• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Jan Organ - Ludzkie losy

    I.

    Wróciłem do domu, z którego wyjechałem do Wielkiego Miasta, tylko dlatego, że ojciec był chory. A że zbliżał się do 80 - tki, przeto należało się nim opiekować. Jako jego syn, czułem się w obowiązku to uczynić. Za sobą zostawiłem ulice, domy, bloki i całe Wielkie Miasto, z mieszkającą tam kobietą, która była moja. Ona się specjalnie moim wyjazdem nie przejęła, toteż drogę powrotną miałem łatwą.

    Wracając, zaszedłem do kolegiaty w Brzozowie, pomodlić się o szczęśliwe dni.

    Chrystus Przemieniony już raz wyciągnął mnie z największych tarapatów, gdy Go o to poprosiłem.

    To było wiosną 2011 roku, już po śmierci siostry, z którą ojciec żył w jednym domu i która się nim opiekowała. Myślałem, póki ona żyła:

    - „Daj jej Boże zdrowie!

    Taka opieka to duży ciężar...". Ojciec miał wtedy równe 80 lat, ale czuł się młodo.

    Nie zważając na to, wiosną 2011 roku wróciłem do Izdebek, towarzyszyć mu w starości. Z Brzozowa przywiózł mnie do tej wsi drugi siostrzeniec. 

    Szwagier burknął coś pod nosem, wyraźnie niezadowolony z mojego przyjazdu. On nie lubił ani zmarłej teściowej ani teścia. Głośno zaś powiedział:

    - Jeszcze go masz!

    Ojciec bardzo się ucieszył, gdy do niego po przyjeździe zszedłem się przywitać.

    Miał łzy w oczach, ciekły mu równo po twarzy, tylko wargi zagryzł mocno, by nie szlochać.

    - „Musi mu być źle!" - pomyślałem i mocno go uścisnąłem. To był mój przyjazd, a właściwie powrót do domu.   

    Nazajutrz rano zszedłem do sutereny, w której żył ojciec. Miał osobne wejście, jak się dowiedziałem przyjmował w niej swoich kumpli, wszyscy około 80- tki. To tu, w kuchni, rezydowali przy butelce „żubrówki", raz nawet w pierwszy piątek miesiąca kiedy zastał ich ksiądz.

    Więc zszedłem na dół i udałem się do piwnicy, nabrać ziemniaków do kosza. W kuchni zacząłem je obierać. Ojciec jeszcze spał. Wiedziałem, że w nocy oglądał długo telewizję, było to słychać w moim pokoju. Nie budziłem go do 11 -tej. Obrałem ziemniaki, nastawiłem je na kuchni gazowej w jednym z wielu garnków. Zabrałem się do robienia mielonych, otworzyłem słoik z obórkami. Ojciec jednak obudził się sam, około 10-tej. Ucieszył się, że obiad nastawiony i powiedział do mnie:

    - Franuś! Tam w kredensie są płatki owsiane. Weź je ugotuj, zjem na śniadanie.

    Posłuszny, wyjąłem płatki w torebce foliowej i zagotowałem, potem zalewając mlekiem. Musiał być głodny, bo zjadł dwa talerze owej mlecznej zupy, ona zaś postawiła go na nogi.

    - Tato, jak się czujesz? - zapytałem
    - Dobrze, Franek. Tylko tabletki na ciśnienie mi się kończą. Trzeba iść do lekarza, po recepty.
    - Podskoczę na rowerze jeszcze dzisiaj, jak tylko zjemy obiad.

    Około trzynastej zjedliśmy obiad i powiedziałem:

    - Jadę do lekarza i do apteki. Najdalej za godzinę będę z powrotem.

    Lekarz wiedział, jakie leki przepisać, miał je w karcie choroby. Regulowały ciśnienie.

    Wypisanie recept trwało kilka minut. Podszedłem potem do apteki, wykupiłem leki i wróciłem na rowerze do domu. Ojciec czekał. Zaraz zażył jedną tabletkę. Te jego kłopoty z ciśnieniem były bardzo dokuczliwe, zachodziła obawa, że bez tabletek żyć się nie da. Siedział w kuchni przy stole i słuchał radia „R". Zajrzałem do lodówki: zapasy jedzenia kończyły się. Powiedziałem więc ochoczo, bo przecież ojciec miał pieniądze, że trzeba by zrobić zakupy w brzozowskim markecie.

    Oczywiście, przystał na to. Wyjął z portfela pieniądze i dał mi do ręki 300 złotych.

    - Zaraz, jak tylko Józek wróci, pojedziemy.
    - A o której wraca?- zapytał.
    - Po piętnastej, jak tylko skończy lekcje.

    Józek był synem zmarłej siostry, chodził do szkoły w Brzozowie, chciał być budowlańcem. I istotnie, parę minut po piętnastej Józek wrócił ze szkoły i zaakceptował mój pomysł z zakupami. Wsiedliśmy do jego samochodu i ruszyliśmy ku Brzozowowi. Po drodze minęliśmy patrol policyjny i kilkanaście samochodów osobowych. Dojechaliśmy do „Biedronki". Ponieważ Józek miał lepszą orientację w półkach sklepowych, przeto zdałem się na niego i on wrzucał do wózka zakupy. On też stanął w kolejce do kasy i wyłożył towar na taśmę. Po zapłaceniu 246 złotych, wrzucał zakupy do dwóch ekologicznych toreb. Zanieśliśmy to wszystko do samochodu i, popijając jogurt „Fru Vita", wsiedliśmy, ruszając z powrotem. Przed 18-tą byliśmy w domu. Jakże ojciec się ucieszył widząc zrobione zakupy i pełną lodówkę!

    Potem poszedłem na górę, do swego pokoju, Józek wrócił na piętro. Dzień powoli mijał, jeszcze jeden dzień majowy, wiosenny.

    II.

    Na początku czerwca 2011 roku, nadszedł pierwszy piątek. Dla katolików to dzień spowiedzi. Księża jeżdżą także do chorych, by ich wyspowiadać. Czekałem na księdza Witka od dziesiątej rano. Szwagier był w pracy, dzieci w szkołach. Aliści - przyjechał przed 11 -tą.

    - Spowiadać czy komunia? - zapytał.
    - Spowiadać - odparł ojciec.

    Na stole w gościnnym pokoju stał krzyżyk i dwie zapalone świeczki, namiastka kościoła. Ojciec był już słabszy niż przed miesiącem. Czuło się starość. Był poważny, skupiony i jakby zmartwiony. Ale to były pozory, naprawdę wierzył w życie wieczne, nie tylko doczesne.

    Po spowiedzi i przyjęciu komunii świętej, wręczył księdzu jakiś banknot, zdaje się 20 złotych a ten, ze słowami: - Szczęść Boże! - wyszedł z domu i pojechał dalej, spowiadać kolejnych chorych.

    - Franus! - odezwał się do mnie ojciec - Ilu to nas jeszcze zostało, żywych, tych koło 80-tki?
    - Tu, na Górce i Huczku będzie ze czterech. Czekaj, policzę... Ty, Maniek, Michaś, Gienek

    Reszta to młodsi Ale po co ci wyliczać i tak do ciebie za często nie zaglądają, poza Michasiem i Marianem.

    Istotnie tak było. Ci dwaj przychodzili do ojca, najczęściej z piersiówką, siadali, gadali i pili po łyczku „żubrówki. Humory im dopisywały. Poruszali wszystkie tematy ze swego życia, mówili o wieczności. Marian był rencistą i zamiast mówić - Na zdrowie!- pił, mówiąc:

    - Czas ucieka, wieczność czeka! Mijały dni, pogodne, czerwcowe. Ojciec wychodził z sutereny i patrzył na błękitne niebo, przerywane białymi smugami, niczym Boże kreski
    - Znowu lecą - mówił o samolotach.

    Mógł tak patrzeć, siedząc na stołku, przez parę godzin dziennie. Był przy tym głęboko zamyślony, zapewne o swym życiu. Gdy przypominał sobie o czymś, wracał do kuchni, pił herbatę z półlitrowego garnuszka i klął na coś, najczęściej na roboty przymusowe w Niemczech i na swą żonę a moją matkę, że źle z nim żyła, w małżeństwie poświęconym sakramentem kościelnym. Temat robót przymusowych był na porządku dziennym. Wspominał te lata - a było ich trzy - z goryczą i nigdy nie zaakceptował tej niewolniczej pracy. Dopiero „ruscy", jak przyszli, zamienili mu „roboty przymusowe" na trzyletnią służbę wojskową. Pech to pech! Do teraz pozostała mu łysina od noszenia hełmu, odznaka „wzorowego rkm-isty" i mundur, który po wyjściu do rezerwy, otrzymał. Dopiero niedawno zrozumiał, że układ się zmienił i nie trzeba trzymać tego munduru aż do 50-tki. Przyznawałem mu rację i lubiłem słuchać jego wspomnień, może dlatego, że nie przeżyłem ani robót ani wojska, nadając się jedynie do szkolenia wojskowego. Resztę życia miałem odmienną i to w całości.

    - Pewnie zrównamy się po śmierci - myślałem, patrząc na niego z podziwem.

    Był godny szacunku. Twarz miał szlachetną, choć ze szlachty nie był, podobnie jak jego kompani od „żubrówki". Jeśli wspominał swą przeszłość, lubił też mówić o swym dziadku Antonim, choć miał też ojca.

    - To jakieś fatum – myślałem wtedy. - My wszyscy lubimy wspominać swoich dziadków!".

    Było to odkrycie na miarę grobu na cmentarzu w Lesku, katolickiego oczywiście. Tam spoczywali moi dziadkowie. Dla niego byli to rodzice i o nich nie mówił. Może nic midi dlaczego.

    Wychowywali go ale potem wyjechali do Leska. Tam mieli swoją córkę Zofię i zięcia, ludzi bogatych.

    Gdy był młodszy o tych 20, 30 lat, snuł też swe opowieści.

    - „To pewnie i siostra się nasłuchała za swego życia..." - pomyślałem, zadając mu od czasu do czasu pytania.   

    Wierniejszego słuchacza nie mógł znaleźć. Ciekawiło mnie wszystko co przeżył, nawet jego miłości, których miał kilka, a z piękną się ożenił i żył z nią do śmierci.

    Potem jeszcze, jako wdowiec, szukał kandydatki do zamążpójścia ale jej nie znalazł. Mieliśmy więc w domu dwie rodziny: mnie z nim i szwagra z dziećmi jego i siostry.

    III.

    Nadszedł wrzesień 2011 roku. Pogoda była bez zmian, samopoczucie ojca - dobre, choć na tabletkach. Pewnego takiego pięknego dnia zabrakło mu tabletek, ale zapomniał mi o tym powiedzieć. Sam nie pytałem o nic. Widziałem wszak, że coś jest nie tak, zrobił się pobudliwszy, klął na matkę, żałując, że się z nią ożenił, nie mówił już o robotach przymusowych. Wreszcie, czując jego potrzeby, zniosłem mu książkę generała Tadeusza Bora- Komorowskiego „Armia Podziemna”.

    Czytał ją przez dwa tygodnie, po czytaniu kładąc ją pod poduszkę.

    Byłem trochę zdziwiony, bo przecież to był człowiek, który nie znał Warszawy, a o niej czytał. Dla mnie to byłą lektura obowiązkowa. Ojciec czytał zachłannie, często do niektórych wątków wracając po kilka razy.

    W międzyczasie GOPS w gminie Nozdrzec dał ojcu zawodową opiekę socjalną.

    Przyjeżdżała co drugi dzień, sprzątała, gotowała jeść.   

    -Tato, a ja ci jestem jeszcze potrzebny? zapytałem kiedyś.
    - Żyj, Franuś, żyj... - odpowiedział ciężko i zaprosił do wspólnego stołu.

    Więc i ja skorzystałem trochę z takiej okazji, bo przecież pomocy było wszystko jedno czy ugotuje dwa czy jeden posiłek skoro garnki miał i tak duże w swojej kuchni.   

    Spodobała mu się jedna i druga przysyłana pomoc, był kochliwy, niczym ja sam.

    To chyba dziedziczne..." - pomyślałem o nas obu.

    Kobiety się wymieniały i wkrótce zatarła się różnica między nimi. Ojciec przeprojektował swe uczucia na mojego siostrzeńca Józka, który stał się dla niego ideałem, co zresztą wykazywał zaradnością, umiejętnościami, wykształceniem. Ja powoli w świecie ojca zacząłem odsuwać się od niego. Nie wiem czemu, ale przestał mnie lubić. Wołał, gdy był w potrzebie:

    - Józek! Józek!

    I choć nie zawsze Józek był w domu, gdy tylko usłyszał wołanie swego dziadzia, schodził na dół i robił o co ojciec go poprosił. Trochę tego było. Największe kłopoty sprawiały pampersy, ich codzienna zmiana. Ojciec też zaczął sarkać, gdy schodziłem na obiady. Zaczynałem rozumieć, że chociaż pierworodny, stawałem mu się obcy, był niezadowolony że jestem, że żyję, że mam średni wiek, że nie piję alkoholu. Był przecież w centrum uwagi wszystkich domowników, bo też i wszystkim zależało na jego testamencie, który spisał gdy jeszcze żyła matka.

    Każde z nas otrzymało swoją dolę, nikt nie mógł być niezadowolony. Czuło się jednak, że chodzi mu o ocalenie gospodarstwa, także tego domowego, by była tu jedna rodzina. Rzecz oczywista, że chodziło mu o przyszłość Józka. Do tej pory w zapisie pół domu należało do nich, drugie pół do mnie. Myślałem, że jak Józek się ożeni i będzie chciał zostać rolnikiem ja sprowadzę się do sutereny. Bo przecież na ożenek dla mnie było za późno. Tymczasem, dzień za dniem, trzeba było wymieniać ojcu pieluszki, postawić na stole jedzenie, bo jadł także śniadania i kolacje, pytać co wyczytał w książce o AK. Rewelacyjnie zmienił swoje poglądy, szedł z duchem czasu. Do jego sutereny rzadko wchodziłem bez powodu. Niech sobie pomyśli, że decyzja o spadku należy do niego. I tak minął wrzesień.

    IV.

    Październikowy mrok był dla wszystkich ciężki do zniesienia. Pomoc socjalna przyjeżdżała nadal, co drugi dzień, gotowała, sprzątała. Ojciec spał już do dwunastej, trzynastej. Padał z sił. Rano 10 października usłyszałem jak wstał i krzątał się po suterenie. Było cicho, nie włączył radia, telewizor chodził przez całą noc. Zszedłem, zrobiłem mu śniadanie z płatków kukurydzianych i wróciłem do siebie. W domu poza nami nie było nikogo. W pewnym momencie, około dziesiątej, usłyszałem jego wołanie:

    - Franek! Franek!

    Zszedłem więc znów na spód i struchlałem: ojciec leżał na podłodze, obok łóżka i to były jego ostatnie słowa. Już nie kontaktował. Natychmiast zadzwoniłem po pogotowie. Lekarze przyjechali i od razu stwierdzili, że nie ma dla jego życia żadnej nadziei. Mimo to powieźli go do szpitala w Brzozowie. Wylew krwi do mózgu - orzekli w szpitalu. Położyli go na łóżku, żył jeszcze. Gdy go odwiedziłem coś rozumiał, bo lały mu się z oczu łzy. Pielęgniarki wymieniały mu pampersy.

    Tak było przez tydzień, potem jego stan się pogorszył, a po dwóch następnych dniach zmarł.

    Gdy po niego pojechaliśmy, leżał w prosektorium. Zabraliśmy go do domu i wyprawiliśmy pogrzeb.

    V.

    W jakiś miesiąc po jego śmierci, miałem koszmarny sen. Otóż śniła mi się trumna a potem ojciec - nieboszczyk. Sen zapamiętałem, bo po nim się przebudziłem.

    Widziałem jego młodą twarz, gdy mówił do mnie z gniewem:

    - Wynoś się z tego domu!   

    Rozumiałem jego intencje, chodziło o jedną rodzinę, Józek miał już narzeczoną.

    „Że też mu się chciało tyle wędrować!" - pomyślałem o duszy ojca. „Widocznie wysłał go Bóg!"- dodawałem jeszcze.

    Poczułem się źle, wszak była suterena, w której mogłem zamieszkać, po co zaraz wypędzać mnie z domu... I, w przeciwieństwie do ojca, ugadaliśmy to z Józkiem:

    - Które z dzieci zmarłej siostry zostanie w domu - odziedziczy go.

    Mnie nie było spieszno do Wielkiego Miasta, żyłem więc w swoim pokoju niczym w raju.

    Wyprowadziłem się dopiero przed Świętami Bożego Narodzenia, cały rozgoryczony, śmiejący się z ironią z „syna marnotrawnego", z pieśni typu: „Wróć synu, wróć z daleka...".

    Nawet po śmierci ojciec mnie nie lubił, nie stałem się godnym pozostać w domu, bo się nie ożeniłem. Przed wyjazdem z Izdebek poszedłem na cmentarz. Ojciec spoczywał już w grobowcu razem z matką.

    - Wybacz mu Boże, bo nie wiedział co czyni!

    Zaświaty się uspokoiły. Na niebie wisiały ołowiane chmury i padał śnieg. Dodałem też:

    - Wieczne odpoczywanie, racz mu dać, Panie!

    I wyjechałem z powrotem do Wielkiego Miasta, które przygarnie każdego przybłędę.

    Żyję więc w zgodzie z wolą niebios.