Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (6) - 9 października, niedziela

Spis treści

Ulica Giełdowa, 9 października niedziela. Jesienią ulica Giełdowa, jak cały zresztą Kołobrzeg, zmienia coraz to swoje kolory: czasem szara, zmoknięta, gdy wiatr omiata strugami deszczu jezdnie, fasady domów i dachy, czasem słoneczna – tym żółtym albo miodowym kolorem jesieni, ciągle pełnym nadziei, jednak już zapowiadającym schyłek lata, gdy deszcz wypłukuje z nieba resztki słońca, może życia... Bywa młoda, bo nowe budynki, ładnie udające starą zabudowę, z wdziękie przytuliły się do naprawdę wiekowego domu handlowego Hosso, który jakimś cudem oparł się rosyjskim katiuszom i polskim granatom w marcu 1945 roku, a teraz – przeszklony na nową modłę- podtrzymuje tradycję handlu, trochę jednak już w innym stylu. Nad tym wszystkim obłoki, czasem nisko wiszące nad dachami, że można dosięgnąć je ręką, to znów rozpostarte szeroko, gdy na horyzoncie białe kłęby mgły, jak kopy siana, ciągną ku miastu z okolicznych łąk i mokradeł. A fasady domów, przeniesione przez architektów ze starych fotografii, dopasowały się i kolorem, i zmiennością do kołobrzeskiej natury. Ale nie zadzierajmy głowy zbyt długo, zejdźmy do parteru. Tu życie trwa od rana do północy i fascynuje – bogate, niezwyczajne.     

Poeta Zbigniew Jankowski, dzisiaj mieszkaniec Sopotu, ale kiedyś kołobrzeżanin, napisał: „Tu każda ulica ma swój wiatr, świeży i gęsty jak woda, bijący wilgotną płetwą po twarzy. Tu żywioł wchodzi w słowo, w pół słowa, zamyka nam usta, przymruża oczy, albo samotnemu na falochronie rozdziera wargi w krzyku na zawsze niemym”. Tak, wiatr jest stałym obywatelem miasta, jego najczęściej można spotkać na ulicy Giełdowej. Ale dość zachwytów, przyjrzyjmy się ludziom. Od kogo zacząć?       

Kiedy zaczynam wędrówkę od Placu Ratuszowego nie mogę ominąć gabinetu okulistycznego którym kiedyś kierował pan Jerzy Leśniak. Kiedyś, bo lata upłynęły i dzisiaj bardziej go znamy jako kolarza – cyklistę, mistrza świata w swojej kategorii –najstarszej grupy seniorów, zdobywającego medale w wyścigach nawet na Antypodach! W tym wieku! A przecież –zdaje się tak niedawno, chociaż już w minionym stuleciu – kupowałem u niego pierwsze swoje okulary jeszcze w zakładzie przy ul. Lubelskiej. Gdzie jest ta Lubelska? O, to osobna historia.       

Tak się zdarzyło, że skrawek miasta o którym mowa, był stosunkowo mało zniszczony i w morzu ruin znalazło się kilka domów, w których można było zamieszkać. Ponieważ pierwszymi osadnikami byli przybysze z lubelszczyzny, ulica zyskała bliską ich sercu nazwę. Jednak nazwa nie była dana raz na zawsze: był czas, że jej patronem został Wincenty Pstrowski, także na cześć braterstwa z narodami przypadł jej zaszczyt przypomnienia Unii Polsko – Litewskiej, na szczęście dzisiaj wróciła – miejmy nadzieję, że na długo – do swej pierwotnej, powojennej nazwy. Na tej ulicy, od pierwszych lat po wyzwoleniu, miał swój „Bar Gastronomiczny” pan Konstantynowicz.

Ciekawa i fascynująca postać, warta osobnego wspomnienia. Ceniliśmy go bardzo nie tylko dlatego, że chętnie wspierał nas, gdy zabrakło nam na „Duże W” lub „Patykiem pisane” (kosztowało wtedy mniej niż pięć złotych), ale za jego mądrość i życiowe doświadczenie. Studenci z warszawskiej PWSM nazywali go „zieloną bilą”, bo łysinę miał jak bilardowa bila. Kiedy zmarł, w studenckim klubie "Krzaczek" umilkła muzyka na znakżałoby. Jego „Bar Gastronomiczny” został wkrótce rozebrany, a na tym miejscu wybudowano tzw. „punktowce” oraz pawilony handlowe i usługowe. W jednym z nich miał swój zakład optyk-optometrysta Jerzy Leśniak. Dziś siedziba firmy, dzięki zaufaniu klientów i wiedzy właściciela mogła znaleźć się w prestiżowym miejscu, jakim jest Starówka, a na niej ul. Giełdowa. Tylko że teraz prowadzi ją syn Maciej Leśniak.       

Maciej Leśniak – junior także jest postacią niezwykłą. Jego pasją – poza zawodem odziedziczonym po ojcu – jest fotografia. Właśnie niedawno oglądałem jego wystawę w holu RCK w Kołobrzegu, gdzie dawną techniką pokazał fotografię portretową. A na niej ilu ludzi tyle twarzy! Tak, to nie pomyłka, postacią staje się tylko ten, kto jest powtarzalny, kto trwa w swoim charakterze mimo pozy, którą chce przyjąć lub każą mu przyjmować przed obiektywem. Ale efekt zależy także od porozumienia między modelem a autorem, umiejętności wyszukiwania indywidualnych cech i nastrojów: zamyślenie, rozpacz, uniesienie lub nieśmiałość, zawstydzenie, nieufność.

Patrzyłem na twarze – rozbiegane, chaotyczne, nieuporządkowane, to znów pewne siebie. Te w świetle bocznym, w kontraście między światłem a cieniem, intrygujące: co się tam skrywa? I kto kogo tu podgląda?       

Z rozmowy autora z prowadzącymi dowiedziałem się, że prace wykonane są tradycyjną metodą analogową, szczególnie techniką mokrego kolodionu, za pomocą którego tworzył portrety swoich modeli na szkle. To stara technika, ma już ponoć 150 lat i przyjemnie słyszy się, gdy młody człowiek, odrzucając cyfrowe nowości, sięga do technik starych mistrzów. Wymaga to precyzji i szybkości, bo szkło, pokryte warstwą kolodionu, wkrótce straci swoje właściwości w zetknięciem ze światłem. Dlatego precyzja i szybkość, potem unikatowy już dziś pozytyw. Dorastają nam młodzi mistrzowie. A wystawa nosi tytuł: „Zatrzymane w srebrze”.        

Wracajmy na Giełdową. Mijam przesmyk, prowadzący na „podwórko” stojących od frontu kamienic (chociaż co to za podwórko, otwarty na przestrzał skwer, ani tam z chłopakami w gałę pograć, ani z dziewczynami się powygłupiać), za przejściem warzywniak i już miejsce, przy którym zawsze się zatrzymuję. Witryna, a w niej książki.Księgarnia na Giełdowej, jak inne księgarnie sieci „Matras” jest miejscem, gdzie króluje literatura rozrywkowa, „drugiego sortu”, jakby powiedział współczesny klasyk. To, co kiedyś nazywaliśmy literaturą zostało już w ilościach śladowych, jest marginesem i trudno ją odnaleźć, bo na widoku, pod ręką, są książki, które trzeba sprzedać. W wyjątkowych przypadkach (Nagroda Nobla dla Miłosza czy Szymborskiej, Nike dla Myśliwskiego, wiersze ks. Twardowskiego zaraz po jego śmierci) są one hołubione, otaczane niemal kultem. Na co dzień jednak króluje produkcja, nie twórczość. Jeżeli Marek Krajewski napisze powieść – kryminał i zyska popularność, natychmiast pisze drugą i kolejne; obok niego ten sam pomysł mieli pisarze skandynawscy, więc książki tego gatunku, jakże modne w tym sezonie, zajmują całą witrynę i regały na wysokości oczu. Powodzenie powieści Małgorzaty Kalicińskiej spowodowało lawinę utworów podobnie sformatowanych, bez prób szukania innego stylu, konstrukcji opowieści itd. O najnowsze książki poetów nawet pytać nie warto. Ale nie trzeba z tego powodu wszczynać awantur: skoro są amatorzy seriali telewizyjnych a Magda G. robi furorę swoją fryzurą i gotowaniem, to i książki o których pisałem wyżej mogą także zapełniać półki księgarskie. Ale na Boga, nie wyłącznie one!      

Kiedyś, w poprzednim dziesięcioleciu, miałem na Giełdowej promocję swoich wierszy. Teraz najczęściej, po obejrzeniu „nowości” i rozmowie z przesympatyczną panią Bożeną Seńko, wychodzę. Po potrzebne mi publikacje udaję się do księgarni przy ul. Ratuszowej; jeżeli tam nie ma, to pracownicy poszukają w internecie wydawcy, właściwej hurtowni i na drugi dzień zadzwonią, że książka jest do odbioru. I to jest to! Chociaż żal lat, gdy można było na półkach poszukać najnowszych publikacji, przeczytać z nich fragmenty i odłożyć, gdy zabrakło pieniędzy na zakup wszystkich. I żal, że takich ludzi i księgarń jest coraz mniej, bo na ich miejscu powstają filie banków, ajencje firm telefonów komórkowych, sklepy, gdzie na wagę sprzedaje się także książki. Może więc nie warto już pisać nowych? Ciekawe, czy będzie jeszcze księgarnia „U Murzyna” na Ratuszowej za dziesięć lat? I czy ja jeszcze będę chodził do niej po tych ulicach?      

Ulice mają - jak ludzie - swoje oblicza, za nimi ukrywają słabostki i narowy, pilnie strzeżone tajemnice. A Giełdowa ma ich wiele! Ile zdarzeń miało miejsce na niej w tamtym, przedwojennym wcieleniu? Ile sekretów kryły jej ruiny w marcu 1945 roku? O niektórych pisała niemiecka prasa, donosiły frontowe a potem powojenne gazety w polskim języku. Ale przypomnijmy tu słowa Bruno Schulza: „Cóż jednak zrobić ze zdarzeniami, które nie mają swojego miejsca w czasie, ze zdarzeniami, które przyszły za późno, gdy już cały czas był rozdany, rozdzielony, rozebrany i teraz zostały niejako na wodzie, nie zaszeregowane, zawieszone w powietrzu, bezdomne i błędne?”Co zrobić? Wejść do kawiarni „Pożegnanie z Afryką” pod numerem 8c/3 i zanurzyć się w tajemnicę, niezwykłość, zapomnieć o codzienności, która została przed drzwiami, chociaż próbowała za nami się wcisnąć,skamląc przymilnie. Więc bądźmy odważni, wejdźmy w te czterdzieści zapachów świata, półmrok i zagadkę.     

Kiedyś, jeszcze przed I wojną światową, stały przy Giełdowej stare kamieniczki „panów solnych” Braunschweigów, ze sklepami i galeriami na parterze i mieszkaniami na piętrach; na fasadach rzędy okien, nad nimi szczyty uskokowe z wolutami. Niektóre kamienice chełpiły się wydatnymi gzymsami, inne wieńczyły alegoryczne figury...W zimowe noce owe figury nie mogły opędzić się od mew, które w Kołobrzegu, jak w każdym portowym mieście, obsiadały je uparcie, paskudząc swymi odchodami ich wygładzone kształty. Nie pozwalały zasnąć herosom, skrzeczały do ucha aniołom, iskały pióra na przepastnych gardzielach kominów. Dopiero rano odlatywały całymi stadami, oczekując na powrót rybackich łodzi i żer ze świeżych, rybich wnętrzności. Ale „Pożegnanie z Afryką” jest przecież poniżej poziomu ulicy, nie zadzierajmy głowy zbyt wysoko, tylko rozejrzyjmy się w jej niezwykłym wnętrzu. Półmrok, dyskretne lampy pod sufitem z których kapią krople ognia, świece na stolikach i ich kołyszące się światło... A przecież w tych starych murach (cegła pamięta jeszcze czasy średniowiecza, o czym świadczą jej rozmiary i kształt) kiedyś tliło się czyjeś życie, trwało przez pokolenia; teraz urok dawnych lat przybliżają nam już tylko kolekcje starych sprzętów (imponujący zbiór młynków do kawy!), fotografie ludzi w strojach według mody kiedyś panującej, ryciny i mapy. Co za klimat, jaki spokój! A przy tym jak wielki wybór kaw z różnych kątów świata!      

Ja piję najczęściej Irlandzką, o smaku whisky, polecam także z kaw kofeinowych, bez domieszek aromatycznych kawę o nazwie Kolumbia Supremo 18 o bogatym i delikatnym zapachu. Idealna do picia o każdej porze dnia. Ale w spisie kaw polecanych jest ich tak wiele, że trzeba poradzić się pani Beaty, która świetnie orientuje się w egzotycznych nazwach, zapachach i smakach. Prawdziwa kawiarka! Czy to nie o niej pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”? „Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna najlepszego gatunku
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu”.

Przychodzimy tu od lat, w każdy czwartek i inne dni, gdy to możliwe, żeby napić się kawy w swoim towarzystwie, rozmawiać o książkach, nowych wierszach; przychodzimy martwić się brakiem sukcesów i cieszyć się z rzadkich chwil powodzenia, i żeby być z sobą. Kiedyś Janek Lechowski, nieżyjący już poeta powiedział, że będzie tu zawsze wstępował, nawet z cmentarza na Zieleniewie, bo tu z każdego miejsca blisko. Czasem zdaje mi się, jak teraz, gdy jeszcze pusto, i pora zbyt wczesna, że właśnie jest on tutaj, pośród naszych cieni. Bo jesteśmy tu tak często, że cienie nasze, odbite na ścianach wnęki z mapą świata, są ciągle mimo naszej nieobecności i pozostaną chyba na zawsze. Choćby ten zarys postaci – kto to jest? Niby strzyga (z łac. stix, wcześniej z grec.), sowa, czarownica, pod postacią ptaka karmiąca się ludzką krwią. Upiór, ale bywa, że ma wiersze znakomite! Obok strzygoń, stwór znany tylko u nas, w wierzeniach słowiańskich dusza dziecka z nieprawego łoża, kusząca mężatki do zdrad małżeńskich. Na szczęście teraz zajęty grą na ustnej harmonijce. Ktoś obok patrzący w ziemię,inny – zapatrzony w niebo, jakaś para spóźnionych kochanków, o, tamten cień z kieszeni wytrząsa domowe kłopoty (będzie trzeba solidnie potem posprzątać), inny wywleka zza pazuchy garść plotek z miasta (trzeba jednak wysłuchać cierpliwie); zamyślony, długi do sufitu cień wstaje nagle i smutnym głosem zaczyna opowieść o tym, jak usiadł przy jej łóżku i postanowił czekać na cud, inny cień, damskim ciepłym głosem chwali się, że dał menelowi pięć złotych, ktoś inny snuje zwariowane przemyślenia jakiegoś Kajetana, gubię się w tym wszystkim, nie wiadomo już kogo słuchać, jeszcze głos: Panie Eugeniuszu, jak zwykle „po irlandzku”? oglądam się – stoi jakaś dama o długich, białych włosach; na szczęście to Pani Beata, muza naszej grupy, z czajniczkiem parującym kawą. Ufff, wracamy do rzeczywistości.