Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (6)

Spis treści


Poniedziałek, 12 września 2016 r. Trudno się dziwić,zważywszy na mój wiek, że jestem czytelnikiem poezji klasycznej,tradycyjnej, z jej linearnością wiersza, logiką utworu i linią rozwojową. Zresztą wiadomo od dawna, że doznania estetyczne są subiektywne. Ale z uwagą i zaciekawieniem śledzę też najnowsze próby poszukiwań poetów, ich wysiłki by sprawdzić, co jeszcze jest w poezji dopuszczalne, ale też konieczne, by osiągnąć niepowtarzalność, odrębność, indywidualność. A jest to zadanie tak samo dziś trudne,jak było w przeszłości; czasem nawet trudniejsze, gdy zważyć na nadmierną powszechność pisania.

Mam przed sobą wydruk komputerowy wiersza Piotra Piątka „Wymyk”, chociaż w druku tekst już się ukazał w almanachu pokonkursowym „Zostawiam swój ślad”; tu nazwisko autora wymienione jest na pierwszym miejscu (Ogólnopolski Konkurs Literacki dla Lekarzy im.Prof. Andrzeja Szczeklika, Kraków 2016). Na tym kawałku papieru notuję swoje uwagi, zdziwienia, zachwyty. Oto początek utworu: „jaką krzywdę mam ci dzisiaj wyrządzić, jest wielka teoria człowieka i świat/ rozumiany wąsko, potok spiętych, młodych twarzy, rzeki pożerane oczami/ w tych oczach topi się wszystko, zacierają granice, kamień jest tekturą/z której mój syn wycina podobiznę ojca/”.

Zanotowałem na marginesie: barokowe piętrzenie metafor, obrazów określających sytuację, zjawisko. Powtarza się to w kolejnych fragmentach wiersza: enumeracyjna, wielozdaniowa składnia, podczas czytania brak miejsca na zawieszenie głosu, co potęguje wrażenie ciemności, beznadziei, tragizmu...

„przyrządzam roztwór rywanolu, potem powoli wyciągam sobie szwy,/ rozmasowuję blizny, w aptece kupię coś na przeźroczystość, by nikt/nie widział i broń Boże nie zrozumiał, kamień jest papierem, który mój syn/ zagina, tworząc samoloty, puszcza je potem w domu ojca, by poleciały jak najwyżej”.

Rozmowa liryczna Piotra Piątka jest hermetyczna,unikająca konstruowania wiersza na wzór linearnego wywodu. Nie ma tu dosłowności. Niech nas jednak nie zwodzi zwyczajność użytych rekwizytów, powszechność i cielesność tych tekstów; mimo tego, że rzeczy są zawsze z nami, obecne, mnożące się, piętrzące (blizny, szwy, kamień, papier) odnajdziemy w nich przecież jakieś wartości pierwotne. Niby zauważamy je, ale to „zauważanie” jest pozorne. W istocie okazuje się, że wszystko to składa się na naszą egzystencję, a nagromadzone w wierszu liryczne pola znaczeń, ciągi metafor starają się ją opowiedzieć.Tylko czy jest to jeszcze możliwe? Czy te ciągi – cytaty wyrażeń i zwrotów wziętych z rzeczywistości – dają się odczytać zgodnie z sensem ustalonym przez autora? Może spróbujmy więc najpierw poddać się rytmowi wiersza, jego brzmieniu, aż oswojeni z poetycką propozycją Piątka zaczniemy ją rozumieć? „jaki ból mam ci dzisiaj zadać, jest teoria, że wynaleziono znieczulenie /na cały ból, spójrz, mój anioł nie ma rączek, jedynie metalowy haczyk / z tyłu główki, za który powieszę go na ścianie, dzisiaj smażę tłuste już ryby,/ wytapiam łuski, zapach miękkiego tłuszczu mocno dławi, zabieram ten / tłuszcz do blaszanego garnka i gorący wlewam we wszystkie luki/ swojego ciała, kamień jest cieczą, kiedyś mój syn pracował w pogotowiu/ zrezygnował, gdy na jego rękach zmarł mały chłopiec, co miał / fioletową skórę i nawet nie płakał/”.       

Chaos istniejącej rzeczywistości opowiedziany językiem, który we fragmentach jest precyzyjnym komentarzem; jednak nakładające się na siebie wypowiedzi, jak w polifonicznym utworze orkiestrowym, potwierdzają założoną na początku niemożność uchwycenia całości. Tylko syn - motyw powtarzający się we wszystkich częściach wiersza, wzmacnia stabilność konstrukcji wypowiedzi. Pomimo zabiegów autora, „by nikt nie widział i broń Boże nie zrozumiał” znalazł syn oparcie: „dla niego pewne są już tylko kamienie, reszta wymyka mu się z rąk”. Także czytelnik znajdzie w wierszach „kamienie” – pewność przesłania empatii w okrutnym świecie, urodę nowego języka, którą proponuje Piotr Piątek i odkrycia niezwykłych zestawień znaczeniowych. Jego „potok spiętych, młodych twarzy, rzeki pożerane oczami”i miłość, która „czasem spowalnia, jak rozstrojony internet”.        

Ostrożnie skradam się na cudze poetyckie poletko, szczególnie wtedy, gdy natrafiam na inną, niż moja dykcję, język. Ale Piotra Piątka już znam, jego trzy poprzednie zbiory wierszy w druku i czytane przez autora na spotkaniach. Czytane niepewnie, ale nieustępliwie, z wiecznym pytaniem o to, czy wiersz jest tylko dobry, a może czuć w nim dynamizm, tętno, chociaż cień doskonałości. Coraz pewniej mówię: tak! On ciągle się rozwija, nie wpada w manierę, nie wykorzystuje wynalezionych w poprzednich tomach chwytów. Pulsują coraz to nowe metafory, chociaż wielu tematom jest wierny: cierpienie, okrucieństwo, ale też wierność i prawość są ciągle obecne w jego opisach świata. Przybywa za to – może to doświadczenie i mądrość życiowa – ludzka bezradność, zgoda na świat. Tak myślę, po przeczytaniu zbioru (w maszynopisie) z którego pochodzi „Wymyk”, ale u Piotra nic nie jest pewne przed publikacją, wszystko może ulec zmianie.
Więc czekam.


17 września, niedziela. Rozmawiałem dziś przez telefon z P. Na moją radę, by próbował pisać coś o miłości, może nawet seksie – bo to będzie czymś nowym w jego dorobku, powiedział: seks to ja uprawiam z żoną w domu, a wiersze piszę dla przyjemności. Cały P!


Ulica Giełdowa, 9 października niedziela. Jesienią ulica Giełdowa, jak cały zresztą Kołobrzeg, zmienia coraz to swoje kolory: czasem szara, zmoknięta, gdy wiatr omiata strugami deszczu jezdnie, fasady domów i dachy, czasem słoneczna – tym żółtym albo miodowym kolorem jesieni, ciągle pełnym nadziei, jednak już zapowiadającym schyłek lata, gdy deszcz wypłukuje z nieba resztki słońca, może życia... Bywa młoda, bo nowe budynki, ładnie udające starą zabudowę, z wdziękie przytuliły się do naprawdę wiekowego domu handlowego Hosso, który jakimś cudem oparł się rosyjskim katiuszom i polskim granatom w marcu 1945 roku, a teraz – przeszklony na nową modłę- podtrzymuje tradycję handlu, trochę jednak już w innym stylu. Nad tym wszystkim obłoki, czasem nisko wiszące nad dachami, że można dosięgnąć je ręką, to znów rozpostarte szeroko, gdy na horyzoncie białe kłęby mgły, jak kopy siana, ciągną ku miastu z okolicznych łąk i mokradeł. A fasady domów, przeniesione przez architektów ze starych fotografii, dopasowały się i kolorem, i zmiennością do kołobrzeskiej natury. Ale nie zadzierajmy głowy zbyt długo, zejdźmy do parteru. Tu życie trwa od rana do północy i fascynuje – bogate, niezwyczajne.     

Poeta Zbigniew Jankowski, dzisiaj mieszkaniec Sopotu, ale kiedyś kołobrzeżanin, napisał: „Tu każda ulica ma swój wiatr, świeży i gęsty jak woda, bijący wilgotną płetwą po twarzy. Tu żywioł wchodzi w słowo, w pół słowa, zamyka nam usta, przymruża oczy, albo samotnemu na falochronie rozdziera wargi w krzyku na zawsze niemym”. Tak, wiatr jest stałym obywatelem miasta, jego najczęściej można spotkać na ulicy Giełdowej. Ale dość zachwytów, przyjrzyjmy się ludziom. Od kogo zacząć?       

Kiedy zaczynam wędrówkę od Placu Ratuszowego nie mogę ominąć gabinetu okulistycznego którym kiedyś kierował pan Jerzy Leśniak. Kiedyś, bo lata upłynęły i dzisiaj bardziej go znamy jako kolarza – cyklistę, mistrza świata w swojej kategorii –najstarszej grupy seniorów, zdobywającego medale w wyścigach nawet na Antypodach! W tym wieku! A przecież –zdaje się tak niedawno, chociaż już w minionym stuleciu – kupowałem u niego pierwsze swoje okulary jeszcze w zakładzie przy ul. Lubelskiej. Gdzie jest ta Lubelska? O, to osobna historia.       

Tak się zdarzyło, że skrawek miasta o którym mowa, był stosunkowo mało zniszczony i w morzu ruin znalazło się kilka domów, w których można było zamieszkać. Ponieważ pierwszymi osadnikami byli przybysze z lubelszczyzny, ulica zyskała bliską ich sercu nazwę. Jednak nazwa nie była dana raz na zawsze: był czas, że jej patronem został Wincenty Pstrowski, także na cześć braterstwa z narodami przypadł jej zaszczyt przypomnienia Unii Polsko – Litewskiej, na szczęście dzisiaj wróciła – miejmy nadzieję, że na długo – do swej pierwotnej, powojennej nazwy. Na tej ulicy, od pierwszych lat po wyzwoleniu, miał swój „Bar Gastronomiczny” pan Konstantynowicz.

Ciekawa i fascynująca postać, warta osobnego wspomnienia. Ceniliśmy go bardzo nie tylko dlatego, że chętnie wspierał nas, gdy zabrakło nam na „Duże W” lub „Patykiem pisane” (kosztowało wtedy mniej niż pięć złotych), ale za jego mądrość i życiowe doświadczenie. Studenci z warszawskiej PWSM nazywali go „zieloną bilą”, bo łysinę miał jak bilardowa bila. Kiedy zmarł, w studenckim klubie "Krzaczek" umilkła muzyka na znakżałoby. Jego „Bar Gastronomiczny” został wkrótce rozebrany, a na tym miejscu wybudowano tzw. „punktowce” oraz pawilony handlowe i usługowe. W jednym z nich miał swój zakład optyk-optometrysta Jerzy Leśniak. Dziś siedziba firmy, dzięki zaufaniu klientów i wiedzy właściciela mogła znaleźć się w prestiżowym miejscu, jakim jest Starówka, a na niej ul. Giełdowa. Tylko że teraz prowadzi ją syn Maciej Leśniak.       

Maciej Leśniak – junior także jest postacią niezwykłą. Jego pasją – poza zawodem odziedziczonym po ojcu – jest fotografia. Właśnie niedawno oglądałem jego wystawę w holu RCK w Kołobrzegu, gdzie dawną techniką pokazał fotografię portretową. A na niej ilu ludzi tyle twarzy! Tak, to nie pomyłka, postacią staje się tylko ten, kto jest powtarzalny, kto trwa w swoim charakterze mimo pozy, którą chce przyjąć lub każą mu przyjmować przed obiektywem. Ale efekt zależy także od porozumienia między modelem a autorem, umiejętności wyszukiwania indywidualnych cech i nastrojów: zamyślenie, rozpacz, uniesienie lub nieśmiałość, zawstydzenie, nieufność.

Patrzyłem na twarze – rozbiegane, chaotyczne, nieuporządkowane, to znów pewne siebie. Te w świetle bocznym, w kontraście między światłem a cieniem, intrygujące: co się tam skrywa? I kto kogo tu podgląda?       

Z rozmowy autora z prowadzącymi dowiedziałem się, że prace wykonane są tradycyjną metodą analogową, szczególnie techniką mokrego kolodionu, za pomocą którego tworzył portrety swoich modeli na szkle. To stara technika, ma już ponoć 150 lat i przyjemnie słyszy się, gdy młody człowiek, odrzucając cyfrowe nowości, sięga do technik starych mistrzów. Wymaga to precyzji i szybkości, bo szkło, pokryte warstwą kolodionu, wkrótce straci swoje właściwości w zetknięciem ze światłem. Dlatego precyzja i szybkość, potem unikatowy już dziś pozytyw. Dorastają nam młodzi mistrzowie. A wystawa nosi tytuł: „Zatrzymane w srebrze”.        

Wracajmy na Giełdową. Mijam przesmyk, prowadzący na „podwórko” stojących od frontu kamienic (chociaż co to za podwórko, otwarty na przestrzał skwer, ani tam z chłopakami w gałę pograć, ani z dziewczynami się powygłupiać), za przejściem warzywniak i już miejsce, przy którym zawsze się zatrzymuję. Witryna, a w niej książki.Księgarnia na Giełdowej, jak inne księgarnie sieci „Matras” jest miejscem, gdzie króluje literatura rozrywkowa, „drugiego sortu”, jakby powiedział współczesny klasyk. To, co kiedyś nazywaliśmy literaturą zostało już w ilościach śladowych, jest marginesem i trudno ją odnaleźć, bo na widoku, pod ręką, są książki, które trzeba sprzedać. W wyjątkowych przypadkach (Nagroda Nobla dla Miłosza czy Szymborskiej, Nike dla Myśliwskiego, wiersze ks. Twardowskiego zaraz po jego śmierci) są one hołubione, otaczane niemal kultem. Na co dzień jednak króluje produkcja, nie twórczość. Jeżeli Marek Krajewski napisze powieść – kryminał i zyska popularność, natychmiast pisze drugą i kolejne; obok niego ten sam pomysł mieli pisarze skandynawscy, więc książki tego gatunku, jakże modne w tym sezonie, zajmują całą witrynę i regały na wysokości oczu. Powodzenie powieści Małgorzaty Kalicińskiej spowodowało lawinę utworów podobnie sformatowanych, bez prób szukania innego stylu, konstrukcji opowieści itd. O najnowsze książki poetów nawet pytać nie warto. Ale nie trzeba z tego powodu wszczynać awantur: skoro są amatorzy seriali telewizyjnych a Magda G. robi furorę swoją fryzurą i gotowaniem, to i książki o których pisałem wyżej mogą także zapełniać półki księgarskie. Ale na Boga, nie wyłącznie one!      

Kiedyś, w poprzednim dziesięcioleciu, miałem na Giełdowej promocję swoich wierszy. Teraz najczęściej, po obejrzeniu „nowości” i rozmowie z przesympatyczną panią Bożeną Seńko, wychodzę. Po potrzebne mi publikacje udaję się do księgarni przy ul. Ratuszowej; jeżeli tam nie ma, to pracownicy poszukają w internecie wydawcy, właściwej hurtowni i na drugi dzień zadzwonią, że książka jest do odbioru. I to jest to! Chociaż żal lat, gdy można było na półkach poszukać najnowszych publikacji, przeczytać z nich fragmenty i odłożyć, gdy zabrakło pieniędzy na zakup wszystkich. I żal, że takich ludzi i księgarń jest coraz mniej, bo na ich miejscu powstają filie banków, ajencje firm telefonów komórkowych, sklepy, gdzie na wagę sprzedaje się także książki. Może więc nie warto już pisać nowych? Ciekawe, czy będzie jeszcze księgarnia „U Murzyna” na Ratuszowej za dziesięć lat? I czy ja jeszcze będę chodził do niej po tych ulicach?      

Ulice mają - jak ludzie - swoje oblicza, za nimi ukrywają słabostki i narowy, pilnie strzeżone tajemnice. A Giełdowa ma ich wiele! Ile zdarzeń miało miejsce na niej w tamtym, przedwojennym wcieleniu? Ile sekretów kryły jej ruiny w marcu 1945 roku? O niektórych pisała niemiecka prasa, donosiły frontowe a potem powojenne gazety w polskim języku. Ale przypomnijmy tu słowa Bruno Schulza: „Cóż jednak zrobić ze zdarzeniami, które nie mają swojego miejsca w czasie, ze zdarzeniami, które przyszły za późno, gdy już cały czas był rozdany, rozdzielony, rozebrany i teraz zostały niejako na wodzie, nie zaszeregowane, zawieszone w powietrzu, bezdomne i błędne?”Co zrobić? Wejść do kawiarni „Pożegnanie z Afryką” pod numerem 8c/3 i zanurzyć się w tajemnicę, niezwykłość, zapomnieć o codzienności, która została przed drzwiami, chociaż próbowała za nami się wcisnąć,skamląc przymilnie. Więc bądźmy odważni, wejdźmy w te czterdzieści zapachów świata, półmrok i zagadkę.     

Kiedyś, jeszcze przed I wojną światową, stały przy Giełdowej stare kamieniczki „panów solnych” Braunschweigów, ze sklepami i galeriami na parterze i mieszkaniami na piętrach; na fasadach rzędy okien, nad nimi szczyty uskokowe z wolutami. Niektóre kamienice chełpiły się wydatnymi gzymsami, inne wieńczyły alegoryczne figury...W zimowe noce owe figury nie mogły opędzić się od mew, które w Kołobrzegu, jak w każdym portowym mieście, obsiadały je uparcie, paskudząc swymi odchodami ich wygładzone kształty. Nie pozwalały zasnąć herosom, skrzeczały do ucha aniołom, iskały pióra na przepastnych gardzielach kominów. Dopiero rano odlatywały całymi stadami, oczekując na powrót rybackich łodzi i żer ze świeżych, rybich wnętrzności. Ale „Pożegnanie z Afryką” jest przecież poniżej poziomu ulicy, nie zadzierajmy głowy zbyt wysoko, tylko rozejrzyjmy się w jej niezwykłym wnętrzu. Półmrok, dyskretne lampy pod sufitem z których kapią krople ognia, świece na stolikach i ich kołyszące się światło... A przecież w tych starych murach (cegła pamięta jeszcze czasy średniowiecza, o czym świadczą jej rozmiary i kształt) kiedyś tliło się czyjeś życie, trwało przez pokolenia; teraz urok dawnych lat przybliżają nam już tylko kolekcje starych sprzętów (imponujący zbiór młynków do kawy!), fotografie ludzi w strojach według mody kiedyś panującej, ryciny i mapy. Co za klimat, jaki spokój! A przy tym jak wielki wybór kaw z różnych kątów świata!      

Ja piję najczęściej Irlandzką, o smaku whisky, polecam także z kaw kofeinowych, bez domieszek aromatycznych kawę o nazwie Kolumbia Supremo 18 o bogatym i delikatnym zapachu. Idealna do picia o każdej porze dnia. Ale w spisie kaw polecanych jest ich tak wiele, że trzeba poradzić się pani Beaty, która świetnie orientuje się w egzotycznych nazwach, zapachach i smakach. Prawdziwa kawiarka! Czy to nie o niej pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”? „Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna najlepszego gatunku
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu”.

Przychodzimy tu od lat, w każdy czwartek i inne dni, gdy to możliwe, żeby napić się kawy w swoim towarzystwie, rozmawiać o książkach, nowych wierszach; przychodzimy martwić się brakiem sukcesów i cieszyć się z rzadkich chwil powodzenia, i żeby być z sobą. Kiedyś Janek Lechowski, nieżyjący już poeta powiedział, że będzie tu zawsze wstępował, nawet z cmentarza na Zieleniewie, bo tu z każdego miejsca blisko. Czasem zdaje mi się, jak teraz, gdy jeszcze pusto, i pora zbyt wczesna, że właśnie jest on tutaj, pośród naszych cieni. Bo jesteśmy tu tak często, że cienie nasze, odbite na ścianach wnęki z mapą świata, są ciągle mimo naszej nieobecności i pozostaną chyba na zawsze. Choćby ten zarys postaci – kto to jest? Niby strzyga (z łac. stix, wcześniej z grec.), sowa, czarownica, pod postacią ptaka karmiąca się ludzką krwią. Upiór, ale bywa, że ma wiersze znakomite! Obok strzygoń, stwór znany tylko u nas, w wierzeniach słowiańskich dusza dziecka z nieprawego łoża, kusząca mężatki do zdrad małżeńskich. Na szczęście teraz zajęty grą na ustnej harmonijce. Ktoś obok patrzący w ziemię,inny – zapatrzony w niebo, jakaś para spóźnionych kochanków, o, tamten cień z kieszeni wytrząsa domowe kłopoty (będzie trzeba solidnie potem posprzątać), inny wywleka zza pazuchy garść plotek z miasta (trzeba jednak wysłuchać cierpliwie); zamyślony, długi do sufitu cień wstaje nagle i smutnym głosem zaczyna opowieść o tym, jak usiadł przy jej łóżku i postanowił czekać na cud, inny cień, damskim ciepłym głosem chwali się, że dał menelowi pięć złotych, ktoś inny snuje zwariowane przemyślenia jakiegoś Kajetana, gubię się w tym wszystkim, nie wiadomo już kogo słuchać, jeszcze głos: Panie Eugeniuszu, jak zwykle „po irlandzku”? oglądam się – stoi jakaś dama o długich, białych włosach; na szczęście to Pani Beata, muza naszej grupy, z czajniczkiem parującym kawą. Ufff, wracamy do rzeczywistości.


16 października, niedziela. Dwa ważne wydarzenia, które zmuszają mnie do zapisania komentarza, przerywając „zapiski” z ulicy Giełdowej. A te wydarzenia to przyznanie Nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, oraz Nagrody Nike Bronce Nowickiej. Jak bardzo różnią się tegoroczni nagrodzeni od siebie! Bob Dylan jest królem wśród „mieszkańców masowej wyobraźni” i jeżeli ktoś może pretendować do tytułu najbardziej znanej osoby w świecie pop kultury, to właśnie on.

Przedstawiać go publiczności nie trzeba. Zupełnie inaczej jest w przypadku autorki zbioru „Nakarmić kamień” Bronki Nowickiej. Jako poetka nie była znana szerszej publiczności, a książka jest jej debiutem. Jedno ich łączy: wielkie kontrowersje wokół werdyktów jurorów obu tych nagród. Ale kiedy nie było kłótni, przecież gusta są tak odmienne!


20 października 2016 r. Tekstów piosenek Boba Dylana nie znam, bo są w języku angielskim, teraz dopiero przeczytałem w całości jeden, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Ale to nie ma być wiersz, on musi istnieć razem z muzyką. Wtedy stanowi całość. Wiersze Bronki Nowickiej już kupiłem, czytam je wolno i ze smakiem, czekając na spotkanie z autorką, która w Kołobrzegu będzie 17 listopada wieczorem,a w Ustroniu Morskim 18 XI rano. Może wtedy więcej o niej napiszę? Teraz tylko parę „smakołyków” ze zbiorku: „Postanawiam, że nigdy nie będę kobietą. Jeżeli nawet wyrżną mi się piersi – z czasem wylecą, jak mleczne zęby”. Albo: „Pewnego dnia ojciec znalazł ręce. Swoje własne. Były schowane w kieszeniach płaszcza. Prawa ściśnięta bardziej, lewa mniej”. I jeszcze początek tekstu zatytułowanego Patyk: „Ten człowiek kłapie piętami, bo nosi za duże nogi po kimś z rodziny. Oczy ma całkiem nie do pary. Usta założył na lewą stronę, więc mówi sobie w brzuch. Tyle razy strzelali mu w plecy śliną, że dawno powinien nie żyć”. I tak można przepisać prawie całą książeczkę. Powoli, ze smakiem. Dobra.