielami swoich losów, jesteśmy tylko jak marionetki w nieznanych nam rękach, jak zbiorowisko masek i uległych atomów dowolnie modelowanych, wyalienowanych w tłumach, które z biegiem wydarzeń powoli coraz mocniej nic już nie znaczą. Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarcza nas wszystkich siebie nie wyłączając z tego grona.

Trzeba przyznać, że znaczeń, poruszonych spraw oraz ważkich odniesień do współczesności w tomie „Schody” jest bardzo wiele. Każdy wiersz jest zagadkowym światem. Każdy wiersz nasycony jest niełatwą do odczytania symboliką, czasem, karkołomną wręcz metaforą czy nowatorską konwencją słowną. To nie jest poezja dla mięczaków, ale jednocześnie jest to poezja – wyzwanie. Poezja zaproszenie. Poezja klucz. Do analiz, do dyskursu, do ciągłych powrotów do jednego choćby wiersza, który jątrzy, fascynuje, a częstokroć pyta wręcz sam siebie o sensy i odniesienia. To poezja, którą trzeba długo czytać, zwielokrotniać i powtarzać, zastanawiać się nad nią i rozważać. To nie jest poezja dla każdego. Odważyłbym się stwierdzić, że to poezja wysoce elitarna. Ona nie tylko pyta, nie tylko błądzi w nieznane rejony i przygody. Ona często jednocześnie określa i naprowadza. Bywa i szorstka, i liryczna, i łagodna, przy czym zawsze czuje się jej wagę. Jej ciężar i powagę. Trudno przejść obok niej obojętnie.

I mamy obok przepięknego „Szkicu o miłości” – wiersza tak mądrego, że aż zapiera dech, wiersz smutny i prowokacyjny, będący jakby dowodem … mojego wywodu (o wadze i dyskursywności tej poezji). Tytułem wstępu do przytoczenia go tutaj w całości, pamiętajmy przecież ostatnie wydarzenia w Paryżu, czy Brukseli …

Nucenie na lotnisku w Paryżu

Unia Europejska nadzwyczajnie słuszna.
Spuszcza z łańcucha strojnego trupa,
macając kręgi, nie czując w nim słupa –
ślepnie na drabinie ze szczeblami z próchna.

Oni nie wiedzą, co to klaustrofobie.
Co nas gniotło głazem – ci to kochają!
Bój to ostatni miał być w ichniej dobie,
lecz z ciał zapleśniałych duchy nie powstają.

Zaludniona niemyśl, z nią się wodzimy,
dźwigając bagaż bez koniecznej siły,
przez nią nie zdążamy na urodziny,
bo choć popychani, wracamy na tyły.

I można się z Autorem zgadzać, bądź nie zgadzać. Można się nawet zirytować zamieszczoną tu retoryką znaczeń, lecz trudno odmówić mu prawdy prowokacji. W kolejnym wierszu czytamy – Bóg jest / Boga nie ma / Mówią te słowa z taką łatwością (…) a w jeszcze kolejnym znajdujemy jakby echo komentarza – To nie zegar / jest waszym życiem które ma być napełnione / Nie czas gromadzi myśli (…)

Piotr Müldner-Nieckowski pomimo całego przejmującego opisu nędzy naszych czasów ma w sobie jeszcze nadzieję, co mnie niesłychanie zaskoczyło. Ma w sobie ów harmonijny ład, który stanowi pewien etap właściwego podsumowania swojego jakże owocnego życia, ma w sobie jakąś nadaktywną siłę, którą promieniuje i zaraża uważnego czytelnika. Mamy zatem kwintesencję – Autor roztacza wizje, stosuje estetyczne i pojęciowe prowokacje, opisuje, często cynicznie, sarkastycznie świat, który widzimy za oknem, a za którego wytwór i my ponosimy odpowiedzialność, a jednocześnie precyzyjnie naprowadza nas na istotę piękna, wrażliwości, pogodzenia z losem i sensem każdego życia i trwania, i bytu ku … nadziei. To bardzo mocny akcent tego tomu. Bywają „Schody” momentami bardzo osobiste, co również kumuluje ów wytrawny efekt całości, bywają naprawdę bardzo liryczne, ale bywają i bardzo, bardzo ostre, mocne, trzeźwo oceniające, a nawet wręcz oskarżające miałkość człowieka u progu XXI wieku. W tej optyce „Schody” są przeogromne. I nigdy się nie kończą.

„Kiedy poezja słabnie, wychodzi na ulice,
kładzie się na płytach chodnikowych,
przykleja do murów, trzeba się o nią
ocierać, musisz ją deptać,
w podeszwy wchodzą gwoździe
jej zaczepnej niemocy.

Rozdzierający krzyk autora drze materiały,
przez okno w nogawce rodzi się kolano,
rozgląda się ciekawie, szuka swojej pary,
aż ręka je drapie paznokciem malowanym
druga sięga do silnych ramion
schylona pani od grabi, gdy podniecona
wsysa do ucha upragnione słowo.”

Właściwie komentarz wydaje się tu zbędny. Zapytam tylko nieśmiało – czy nadszedł już ów czas „wyjścia na ulicę”. Zapewne tak. Poezja zdeptana przez współczesność? Czy poezja szansa? Jakaś nadzieja? Czy poezja wobec coraz większej obojętności ludzi, którzy chcą żyć bez trudności… (To z wiersza „Drzewo”).

Autor twardo i zdecydowanie odpowiada – Ja chcę trudności żeby żyć.

I kończąc droga poetko, i drogi poeto, chcesz, czy nie chcesz, musisz przyjąć to dziś do wiadomości, i do swojej wrażliwej świadomości. Jeśli chcesz czuć sens tego co robisz, sens pisania i wadzenia się, zarówno z tym światem jak i z Bogiem czy też innymi okolicznościami musisz podążyć mottem Müldnera-Nieckowskiego – musisz „chcieć trudności żeby żyć”…

W tym sensie „Schody” Piotra Müldnera-Nieckowskiego są właśnie schodami do nieba. Są wyboistą drogą w nieznane. Pozornie gładką i matematycznie równą – jak to schody. Nie mają jednak znaczenia schody jako konstrukcja, lecz cel, ku któremu prowadzą. „Schody” określają jakby naszą tożsamość. Stanowią bowiem jedyną odpowiedź, na pytanie jak żyć.

„Jeśli chodzi o kręgosłup
to od czego masz ortopedię poezji

Jeśli chodzi o widzenie
to od czego masz siatkówkę logiki”

I jeśli bym miał choćby spróbować poprowadzić jakieś echo polemiki z Autorem, to zapewne mógłbym tylko odpowiedzieć znów Mickiewiczem, choć wyczuwam podskórnie, że Piotr zgodziłby się raczej ze mną niż uznał to za polemikę.

„Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

Ale od czasów wieszcza (powtórzę, komu taki wieszcz dziś potrzebny?) … czasy się bardzo zmieniły. Ustalmy – nie bardzo, nie znacznie – ale, tak naprawdę czasy się całkowicie się zmieniły. Totalnie. Mega i hiper. Język uległ degradacji, powędrował w krainę skrótu, deprecjacji znaczeń, w kierunku szorstkości, wulgarności i przemocy. W kierunku sycenia się banałem. A jedynym zjawiskiem, determinantą odgadywania świata jest chaos i jego potęga. W takim właśnie świecie, na tak umiejscowionych „Schodach” Autor proponuje nam

„Cztery drogi do nieba”

(do skandowania na uroczystościach)

To takie proste
Cztery szybki jeden haczyk i zasłona
Jak to takie proste –
Dwa przewody halo! światło
Cztery razy cztery kołki
Na dnie woda
I skrzypią żurawie
Jedna kula świeci
Druga kula w nocy
Jeden orgazm dwojga ciał i dobrze
Trzecia kula w serce
Jeden Bóg stu niedowiarków
Stu bogów siedem wskazówek
Sto zegarów i jedno wahadło
Sto dwadzieścia osiem pięter
Jedna bomba tysiąc dwieście zabójstw
Trzynaście piątków
Z jednego chleba siedemnaście kromek
Jeden haczyk jedna łyżka
Cztery główki osiem rączek jedno wiadro
Jeden kanał w jeden kosmos
Dwa pudełka sześć podobizn
Dziewięć rodzin
Jeden uśmiech dwa uśmieszki
Niepoliczalne złoto zdobień
Trzy groby jeden Kochanowski
Wszyscy jedźmy do Zwolenia
Za kołami linie proste
Jeden słup i dwa ramiona
Wóz kuśtyka w jedną stronę
Jedno słowo to początek
Jedno słowo koniec
Początek bez końca a tam dwie ciemności
Życie zaczyna się w miesiącu
Na końcu jednej z dwóch trąbek
To takie proste
Jedna wędka jedna pętla ostrze
Milion oczu przez jedną kamerę
Za szybą trąba powietrzna
Na drugiej półkuli wulkan
Trzydzieści cztery kręgi
W pięciu kątach domu
Zbieraj szukaj zmieniaj

Droga do nieba stoi otworem. Trzeba tylko wejść na „Schody”. I z mozołem, cierpliwością, wytrwałością wspinać się, aż do utraty tchu. „Zbieraj, szukaj, zmieniaj”. Rusz się. Nie bądź anemiczny, niechętny, obojętny. Zadziwiaj  się światem, światłem, życiem, jego wymiarem, zagadkowością , nieprzewidywalnością, radością. Jego cierpieniem, które na wielu etapach z pewnością uszlachetnia, umacnia, uodparnia…

Czy tak odczytane „Schody” potrafią Was przyciągnąć, poruszyć, zachęcić? To już Wasz problem. Wasza decyzja. Iść w lewo, czy w prawo. To był od zawsze epokowy wybór. To zawsze był wybór dramatyczny. Dziś lekceważony. Kariery planowane są od narodzin. Nic zaskakującego. A na końcu sukces. Słowo klucz naszych dni.

Piotr Müldner-Nieckowski proponuje inną drogę. Proponuje „Schody”. Czy do nieba? Nie wiem. Ja w każdym razie zaczynam wspinaczkę…

 



Piotr Müldner-Nieckowski, Schody, Biblioteka Poezji Polskiej pod redakcją Bernadetty Kuczery-Chachulskiej, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2015, ss. 113.


Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież