Włodzimierz Rutkowski - Skarga

Halo. Słucham. - Dzień dobry pani.
- Dzień dobry.
- Proszę pani, pragnę złożyć skargę.
- Skargę?
- Tak, skargę.

-Nie bardzo rozumiem. Nigdy nie słyszałam, by ktoś, kto korzysta z naszych usług, był niezadowolony.
- Przykro mi, ale jest tak, jak mówię.
- W takim razie jest pan pierwszą osobą.
- Nic na to nie poradzę. Faktów nie zmienia się we­dług swojego widzimisię, życie je tworzy.

„No, ale w tym wypadku to jednak ja byłem mimo­wolnym sprawcą tego niecodziennego - przynajmniej w moim dotychczasowym życiu - zdarzenia."

- Doprawdy, zaintrygował mnie pan swoimi słowa­mi. Chętnie wysłucham pana do końca, ale może będzie pan na tyle uprzejmy i zechce się przedstawić. W końcu, jakby nie było, telefonują do nas różni dowcipnisie, więc jeżeli mam pana w dalszym ciągu traktować całkiem po­ważnie...
- A tak, rzeczywiście, popełniłem gafę, o wybacze­nie proszę! Nazywam się Nowak. Jan Nowak. Jestem fi­lozofem.
- Tak też myślałam, że z pana niezły filozof. Jesz­cze jeden trefniś
- Halo! Halo!

„Co u diabła ona sobie myśli?! Nie daruję takiego afrontu, a skargę i tak złożę."

Mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, drżącą ręką po­prawia zsuwające się na nos okulary. Energicznym ru­chem wskazującego palca wystukuje numery na klawia­turze telefonu.

- Słucham, agencja.
- Ja przed chwilą miałem „przyjemność" z panią rozmawiać. Proszę, by na przyszłość nie odkładała pani słuchawki w trakcie rozmowy. Jestem poważnym czło­wiekiem, a nie trefnisiem, jak przed chwilą zostałem na­zwany. Skądinąd ma pani miły głos, ciepłem wypełnio­ny, by nie rzec: wprost uroczy, pełen powabnego czaru tajemnej mocy znad gorących mórz.
- Dosyć tych bzdurnych komplementów. Niech pan wreszcie powie o co konkretnie chodzi.
- Chcę złożyć skargę.
- To już pan mówił.
- Tak, mówiłem. Pozwolę sobie przypomnieć, iż zdą­żyłem się jeszcze przedstawić. Kiedy zdołałem powie­dzieć „Jan Nowak filozof (nawiasem mówiąc doktor), w rewanżu dane mi było usłyszeć niewybredny epitet pod moim adresem: „jeszcze jeden trefniś". Otóż trefnisiem droga pani, był błazen królewski, Stańczykiem zwany Ja  zaś jestem Janem Nowakiem, doktorem filozofii i nie ży­czę sobie, by ktokolwiek miał mnie nazywać trefnisiem Czy pani mnie słucha?!
- Tak, słucham pana, panie Janie Nowak, doktorze filozofii z zapartym tchem i wprost umieram z ciekawo­ści, kiedy wreszcie pan skończy te swoje idiotyczne wy­wody.
- Zaraz, zaraz. Jedną chwileczkę. To nie są żadne idiotyczne wywody. Po prostu, najzwyczajniej w świecie wniosłem sprostowanie w obronie swej czci.
- Czci? Co to jest ta czcia?
- Ludzie, ratunku! Gramatykę zarzynają! Ojców mowę okaleczyć chcą z kretesem. Raczy przyjąć pani do wiadomości, że nie ma takiego słowa w naszym - bez wątpienia pięknym języku ojczyźnianym - jak „czcia". Jest słowo „cześć". Oznacza ono ni mniej ni więcej, tylko honor, w którego obronie mym świętym obowiązkiem było stanąć.
- No dobrze, moja wina, biję się w piersi.
- Błagam, niechaj pani tego nie robi. Kiedyś w cza­sie towarzyskiej pogawędki, mój serdeczny od wielu lat przyjaciel, który jest wziętym lekarzem, wspomniał o tym, że pierś kobieca jest szalenie wrażliwa na wszelkie urazy. Ponoć delikatne uszczypnięcie może spowodować kata­strofalne skutki. Mam tu na myśli nowotwór złośliwy, potocznie zwany rakiem. Nie darowałbym sobie do koń­ca życia, gdyby to przytrafiło się pani z mej przyczyny.
- Ha, ha. Pan jest naprawdę zabawnym facetem.
- Nie widzę w tym nic zabawnego. Wszak są to bar­dzo poważne sprawy, a póki co, życzę pani wiele zdrowia, bo - jak mawiają ludzie - wszak zdrowie jest najważniej­sze. I wie pani, do zazdrosnych nie należę, a jednak dwóch rzeczy innym zazdroszczę. Pani mnie słucha?
- Tak, tak. Słucham. No, czego pan zazdrości in­nym?
- Zdrowia i wiedzy, ot czego zazdroszczę.
- No nie, wprost niesamowite. A pieniążków pan nie zazdrości? Ma pan ich w nadmiarze? Co?
- Otóż to. Na chleb powszedni i książki jakoś star­cza - bo i musi, ale na resztę - szkoda słów.
- Kiedy tak, to radzę panu skończyć tę rozmowę, bo w przeciwnym razie mogą zaistnieć kłopoty z zapłace­niem rachunku telefonicznego.
- Kłopoty finansowe to ja już miałem w trakcie wi­zyty pracownicy waszej agencji.
- Nie od dziś wszem i wobec jest wiadome, że usłu­gi są drogie, a zwłaszcza te, które są zaliczane do luksu­sowych. Dziwię się, że nic pan nie wie na ten temat.
- Totalna niedorzeczność. Kto to słyszał, by dba­łość o czystość we własnym domu nazywać luksusem. To przecież ewidentna podstawa bytu człowieka cywilizo­wanego.
- Jedną chwileczkę. Pan zdaje się telefonuje pod niewłaściwy numer.
- Niewłaściwy? A jaki jest do pani?
- Zgadza się, Właśnie taki mam zapisany w note­sie. Skąd go mam? Dostałem od serdecznego kolegi. Mówił, że tam są babeczki, które zajmują się słomianymi wdowcami. Wie pani, trochę się użalałem na mój pieski los. Żona jest od dwóch tygodni w sanatorium, a w domu? Koszmar. Dosłownie koszmar. Istny horror. Brudne ko­szule, na meblach kurze, że pisać można, uschnięte kwiat­ki, w kuchni sterta brudnych naczyń. Mówią - bez żony jak bez ręki, a w moim wypadku - to jak bez dwóch. Kie­dy skończyły się zapasy, próbowałem gotować - ale gdzie tam! To nie takie proste. Załamałem się, kiedy wziąłem się za czytanie książki kucharskiej. Na pierwszej stronie ktoś sporządził krótką notatkę: „Weź do ręki czyste na­czynie". A niby skąd mam je wziąć?! Jak mogła mnie zostawić samego bez żadnej opieki?! Dobrze wie, że przy próbie parzenia kawy przypalam wodę. Tak naprawdę, proszę pani, to wszystko to nic. Najgorsze jest to, że uko­chane rybki mojej żony się potopiły. Co prawda, pływają jeszcze - ale już, niestety, brzuszkami do góry. Więc, rad nie rad, zatelefonowałem do szacownej agencji, prosząc o przyjazd dziewczyny na godzinę lub dwie.
- To zaczyna być interesujące. Proszę, niech pan mówi dalej.
- Cóż, nie czekałem długo. Minął zaledwie kwa­drans, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Kiedym je otworzył - zaniemówiłem. W progu mojego domu stała niewyobrażalnie piękna kobieta. Ochłonąłem nieco z wra­żenia, gdy usłyszałem tubalny głos stojącego obok wiel­kiego draba. Mówię pani, istny Waligóra. „Płatne z góry." Mówiąc to, wyciągnął w moją stronę kosmatą łapę, wiel­ką ja bochen chleba. „Proszę pana" - mówię do niego -„o ile znam zasady ekonomii, to płacić należy po wykonaniu pracy, czyż nie tak?" „Dobra, będę czekał w samo­chodzie. Za godzinę przyjdę po tę panienkę. Tylko bez żadnych sztuczek, ojczulku, bo wiesz..." - w tym momen­cie pogroził mi pięścią. Słyszy mnie pani?
- Tak, tak proszę mówić.
- Zaraz, na czym to ja skończyłem? Aha, już wiem. Przyzna pani, że jest to wielce karygodne zachowanie się wobec porządnego człowieka. Tego nie można inaczej nazwać, jak tylko zwykłym grubiaństwem, by nie użyć bardziej dosadnego określenia.
- Jest pan szalenie wrażliwą osobą.
- A tak, jestem i takim zamierzam pozostać, póki dni moich na tym ziemskim padole pełnym bólu i łez. Powiem więcej, to właśnie wrażliwość daje mi powód do dumy. Wrażliwość na zło, krzywdę, nietakt - oto, co od­dziela od zezwierzęcenia.
- Co za oryginał!...
- Proszę?
- Nic, nic. Tak tylko wyrwało mi się z ust.
- Mówiłem proszę?" tylko dlatego, by podkreślić for­mę mego wzburzenia. Doskonale wiem, co pani mówiła. Słyszałem tę ironię: „Co za oryginał!". Daruję pani tę uwa­gę, przyznaję, że jest dużo racji w pani spostrzeżeniu. Każ­dy z nas - a jest nas na dzień dzisiejszy około sześciu mi­liardów -jest na swój sposób oryginałem. Nie ma dwojga identycznych osób na całym ziemskim globie.
- Jakżeż to? A bliźnięta jednojajowe?
- Niestety, proszę pani. I one nie są jak te dwie przy­słowiowe krople wody. I one się różnią. Tak wyglądem zewnętrznym, jak i pod wieloma innymi względami. Tak mówi nauka, a ona jest przynajmniej dla mnie  absolutną wyrocznię. Koniec, kropka. Halo! -Tak...?
- Jest tam pani?
- Jestem.
- To czemu pani nic nie mówi?
- A co mam mówić? Słucham pana.
- Ok. Ok. Czy przekonałem panią?
- To, czy pan mnie przekonał, czy też nie, nie ma nic wspólnego ze skargą którą zamierza pan wnieść.
- Skarga? A tak, rzeczywiście zatelefonowałem do pani, by złożyć skargę. Więc kiedy ten drań poszedł so­bie, zapytałem ową piękną damę, kim jest ten małpolud. „Kierowcą" - odparła ze słodkim uśmiechem. Wyobraża pani to sobie? Kobieta, która zajmuje się sprzątaniem, ma swojego kierowcę!
- A cóż to pana tak dziwi? Pan jest mało tolerancyj­ny. Jak kogoś stać na osobistego kierowcę, to jego spra­wa, nieprawdaż?
- Prawdaż, prawdaż, tylko niech pani zauważy, ile to musi kosztować.
- Myślę, że to nie pański problem. Osobiście uwa­żam, że jest to nic innego, jak wsadzanie nosa w cudze sprawy.
- Tak, chyba tak. Zdaję się, że mnie poniosło.
- No więc?
- Co: no więc?
- Co było dalej?
- Dalej? Proszę pani. To nie jawa. To sen nierealny, przy którym bledną najzmyślniejsze marzenia. Z uśmiechem na buzi zmywała naczynia. Słodko nucąc, ścierała kurze, a z jakim wdziękiem się pochylała nad wanną pio­rąc koszule. A ten dekolt, te boskie nóżki!... Całkowity zawrót głowy. Jako że należę do mężczyzn, których zwą dżentelmenami, resztę niechaj okryje słodka mgła ta­jemnicy.
- No, a co ze skargą?
- Właśnie. Ten nieokrzesany drab omal nie roztrza­skał drzwi - i to w dodatku gołymi rękami! Odniosłem wrażenie, że człowiek ten jest obdarzony nadludzką siłą czego w chwilę po tym, jak otworzyłem drzwi, miałem możność doświadczyć. Złapawszy mnie wpół, podniósł swobodnie niczym piórko. Przez moment myślałem, że to już koniec. Tak mocno uderzyłem głową w sufit, że aż gwiazdy mi się pokazały. „Otwieraj, kiedy grzecznie pu­kam" - wycedził przez zęby. „No, dawaj forsę!" - mó­wiąc to, rzucił mną o ziemię, jakbym był kukiełką a nie człowiekiem z krwi i kości.
- Rozumiem, składa pan skargę na niewłaściwe za­chowanie kierowcy, czy tak?
- Tak, łaskawa pani. Mam nadzieję, że owy „pan" poniesie stosowne konsekwencje służbowe.
- Z całą pewnością. A swoją drogą muszę panu po­wiedzieć, że jednak pomylił pan numery telefonów.
- Jak to, przecież sprawdzaliśmy wspólnie, pamię­ta pani?
- Pamiętam, a jednak zadzwonił pan nie tam, gdzie należało dzwonić.
- Nie rozumiem.
- Trudno. Do widzenia panu.

Usłyszał delikatne stukanie do drzwi.

- Kto tam?

Nikt nie odpowiadał. Otworzył drzwi.

- Pa... pa... pani tutaj?

Delikatna dłoń spoczęła na jego pobladłych ustach

- Cicho, głuptasku... Jestem twoją niewolnicą - mój olbrzymie.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież