Rafał Jaworski - Krucha analiza przypadłości małżeństw

Tej, której nie mówię, że w nocnej ciszy
płaczę do rana…
          R.M. Rilke

Dwoje ludzi sobie zawierzyło, są spleceni sakramentalnym węzłem stuły, wzajemnościami rodzinnej termitiery, praktycznie nierozerwalni, we wszystkim razem;  wizja wręcz wzorcowa - na zewnątrz. Jedno jest w drugim, drugie w pierwszym – we wnętrzu swych intymności. Sytuacja modelowa, taki paradygmat – mówiąc uczenie.

„Śpimy biodro w biodro/ Przed każdym posiłkiem/ nasze usta/ wypowiadają pacierz pocałunku (…)”  Małżeńska miłość, ufność bez granic i oddanie, pewność  i „jeden drugiego ciężary noście”. Ale…  czas i okoliczności budują to: - „ale…”

„Nienawiść wznieca kłótnie, miłość wszelki błąd ukrywa” – mówi Pismo; a wcześniej kategorycznie zaleca: - „Pij wodę z własnej cysterny, tę która płynie z twej studni”. Chodzi  tu  o wierność i obopólne zawierzenie kobiety mężczyźnie, mężczyzny kobiecie.

Nasz, polski Episkopat, ogłosił rok 2014 Rokiem Rodziny, obecny papież w akcie kanonizacji Jana Pawła II i Jana XXIII, o którego formacie częstokroć zapominają hierarchowie, mówił że największy z rodu Słowian, jest głównie promotorem świętości rodzin (co jest średnio trafne, jak większość Jego diagnoz). Wystarczy przytoczyć tytuły wezwań z Litanii do Jana Pawła, a to przyporządkowanie wypadnie blado. Orędownik nieustannej ewangelizacji i cywilnej odwagi wyznawania wiary, i poddaniu się miłosierdziu Boga -  to są określenia adekwatne, uczciwe - po prostu. Papież Polak, który zaczynał pontyfikat od wezwania „nie lękajcie się” (wierzyć i zaufać Chrystusowi) zasługuje na inne, bardziej uniwersalne konotacje, bo jak to obłudnie mówili komuniści: „rodzina jest podstawową komórką społeczną”, a więc jako taka jawi się w świetle kontrapunktu Objawienia.

Współczesny kryzys rodziny jako rodziny w jej tradycyjnej, sprawdzonej  strukturze,  jest niewątpliwy, wszechobecny, ale i nie generuje refleksji w praktyce docierania do intencji i impulsów „założycielskich” tegoż kryzysu, przekazu „pedagogicznego” dla zbiorowości. Ciśnienie medialno-praktyczne dominuje sumienia i akty wiary. Założenie, że grzech jest czystą względnością zwiększa swą dominację nad twierdzeniem, że powoduje destrukcję człowieka. „Życie na kocią łapę” nie znajduje u obecnych, „chrześcijańskich” rodziców  jakiejś formy negatywnej reakcji, raczej potęguje bezradność i końcową degradację ich autorytetu;  „współżycie na próbę” jest traktowane jako oczywistość, jako „docieranie się” akceptowane  ze zrozumieniem, ale równie dobrze i wręcz serdecznie przyjmowana jest abdykacja ze wspólnej drogi (specyficzne „wesela” z okazji rozwodu potwierdzają karykaturalnie gnilny rozkład tkanki społecznej). To wszystko trąci tchórzostwem wobec jednoznaczności wyboru i kwestionuje sens miłości jako miłości w jej sile ponad egoistycznej: - byle techniczne przeszkody obnażają fasadowość personalną, miałkość charakteru przy ślepym naporze egoizmu. Rodzina jest też deprecjonowania w sensie zdrowia jej hierarchicznej struktury (prawo dziecka do donosu na rodziców, równościowe parytety i prawo urzędników do ingerencji w styl życia i wychowania).

O duchowe zdrowie rodziny, z ewangelicznej zasady, walczy Kościół Rzymsko-Katolicki. W polskim episkopacie nie ma jedności, co teoretycznie jest oznaką demokracji w hierarchicznej strukturze. Oczywiście,  sugerowany przez lewactwo podział na kościół „łagiewnicki” i „toruński” jest motywowany osłabieniem Kościoła i próbą jego deprecjacji. Ale też prawie nic, cywilizacyjnie i społecznie, nie łączyło bp. Tadeusza Pieronka z bp. Józefem Zawitkowskim, który na tamie pod Włocławkiem, w 30-tą rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego, przemawiał patetycznie i ze zrozumieniem swego patosu cytując błogosławionego: „Przemoc nie jest oznaką siły, lecz słabości. Mamy mówić prawdę, choć inni milczą. Za prawdę trzeba cierpieć. Zachować godność człowieka, to znaczy być wewnętrznie wolnym. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, stalibyśmy się narodem wolnym już teraz. Mój Boże! Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku!” To jest zawsze aktualne zadanie, nie tylko w chwilach przesileń społecznych.

Arcybiskup Stanisław Gądecki  zakwestionował ustalenia pierwszej sesji rzymskiego synodu ds. Rodziny - „widać w nim ślady anty-małżeńskiej ideologii” - ocenił metropolita poznański, zwolennik dogmatu, że małżeństwo to dozgonny związek kobiety i mężczyzny. Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej „Amoris leatitia”, podsumowując dwuletnie obrady tegoż synodu  pisze: „ (…) możliwe i konieczne jest szczególne rozeznanie w niektórych sytuacjach zwanych nieregularnymi, istnieje pewna kwestia, którą zawsze należy uwzględniać, aby nigdy nie pomyślano, że usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii. Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej nieregularnej, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej. Ograniczenia nie zależą tylko od ewentualnej nieznajomości normy. Podmiot, choć dobrze zna normę , może mieć duże trudności w zrozumieniu wartości zawartych w normie moralnej, lub może znaleźć się w określonych warunkach, które nie pozwalają mu działać inaczej i podejmować inne decyzje bez nowej winy. Jak to dobrze powiedzieli Ojcowie synodalni, mogą istnieć czynniki, które ograniczają zdolność podejmowania decyzji.” O „solidności refleksji” Kościoła należy wątpić, a nawet stwierdzić, że kto nie wątpi, żyje w nierealnym świecie.

Brak logiki w tym zapisie jest oczywisty: -  następca św. Piotra niby odcina się od  procesu minimalizacji wymagań Ewangelii, ale jednocześnie kwestionuje poczytalność przekraczającego „normę”, jakby klauzula sumienia i pracy nad jego wrażliwością przestała obowiązywać. Ktoś uszczypliwy powiedziałby, że Kościół Rzymski rozsadza „religia względności” i nad-tolerancji: - złośliwy rak z przerzutami przystosowania się do trendów cywilizacyjnych.  W tym kontekście cytuję tekst z „twardego” portalu PCh24: - „(…) w adhortacji Amoris Laetitia (choć rzeczywiście nie znalazły się słowa zezwalające na grzech świętokradztwa), nie zapisano również wprost, że do sakramentów przystępować im nie wolno. Jan Paweł II, gdy ogłaszał Familiaris Consortio, chcąc uniknąć jakichkolwiek nieporozumień napisał: Kościół jednak na nowo potwierdza swoją praktykę, opartą na Piśmie Świętym, niedopuszczania do komunii eucharystycznej rozwiedzionych, którzy zawarli ponowny związek małżeński. Nie mogą być dopuszczeni do komunii świętej od chwili, gdy ich stan i sposób życia obiektywnie zaprzeczają tej więzi miłości między Chrystusem i Kościołem, którą wyraża i urzeczywistnia Eucharystia. W adhortacji apostolskiej papieża Franciszka takiego jasnego, niepozostawiającego pola do interpretacji stwierdzenia brakuje”. Czyżby promocja Kościoła dwóch prędkości!?  

Arcybiskup Wiednia,  Christoph Schönborn,  zapewne główny konstruktor przedmiotowej adhortacji,  skwapliwie przystępuje do dopuszczenia w swej metropolii, osób żyjących w ponownych związkach niesakramentalnych do Chrystusowej Eucharystii. Nic dodać, nic ująć, czysty fakt. „Turystyka eucharystyczna” zapewne  będzie kwitnąć, nowy rodzaj businessu: jedzie się z Cieszyna lub nową A1 do granicy austriackiej (200 km) i już można przystąpić do Komunii Św. – bez represji kleru polskiego.

Prawie nagminnie zdarza się, że erozja małżeństwa wywołana przez drobiazgi, utarczki i urazy tworzy egzystencjalną mgłę, za którą demonom Hydry odrastają ucięte głowy i ich jęzory zioną zatrutym słowem i gestem. Przestrzeń między osobami rośnie, widzą się coraz bardziej niejasno jako postrzegane osoby, a jednocześnie w sferach komunikacji  międzyludzkiej ich widzenie jest coraz bardziej  ostre, wyostrzone w interpretacjach na niekorzyść współcierpiącego. Wskazuję nie na współcierpienie, które jest chwalebne, ale cierpienie w innych, w paśmie odbioru doznawanej subiektywnie i emitowanej obiektywnie - traumy; piszę o erozji, że zachodzi „powoli”, ale przecież, kiedyś przed laty musiał być impuls pierwszy, który kwestionował elementarną  wartość drugiej osoby. Jakiś fundament, który nie mógł być cząstką tej mgły, o której wspominałem, że zasłania odrastające głowy hydry:

 *   *   *

To, co zwiemy miłością
nie wymaga cyrku wiersza
z woltyżerką natchnień,
słoniem tańczącym w średniówce,
trampoliną zaklęć.

Nie jest przyczynkiem
do gminnych owacji
gdy forma  –
ten bat tresera
- wymusza w łubkach wersów
zażyłość
obcych sobie słów
        …

Zawsze jesteśmy u kresu,
choć wiemy, że kresu nie ma.

Dla metafor drogi
to udane (w cyrkowym sensie)
salto mortale
kobiety i mężczyzny

Co  może być impulsem degrengolady małżeńskiej wspólnoty, a nawet bardziej uniwersalnie – międzyludzkiej? Wszystko co zaistnieje pod ręką czasu, np. chwilowe zaciśnięcie pasa po wzięciu kredytu, wyraziście postulowane „nieudacznictwo” drugiej osoby w kontekście braku dynamiki  rozwoju materialnego, uprzedzenia personalne (abstrahujące od uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych nieudacznika), niewybaczone spojrzenie pożądliwości współmałżonka na osobę trzecią. „Niewybaczalne” w kontekście roku miłosierdzia? Jeśli jedna z osób, przebywających razem, śledzi z pedantyczną drobiazgowością, każdy ruch i czynność drugiej osoby, to nie jest jeszcze nic złego. Ale jeśli ta obserwacja prowadzi do konstatacji i wciągnięcia w swoje wnętrze głównie potknięć, niedociągnięć strony śledzonej, to buduje platformę niechęci i zakwestionowania jej wartości. I jeśli następują bezpośrednie, czynne, nadpobudliwe reakcje, negacje prostych działań, krzywdzące opinie, choć druga osoba te działania wykonywała wielokrotnie, a opinie podlegały uzasadnieniu, to zaczyna się dramat. Jeśli dochodzi konwulsyjne, histeryczne przyczepienie się do jakiegoś szczegółu, to należy myśleć, że tak buduje się nieuświadomioną nienawiść; że jest w małych sprawach uporczywie emitowana do bliskiej osoby, której zachowanie nie ma juz żadnego wpływu na nieustanne pogłębienie nienawiści (także jest niwelacji), choć jej wierną towarzyszką jest pogarda. Pogarda jest deprymująca i projektuje przyśpieszony proces gnilny.

Czy to rozpacz potęguje nienawiść? Tak, rozpacz traktowana jako bezsens, znudzenie. Zapewne tak.  A nawet bardzo -  tak. Nienawiść przez swoją aktywność nieco łagodzi negatywnie tragiczny stan rozpaczy, wypełnia pustkę, postuluje zadanie do spełnienia i to blisko, bo obiekt nienawiści jest pod ręką, nie wymaga więc wysiłku rozładowanie wewnętrznej dyspozycji. Rozpacz „międzyludzka” jest egocentryczna,  powoduje w osobie ją dotkniętej poczucie krzywdy (krzywdy aż do łez, do histerycznych zdań i aktów działania, do szantażu np. samobójstwem), do kanonady wyimaginowanymi cierniami tej własnej krzywdy doznawanej od osoby atakowanej. Tak to nienawiść i pogarda są incydentalnie splecione dla spełniania humorów samego siebie. Krzywda może być iluzoryczna, ale poprzez płacz daje osobie poczucie wartości, bo przecież nie usprawiedliwienie. Degradowani zasługują na więcej. Oczywiście obiekt nienawiści i pogardy, wzbudzający te infernalne uczucia, musi być w jakiejś mierze winny, musi w aktach tej nienawiści uczestniczyć, bo jest bezpośrednim przedmiotem (nie podmiotem) wzbudzenia, a jeśli reaguje sprzeciwem jest generatorem jeszcze większej pogardy i nienawiści, sprzężenie zwrotne działa tu doskonale. Trzeba też powiedzieć, że w myśl zasady termodynamiki, akcja rodzi reakcję. I przywołać inną zasadę, tam razem magii homeopatycznej: - podobne wywołuje podobne. W przedmiocie pogardy i nienawiści rodzi się też zmysł refleksji krytycznej w stosunku do osoby emitującej, ale i odbierającej te stany. Samo współczucie wyrastające z miłości i oddania zaczyna być mącone rozdrapywaniem zachodzących procesów.

Na frasunek dobry trunek: alkohol (używki) spożywany systematycznie jako lekarstwo na pustkę i emocjonalne rozstanie pogłębia stany wrogości, ale i solipsystycznego  rozżalenia, jest stymulatorem wektorowej aktywności. Używki w stanie rozpaczy, nawet w niewielkiej ilości, pogłębiają rozdrażnienie, wydobywają na powierzchnie psychiki urazy (prawdziwe i urojone) i emitują je wręcz na oślep. Każdy drobiazg jest przydatny i funkcjonalny. Całkowita abstynencja też daje asumpt do zakwestionowania, choć poprzez rodzącą się sztywność zachowań daje możliwość do zakwalifikowania jej do sfery oziębłości. Osoba ogarnięta rozpaczą egocentryczną często nie za bardzo chce z tego stanu wyjść, bo fajnie siedzieć, nic nie robić, rozżalać się na cały boży świat i samego Boga, że jest tak beznadziejnie.

Można zarzucić autorowi powyższych zdań, że łatwo to pisać, a w negatywnym przeżyciu jest całe ziemskie inferno, choć początkowo był zarodek Raju. Tak, łatwo o tym pisać osobie, która z rozpaczą miała jakieś aliansy, choć pogarda i nienawiść były jej odległe, a jeśli już to dotyczyły zła w życiu publicznym i narodowym. Coraz częściej dwoje ludzi, których autentycznej miłości trudno zaprzeczyć, tak się jakoś w skomplikowaniu życia zapętli, że zaczynają od siebie odchodzić, zamykać się, urazy do czasu bagatelizować lub odwrotnie powierzchowne urazy i uszczerbki emitować nieustannie, do znudzenia, zamieniać sprzeczki w codzienną truciznę dla twórczej tolerancji i zrozumienia. Ustawiczna dezawuacja, z mocy ważnego sakramentu, sądów i postaw współmałżonka – dlatego, że ma te czy inne wady lub ma się przyczynę, aby wzrastała złość w jakiejś sprawie, z motywów przyczynkarskich  – jest praktyką nie do przyjęcia, praktyką naganną w sposób najbardziej zasadniczy, bo jątrzącą na co dzień założeniem, że jeśli ktoś (druga najbliższa osoba) jest ułomna w jakiej sferze, to w żadnej innej nie należy „konsumować” ją pozytywnie. Stoicka zasada, że niejako automatycznie cnota w jednej dziedzinie promieniuje z czasem na postępy w innych sferach etycznych, czy wręcz moralnych, nie jest odwracalne. Upadek w jednej dziedzinie nie musi z automatu przechodzić w skrajną degenerację formatu osoby. Tu tkwi nadzieja.

Wielkie spory, w sprawach zasadniczych, nawet w wymiarze dwóch osób – muszą mieć miejsce i są objęte kategorią katharsis ze swej naturalnej istoty  w procesie dialogu. Nie należy – nigdy – spraw małżeńskich rozgrywać z pomocą innych osób. Nie należy ze swoich stosunków robić prowincjonalnego teatrzyku. To są Twoje sprawy, egzystencjalnie najważniejsze i tylko Twoje, i nic komukolwiek do tego. Jeśli para przeżywa trudności, to nie należy z ich emisją chodzić do drugiej zaprzyjaźnionej pary, do rodziców i tam na ich oczach i opiniach, rozgrywać własne kwestie projektując sytuacje i poglądy na innych ludzi. To prosta droga do ostatecznego rozstania. To niby sprawy nad wyraz oczywiste. Ale oczywistość bardzo często ponosi klęskę.

Coraz trudniej przebaczać, rozumieć, jednać się, rozumieć, przyznawać rację , kajać się bez przekonania, znowu wybaczać, mieć pretensje, zwracać uwagę, protestować,  jednać się, planować wspólne, znowu czuć drzazgi czyjejś urazy, znowu się buntować, potem robić dobrą minę…  A takie chwile zdarzają się w historii każdego niemal małżeństwa, że coraz trudniej liczyć na cud, że będzie lepiej, że…  „Nie troszcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. Życie znaczy bowiem więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani nie rzną: nie maja piwnic ani spichlerzy”. Ten, który bardziej kocha wydaje się że łatwo przegrywa. Ten, który bardziej kocha zawsze wygrywa. Miłość to masło bez utwardzaczy. Ponoć łatwo się topi. Ale to pozór. Te,  który kocha jest wygrany…  w sposób jednak problematyczny: Być miłowanym znaczy spalać się. Miłować to: świecić niewyczerpanym olejem. Być miłowanym znaczy przemijać, miłować znaczy trwać - to definicja Rilkego, który na miłości, jej płyciznach i autentycznych głębiach, się znał wyśmienicie, a w czasach bez autorytetów jest fundamentem niezaprzeczalnym. Przytoczę jeszcze fragment z „Pieśni Abelone”: Na miłujących patrz moc:/ gdy raz wzajemnie miłowanie wyznali,/ jak zaraz rośnie kłam.// Samotnym mię czynisz…

Katechizm małżeński, coś czego aktualnie nie ma – założenia konfesyjne i praktyka, która winna wyrastać z duchowej wzajemności aż do śmierci, to pewien postulat dość zasadniczy. Należałoby taki zbiór prawd i praktyk na nowo opracować w odmiennych warunkach cywilizacyjnych, warunkach wrogości do instytucji na poziomie elementarnym.     

Podsumuję przytoczenia i refleksje własnym wierszem, dedykowanym własnej żonie, tekstem sprzed kilku lat:

*   *   *
                    Marysi   

Miałem ćwiczyć
noszenie krzyża
a kupiłem różę.
Na jej kolcach chciałem rozwiesić
wiersz miłości.
Niech sobie krwawi
w sposób
ograniczony.

Ale róża nie ma kolców.
Ktoś uprościł kształt istnienia.
Jest bezbronna,
bezużyteczna dla prawdy życia.
Jest tylko
post-różą.

I wiersz
nie znajduje wskazówki ciernia,
na którego szczycie
buduje się przestrzeń uczucia
do osoby, która jest  -

Ratunkiem
głóg
dziki, oset
polny –

na wzgórzu tętna
przyśpieszonego

dotykiem dłoni

Cierpienie i ratunek: małżeństwo i Eucharystia.

marzec - kwiecień 2016

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora