Jan Organ - O człowieku, który lubił czytać klepsydry

I

Orest mocno naciskał na pedały swojego roweru marki „Triumph", jadąc z izdebskiego Halicza do apteki, znajdującej się w centrum wsi. Miał 63 lata, był inwalidą, cierpiał na bóle kręgosłupa i nóg, mimo to jeździł na rowerze doskonale, niczym 40 - latek. Czasem tylko zmieniał przerzutki, raz bowiem miał szosę wiodącą ku górce, raz z górki. Prawie jak w szkole.

Co go wiodło na skrzyżowanie? Potrzeba leków, które mu się kończyły, przeciwbólowe i jakąś maść do nóg, też przeciwbólową.   

To było wiosną zeszłego roku. Jazda powtarzała się co dwa miesiące, odkąd kupił był swojego „Triumpha". Wcześniej chodził z Halicza na piechotę, co było bardzo uciążliwe. No i apteka mieściła się trochę dalej, przy sklepie „Aldony". Dziś ma już rower, a apteka znajduje się obok ZOZ - NFZ i jest bardzo dobrze zaopatrzona.

Orest pedałował więc spokojnie do górki, na której Leopold wybudował nowy, nie wykończony jeszcze dom. Potem był zjazd aż do przystanku Izdebki - Wieś.

Jadąc rytmicznie, minął sklep na Dynowie. Na drzewie obok mignęła mu jakaś biała kartka ale pomyślał tylko: „Eeee...,Chyba będą psy szczepić..." i jechał dalej. Minął zakręty koło pana Fila i miał już prostą drogę aż pod kościół. Przeżegnał się, zwalniając nieco tempo jazdy. Droga była zadbana, poczynając od szkoły, gdzie mieściły się parkingi. Chodnik - a właściwie deptak bo asfaltowy - prowadzący aż do przystanku „Skrzyżowanie", i dalej, aż pod remizę OSP i biuro sołtysa.

Przy przystanku zatrzymał rower.

- „Oho! Są jakieś ogłoszenia..." – pomyślał był, patrząc na tablicę na nie przeznaczoną.
- „Na ser mater!" - zaklął szpetnie, patrząc na dwie klepsydry przyklejone do deski. „Dwóch nieboszczyków naraz!"

Istotnie, na klepsydrach były dwa nazwiska: jedno - Gładysz i drugie - Owsiana. Stare rody, mężczyzna i kobieta, w wieku 82 i 57 lat.

- Trzeba będzie iść na pogrzeby! Że się tak umówili, to już piąty i szósty pochówek w naszej parafii..." - pomyślał.

Na przystanku, obok tablicy informacyjnej, stała grupka ludzi. Ktoś, zdaje się Maniek, zagadał Oresta:

- Księża będą znów mieli interes, a i grabarz zarobi!
- Przecież to normalne. To ich praca i powołanie - zripostował Orest.
- A tam - zawód...Gdybyś nie miał pieniędzy, to by ci rodzonego ojca nie pochowali. Bo to raz tak było...?    '
- To są sprawy Boskie, to ich sakrament. Poświęcają swój czas. Sam kiedyś umrzesz!
- Widzę, Orest, że trzymasz z klerem. Oni twojej pomocy nie potrzebują. Mnie zaś wystarcza modlitwa do Boga, rano i wieczorem.
- Eee, tam... Widzę że szkoda gadać. Sam to pewnie litanii nie odmówisz!
- Nooo... Czarne kruki i tyle!

To ostatnie zdanie Mańka Orest usłyszał jednym uchem, bo znów wsiadł na rower i ruszył w kierunku apteki. Dał recepty, kupił leki, wsiadł na „Triumpha" i ruszył w drogę powrotną na Halicz, do swego domu. Jeszcze zdążył zerknąć kątem oka na te dwie klepsydry, jeszcze pomyślał: „To ja nie wiedziałem, że Maniek taki antykościelny...!.

Droga była ta sama, ale podjazdów więcej. Dojechał do zagrody, zsiadł z roweru, opierając go o ścianę i wszedł do wnętrza, od progu mówiąc do żony i córki:

- Umarł Gładysz i Olga Owsiana!
- Co ty powiesz?! A skąd wiesz? - pytaniem odparła córka.
- Widziałem klepsydry na Krzyżówkach.

Na polu tymczasem topniał śnieg, panowała plucha. Słońce jednak świeciło jasno. Postanowił:

- Pójdę na obydwa pogrzeby!

II

Od tamtej pory minął bez mała rok. Orest okazał się być maniakiem. Po pogrzebie Olgi Owsianej postanowił raz w tygodniu jechać na Krzyżówkę, zobaczyć czy kto nie umarł. Większość tych jazd kończyła się fiaskiem, wracał markotny, rozczarowany. Mimo to jeździł popatrzeć na tablicę informacyjną, czy kto nie umarł. Przez miesiąc był spokój, potem znów coś pękło. I znów dwa pogrzeby. Orest dotknął jednej z klepsydr palcem wskazującym i wiódł nim po jej treści: „Zmarł przeżywszy 58 lat, po długiej i ciężkiej chorobie, o czym zawiadamia rodzina, pogrążona w żałobie. Pogrzeb odbędzie się....".

Często dochodziły zasługi zmarłych, odznaczenia i medale, zwłaszcza w przypadku starszych.

Przez pół roku, co parę tygodni, pojawiały się nowe klepsydry. Przeczytał je wszystkie, żadnej nie przeoczył. Zawsze zdążył pójść na pogrzeb. Zeszły rok był obfity w pogrzeby, ten zaczął się również od kilku. Orest pytał czasem, jaka była przyczyna zgonu i okazało się, że najwięcej było śmierci naturalnych, ze starości, w wieku ponad 80 lat oraz zgonów w szpitalach.

Rzadko jednak trzymał Orest żałobę. To była jedynie chłopska ciekawość, typu: Czy dużo ludzi było?, Który ksiądz celebrował mszę żałobną? Kto niósł chorągwie i krzyż? Czy rodzina płakała?

Pozyskanymi wiadomościami dzielił się z żoną i córką. Te, z czasem, zaczęły patrzeć na niego jak na dziwaka. Rozumiał je, ale rezygnować z jazdy obowiązkowej już nie mógł.

III

Orest sporządził sobie spis nieboszczyków, wedle kolejności. Jeśli śmierć może być ciekawa, to do niej zaliczyłby zgony: Janiny O., Piotra B., Danuty S. Pierwsza, chora na heine-medina, nie przeżyła operacji w szpitalu. Drugi był młodszy od Oresta o ponad 20 lat. Danuta S. była nauczycielką na rencie.

To były smutne pogrzeby. Był płacz, był żal, nie było nadziei. Tłum ludzi szedł w kondukcie z kaplicy pogrzebowej do kościoła, gdzie ksiądz rzucał słowa pożegnania na ostatnią drogę. Orest bacznie obserwował obecnych. Wszyscy szli z reguły na cmentarz, prawdziwe „wzgórze milczenia", nieśli wieńce i kwiaty, wiązanki.... Pogrzeb był podobny do pogrzebu. Niewielkie różnice wszyscy tolerowali i rozumieli. Orest nie opuścił żadnego, przeżył z nimi cały poprzedni rok i pół nowego. Miał czas i zdrowie, mógł chodzić.

Drugiego takiego człowieka we wsi nie było. Ludzie patrzyli na niego jak jechał swym rowerem i komentowali.

- Chyba będzie pogrzeb, bo Orest jedzie na Krzyżówkę!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież