Valdimir Jagličić - Niebiańska Serbia (przeł. Barbara Vujčić)

Nadszedł wieczór, kiedy dostaliśmy rozkaz, aby przygotować się do drogi. Wpadł do nas dyżurny podoficer, starszy szeregowy Sučić. Po tym jak nadeptał brudnymi kamaszami po dywanie widać było, że przyszedł z jakimś specjalnym zadaniem. Patrzył na nas świdrująco, jak jastrząb na kurczęta.

Regularne wojsko było zazdrosne o rezerwistów z tego powodu, że rezerwiści nie wkopywali się na terenie bojowym. My przyjechaliśmy na gotowe i spaliśmy w wiejskich domach, kiedy oni spędzili tu ponad trzy miesiące, pracując najczęściej nocami, w wielkim zimnie, żeby ich nie odkryły avaksy w ciągu dnia. Dlatego w głosie Sučića było dużo złośliwości.  

─ Rzeczy popakować do bojowych plecaków! Spać wyłącznie, słuchaj mnie uważnie, wyłącznie w kompletnym mundurze. Jeżeli dostaniesz rozkaz do wyjścia, żebyś był za pięć minut w ciężarówce. Kto jest na przepustce? Smederevać? Jego rzeczy, słuchaj uważnie, też popakować i zabrać do ciężarówki. Żeby się nie zdarzyło, głupcze, później w terenie, że czegoś nie zabrałeś. Bo zmarzniesz jak pizda, las jest tam. Kiedy opuścicie pokoje, żeby dowódcy oddziałów sprawdzili, czy czegoś nie przegapiliście. Bo są małpy, które nie myślą. I już! Jasne?

Pobyt w Aleksandrowcu przedłużył się. W ciągu około piętnastu dni mieliśmy tylko trzy lub cztery ataki samolotowe, więc rozleniwiliśmy się, a nawet zapomnieliśmy, że jesteśmy na froncie. Niektórzy rezerwiści zaczęli trochę pracować u swoich gospodarzy, rżnąć drzewa dla wdów, chodzić na kawkę czy na rakijkę i puszczać oczko między sobą, kiedy dróżką przeszła jakaś kobieta.

Ten rozkaz przywrócił nas do smutnej rzeczywistości.

Tej nocy miałem dyżur w centrali. Dostałem polecenie od majora, żebym oczy miał otwarte a słuch wyczulony.

─ W momencie, gdy zadzwonią z dowództwa, biegnij zaraz do mnie, żeby mnie obudzić. Wszystkim bateriom i jednostkom ogłaszaj alarm! - dawał mi ostatnie instrukcje, które sam i bez rozkazu znałem.

Na spoczynek wszyscy poszli niezwykle wcześnie. W centrali zostałem tylko ja i pomocnik dyżurnego, medyk Boban.

Boban był w cywilu technikiem rolnictwa i pracował w Instytucie Zboża na peryferiach Kragujewca. Lubił grać szachy i karty z porucznikiem Perčićem, a ostrzejsze rozkazy zbywał żartem, mówiąc przez nos:

─ Znowu? Czy ja jestem koń pociągowy?  Wszyscy kłują ostrogami, a ja na czworakach. Przynajmniej osiodłajcie.
─ Jeżeli cię osiodłamy, to musimy trochę się przejechać - żartował porucznik. 
─ Lepiej tak niż owak ─ odpowiadał Boban. – Ja się podstawię, a ty, majstrze, dawaj. Potem przez jakiś czas będziesz spokojny. Ale się obawiam, że nie masz czym! Strzelba pusta nie strzela!

Z nim i z większością pomocników miałem umowę, żeby ich budzić tylko przed zmianą warty i przed wyjazdem prowiantowych po żywność. Było to dla nich wielkie ułatwienie, ponieważ zyskiwali trzy godziny więcej na spanie. Nie było zgodne z przepisami, ale cóż tam! Na początku pomocnicy spali na jednej dużej zielonej skrzyni, w której przechowywano archiwa, w pobliżu urządzeń telefonicznych. Ze względu na to, że piwnica była chłodna i zapleśniała, oni się przyzwyczaili, żeby spać na górze, naprzeciwko sypialni majora. To było bardzo ryzykowne: musiałem ich budzić, wspinając się po skrzypiących schodach, ale oni się na to ryzyko zgadzali, żeby tylko spać dłużej.

Tym razem Boban z powodu alarmu nie poszedł spać. Zmartwiony spacerował po piwnicy i zadawał sobie pytanie, czy dostaniemy rozkaz na wyjazd. Dowcipny i roztropny, każdego rana zaczynał nową grę z oficerami, zmiękczając w taki sposób ich sztywność i mówienie z wysoka. Mimo ich jednoznacznych żądań, nigdy nie mówił do nich „panie”, ale wyłącznie na „ty”.

Pewnego razu kapitan Tasić, który był bardzo surowy, miał już tego dość. On zawsze, mimo wojennych warunków, od każdego żołnierza, a nawet rezerwisty żądał, żeby guziki były zapięte, a czapka porządnie wciśnięta na głowę. Żądał, żeby Boban obowiązkowo zwracał się do niego na „pan”.

─ Jak pan każesz ─ odpowiedział Boban i Tasić musiał się uśmiechnąć i machnąć ręką.

Ale tej nocy, wróg nie żartował. Boban był bardziej nerwowy i zmartwiony niż zwykle i nie poszedł spać, jak dotąd miał w zwyczaju. Spodziewał się rozkazu do wymarszu i palił jednego papierosa za drugim. Ugotował kawę i zapytał, co myślę o tej sytuacji.

Wzruszyłem ramionami i kontynuowałem utrzymywanie radiowej łączności miedzy podległymi i nadrzędnymi stacjami.

Co mu miałem odpowiedzieć? Wiedziałem tylko to, co i on.

─ Widzisz ─ powiedział, siorbiąc kawę. - W momencie kiedy ta pierwsza bomba padła na Kragujewiec, na koszary, pomiędzy Muzeum i moim mieszkaniem na Kopaoničkej, wyciągnąłem z piwnicy żołnierską torbę i sprawdziłem, czy wszystko jest na miejscu. Ojciec i matka zapytali:
─ Co ty robisz. Jesteś szalony?
─ Może i jestem trochę szalony – odpowiedziałem. - Może za dużo słuchałem tych ich socjalistycznych wiadomości, weszła mi woda do uszu, zdecydowałem się, żeby walczyć. Dopiero teraz widzę jak ta walka wygląda: czekamy, aż nas spalą. Ale nie ma wyjścia.

Zza brudnych szmat, którymi zasłanialiśmy okna, czerniła się noc. Z nieba docierały dźwięki silników samolotowych. Komary jak szalone nadlatywały na przyćmioną żarówkę w zapleśniałej piwnicy.

─ Jeżeli tej nocy pójdziemy na pozycje ogniowe, oznacza to tylko jedną rzecz. Że Amerykanie przeszli do ataku lądowego. Oznacza to, że jesteśmy zajebani. Możemy im odpowiedzieć na ogień w pierwszym momencie, ale od razu, po pierwszym wystrzale ich siły powietrzne zrównają nas z ziemią.

Powiedziawszy to, zaczął mówić pospiesznie, bojąc się żebym, go nie zrozumiał błędnie:

─ Nie myśl, że jestem tchórzem. Będziemy walczyć! Tylko próbuję myśleć trzeźwo. Jeżeli dojdzie do wymiany ognia to będziemy trupami za dwadzieścia cztery godziny. Wyobraź sobie: gnijemy tutaj w tej wilczej jamie, niektórzy śpią, niektórzy piją, niektórzy modlą się do Boga, niektórzy opowiadają dowcipy, niektórym śni się seks, niektórzy grają w szachy, a za dwa dni wszyscy są trupami… Może być, że pewnego dnia w książkach będzie pisało, że jeden mały naród sprzeciwił się najpotężniejszej światowej sile.

Zaraz jednak zapytał:

─ Tylko co my mamy do tego?
─ Co proponujesz? ─ zapytałem.
─ Żeby ugotować kawkę ─ westchnął. ─ Zaparzę, nawet dla trzech. Muszę obudzić Kokija na wartę. Niech łyknie, żeby się rozbudził.
─ Witam w niebiańskiej Serbii ─ mruknąłem.
─ Co powiedziałeś?
─ Dla mnie gorzka.

Około drugiej nad ranem do sutereny przyleciało parę ciem, ciężkich jak trzmiele.

Jedna przykleiła się do ściany, druga cały czas latała, brzęcząc jak pokojowy bombowiec.

Dwa razy przeleciała obok mnie. Na końcu przykleiła do mojego ciała.

Pacnąłem ręką, padła na stół. Zebrałem owada kapslem od coca-coli i wyrzuciłem do kosza na śmieci.

─ Na co mu to było potrzebne? ─ powiedział Zoki, który właśnie zszedł z warty.

Podszedł do drugiej ćmy przyklejonej do ściany.

─ Tyle szerokiego świata, a one dwie akurat tutaj.

Zrobił ruch, jak gdyby chciał wrócić do stołu, a potem dłonią zmiażdżył ćmę. Rozpłynęła się po ścianie czarną plamą. Otarł zabrudzoną dłoń o spodnie, które od razu wchłonęły plamę.

─ W rzeczywistości Amerykanie są wielkoduszni ─ powiedział, wracając do stołu. ─ Mogliby nas zmieść w jednej chwili.
─ Dlaczego zabiłeś drugą ćmę? ─ zapytałem.

Bez odpowiedzi.

Na zewnątrz zaczął padać słaby deszcz. Było słuchać szum, jakby szeleszczącego papieru. Wzrastał, jakby zapowiadał czyjąś smutną obecność.

─ Cieszę się, że zbombardowali „Zastawę”. Kiedy pytamy, my robotnicy, o wynagrodzenie, mówią, że nie ma wynagrodzenia, ważne jest, że się pracuje. Poczekaj, jak to ważne jest, że się pracuje?... Dla mnie jest ważna pensja, ja pracuję za pieniądze… Jeżeli ci nie pasuje, mówią, możesz dać wypowiedzenie.
─ Będzie źle, jeżeli pójdą lądem ─ powiedziałem. ─  Zmiażdży nas nawała lotnicza.
─ Ich, Amerykańskie dniówki wynoszą dziesięć tysięcy dolarów, a moje i twoje dziewięć marek, których jednak nie wypłacają. Tak samo, czy wojna czy pokój. Komunistyczni dyrektorzy dostają pensję, połowę w gotówce, połowę na rachunek bankowy… A ja i ty mamy ginąć za wolność…

Nocny chłód przenikał nicznym nóż przez młody ser.

─ Mój brat mi proponuje, żebym opuścił żonę i żebym się ożenił z jakąś staruszką w Paryżu. Mówi, ratuj małe dzieci, żeby nie poumierały z głodu, a żona i tak sama sobie poradzi.
─ Mimo to nie powinieneś był zabijać tej drugiej ćmy ─ powiedziałem.
─ Ten mój brat trzydzieści lat żyje w Paryżu… A był największym głupcem w rodzinie. Cztery klasy podstawówki i to ledwo. Ale pieniądze kleją się do niego. Tylko w jednej rzeczy zbłądził: buduje dom w Serbii. Mówi, że chce na stare lata wrócić. Gdzie wracasz, głupcze, ja go pytam, tutaj komuniści odbiorą ci dom! A on milczy i wzdycha… Niech i odbierają.

Nic dla niego nie znaczy to, że się tam wzbogacił. Ważne jest, żeby mu tutaj zazdrościli bogactwa…

Słychać było jak ta pierwsza ćma od czasu do czasu stuka o krawędź brudnego kosza na śmieci.  

─ Wszystkie kobiety to kurwy. Nie ma czego żałować. Małżeństwo to skutek dwóch-trzech seansów dobrego seksu. Dobry fiutek to spokój w domu. Ale tak jest tylko na początku. Później związek musi pęknąć. Mąż i żona muszą mieć prawo do seksu na boku. Już dziesięć razy powinienem był się rozwieść. I dla dzieci byłoby lepiej.

Przyniósł ze sobą butelkę chłodnej wody z podwórka i poczęstował mnie jakimiś ciastkami. Żuł je dokładnie zając. Słychać było pracujące siekacze.

Poszukałem ćmę w koszu. Jeszcze tam drżała pod popiołem z papierosów, otoczona zgaszonymi petami.

W ostatnich dniach lotnictwo nieprzyjaciela było bardziej aktywne. Bombardowało od pięciu do sześciu razy w ciągu jednego przedpołudnia. Wcześniej samoloty przelatywały nad nami. Było słuchać z daleka, jak huczą detonacje ze strony Vranja lub po drugiej stronie góry od Gnjilana, a teraz uderzyły prosto na nas, prawdopodobnie szukając naszych pozycji. Za każdym razem bombardowały nasze fałszywe pozycje z makiet, z około pięćdziesięciu zepsutych ciężarówek i czołgów. Ale i te trafiali niecelnie, a nawet zdarzyło się dwa lub trzy razy, że ucierpieli niewinni wieśniacy.

Ta bliskość warkotu samolotów i trzęsienie ziemi pod nogami denerwowało już tych, którzy tak szybko zapominali, gdzie są i dlaczego. Detonacje często spotykały mnie na dyżurze.

Dwa dni temu, po rozkazie „do schronu”! zgromadziliśmy się wszyscy, od komendanta do ostatniego żołnierza w oddziale. Okna prawie pękały z eksplozji, które wydawały się bliżej i bliżej. Nie bałem się: od początku wojny do eksplozji z powietrza miałem fatalistyczny stosunek: jeżeli mnie trafi, rozerwie i wrzuci między cząsteczki powietrza. Jeżeli nie trafi ─ czego się tu bać? Kiedy usłyszałem, że detonacje są jeszcze głośniejsze i bardziej rażące, to odczuwałem nerwową potrzebę, żeby zadzwonić do domu. Eksplozje były mocniejsze i mocniejsze, wyglądało na to, że za chwilę padną na mój dom. Niektórzy w panice podskoczyli do drzwi, ale major ryknął, żeby zostali na miejscu, nasza piwnica była traktowana jako schron.

Wykręciłem numer, odebrał syn w Kragujewcu. Zapytał mnie jak tam jest.

Odpowiedziałem, że jest spokojnie. Kiedy usłyszałem jego głos, uspokoiłem się zupełnie. Teraz może mnie roznieść.

Teraz o tym wszystkim sobie przypomniałem.

Popatrzyłem na zegar, wpół do trzeciej. Aparat zadzwonił. Pomyślałem, że jest to próba sprawdzenia połączenia.

Z drugiej strony dał się słyszeć rezerwista z pierwszej baterii. Pijany, ledwo wymówił numer, na który powinienem zadzwonić. Chciał zadzwonić do domu w Kragujewcu. Kto wie jak on przekupił dyżurnego, żeby go o tej porze dopuścił do aparatu. Możliwe, że dyżurny został sterroryzowany: nic bardziej niebezpiecznego niż uzbrojony pijak.

Połączyłem go z domem. Obudził małżonkę i zaczął bez ładu i składu mówić:

─ Nie mogę więcej…Radmila… Zabiję się…

Zaspana żona ledwo odpowiadała. Oczywiście, nocne pijaństwo męża nie było dla niej nowością.

Przerwałem połączenie.

Aparat znowu zadzwonił.

Pijak zasypał mnie brzydkimi groźbami.

Nie chciałem mu zostać dłużnym, ciężko przeklinałem i rozkazałem, żeby poszedł spać.

─ Nie chcę spać… Przyjadę do ciebie… Żeby twoją drogą matkę…

Ćma nadal drgała w brudnym koszu, jakby nie chciała umrzeć.

Wyszedłem na zewnątrz, na ciężki deszcz, którzy już lał jak z cebra.

─ Masz papierosa? ─ zapytał mnie Zoki, który stał pod wąskim zadaszeniem i wpatrywał się w noc.
─ Masz rację ─ odpowiedziałem. – Zobacz jak duży jest świat.

Z serbskiego przełożyła Barbara Vujčić

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież