Jan Organ - Kazikowi z Oddziału Dziennego

Od 30 lat zażywam codziennie, trzy razy, mocne leki uspokajające i nasenne, by dobrze i sprawnie funkcjonować. Bez nich obejść się nie potrafię. Przez te lata nie myślałem o nich wcale - były jak chleb powszedni. Miałem remisje choroby. Po prostu - po przebudzeniu jadłem dawkę poranną, po obiedzie - południową, wieczorem - nocną. I te leki, po sześć ich opakowań, jadłem dzień w dzień, objawy chorobowe ustępowały. Rodziła się co dnia wciąż nowa nadzieja, że życie się jeszcze ułoży, że będę szczęśliwy, że może sobie jeszcze kogoś znajdę.

Od zapadnięcia na schizofrenię połączoną z depresją minęło więc sporo lat. Choroba moja zaczęła się od próby samobójczej. Cudem ocalony, wszedłem wtedy na nową drogę życia, której początkiem był szpital psychiatryczny. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że leczy się w nich także potencjalnych samobójców, po próbach odebrania sobie życia. Więc, ocalony, przesiedziałem dwa miesiące w szpitalu, a po rozpoznaniu wyjechałem w Bieszczady.

Był to rok 1985, zbliżała się pierestrojka, likwidacja komunizmu, z czego wypadało się cieszyć a nie zapadać na depresję.

Przyczyny choroby były widać inne, skoro porwałem się na swoje życie. Miałem rozdwojoną jaźń, połączoną z głęboką depresją, którą wówczas leczono tisercinem. Drugi objaw zabijano we mnie haloperidolem. Po wyjściu ze szpitala otrzymałem recepty na leki i pojechałem w Bieszczady, gdzie przez rok pracowałem solidnie w schronisku GOPR. Odłączyłem się od studenckiej braci i ich środowiska, byłem wszak już magistrem. Raz w miesiącu bywałem u swej lekarki, początkowo w Sanoku, potem w Lesku, spowiadać się z objawów chorobowych. Ona dobierała odpowiednie medykamenty. W pewnym momencie wyjaśniła mi, że na pobyt w szpitalu wtedy, w 1985 roku, nie zasłużyłem, że musiano tak ze mną postąpić czyli oszołomić lekami, abym zapomniał o swej miłości ze studenckich lat, która ode mnie odeszła.

- Ależ pani doktór - broniłem swego zdania - przecież rozpoznano u mnie paranoję z depresją...
- Niech będzie, ale życie jeszcze pan sobie może ułożyć. Proszę spróbować, będę trzymała rękę na pulsie...
- To mało realne - dopowiedziałem na koniec wizyty, jesienią 1987 roku.

Teraz patrzę na to ze zdziwieniem: przeżyłem do 2015 roku w samotności, na lekach, nawet nie myśląc o wią­zaniu się z kobietą. Lekarka nie nalegała, gdyż stwierdziła, że na lekach funkcjonuję normalnie i je­stem samodzielny. Miałem więc o sobie decydować sam, rozwiązywać swoje problemy. Radziłem sobie. Wokół mnie byli ludzie normalni, więc krakałem jak te wrony, przez co oni milczeli na temat mojej choroby.

Powoli, bo w 1989 roku, zwyciężyła idea okrągłego stołu. Ja miałem wtedy 30 lat, była pora na ożenek. „No dobrze - tłumaczyłem sobie - ale która z dziewuch mnie zechce? Z moimi lekami, z czasowymi nawrotami?. W rok później, na spotkaniu weteranów „S", ta właśnie kobieta kopnęła mnie pod stołem w nogę, mówiąc przy tym:

- Wituś! Ja cię wykopię!

Zrozumiałem od razu, że chodzi o pracę. Nie odpowiedziałem jednak nic, przemilczałem całą sprawę. W 1993 roku już mnie w schronisku na Przysłupiu nie było. Nie miałem środków do obrony. Zatrzymałem wtedy swoje życie w Wetlinie, jakiś czas pracując to tu, to tam, byle nie w lesie, bo tej pracy nie lubiłem. Po prostu kochałem przyrodę, więc las odpadał. Wiosną zaczynał się redyk, górale rozpoczynali wypas owiec, wieczorami paląc watrę, grając na skrzypcach i śpiewając. Do nich się zaciągnąłem. Dali mi sera i żyntycy, przyuczyli do juhasowania. Ocalili jedno ludzkie życie, tak się wtedy czułem. Żyłem z nimi od wiosny do jesieni, przez kilka lat.

W 2000 roku nie było w Wetlinie wypasu, kończyła się stara era, zaczynało III Tysiąclecie.

Zadekowałem się na jakiś czas u starej babuni, imieniem Olga, bezdzietnej wdowy mieszkającej w Zatwarnicy. Pomagałem jej przez trzy lata prowadzić gospodarstwo.

Jesienią 2003 roku babcia Olga zapytała nagle:

- Wituś! A ta twoja pani doktór nie przyjęłaby mnie na wizytę...?   
- Przyjmie, babciu, przyjmie...
- A co jej trzeba mówić? - zapytała.
- Wszystko i nic... Najlepiej o samopoczuciu, pogodzie, zmartwieniach i zgryzocie. Ale jak ich babcia nie ma, to szkoda zachodu.
- Eeee...Mnie ta starość trochę dokucza, boję się śmierci. Bo nie wiem czy jest gdzieś życie wieczne czy nie...?
- Babciu! Nie trzeba o tym myśleć, trzeba żyć i cieszyć się życiem. Tylu tu sąsiadów dookoła. Wszyscy jakoś żyją...
- Dobrze, Wituś! A pojedziesz ze mną do Leska?
- Pojadę.

Jak obiecałem - tak też zrobiłem. Pojechaliśmy autobusem do poradni w Lesku, czynnej już wtedy przez kilka godzin. Ludzie w Bieszczadach często mają chwilowe dolegliwości psychiczne, to i w kolejce trzeba było nam czekać. Babcia Olga, choć nie wiem co mówiła, miała już założoną kartę choroby i dostała recepty na leki.

- To takie leki jak twoje, Wituś? - zapytała.   
- Babcia pokaże receptę.

Spojrzałem na recepty, była tam pernazyna i tabletki nasenne, znane mi.

- Nie, moje są inne – odpowiedziałem.

Tak więc jeszcze jedną zimę można było przeżyć u babci Olgi. Paliłem, gdy ta zmora przyszła, w kaflowym piecu drzewem przygotowanym jesienią, sprzątałem obejście, odsypywałem metrowy śnieg od ścian, zrobiłem dojście do studni, z której czerpaliśmy wodę. Babcia nocą, po tabletkach, spała jak suseł, ja zaś czytałem książki bieszczadzkich bardów i pielgrzymi śpiewnik, bo latem chciałem jechać na pielgrzymkę do Ludźmierza na Podhalu, dziękować za miłosierdzie dla górali.      

Latem 2004 roku, po modlitwach codziennych, zamiast do Ludźmierza wybrałem się w podróż do stolicy. W Warszawie miałem przyjaciela i u niego przez dwa dni zamieszkałem. W klubie narodowców, przy Alejach Jerozolimskich 120, wiązało się nowe oblicze polityczne partii narodowej. Obrady trwały 6 godzin, po czym, w zapadających ciemnościach, poszedłem na piechotę do Dworca Centralnego. Nie obejrzałem tego miasta, tak jakby sprawdziły się słowa mojej miłości:

- Ty, zakryj tę Warszawę...! - po moim wypisie ze szpitala.

Nocą jechałem do Rzeszowa, cholernie mi się dłużyło. Nad ranem w poczekalni autobusowej w Rzeszowie, przypomniałem sobie nagle, że po drodze do Zatwarnicy, na brzozowskim Widaczu, mieszka mój kuzyn, z którym nie widziałem się blisko 20 lat, a w Przysietnicy dogorywa mój ojciec, który się mnie wyrzekł. Matka bowiem zmarła w 1998 roku.

- Wysiądę w Brzozowie - powiedziałem sam do siebie - W końcu tu się wychowałem i żyłem w młodości...   
- Wrócił, wrócił...! Syn marnotrawny wrócił! - okrzyczał moje przybycie kuzyn.

Ale do ojca postanowiłem nie jechać.

- Jeszcze zdążę...- tłumaczyłem sobie.

Siedzieliśmy przez cały dzień przy butelce wódki, dużo rozmawiając.

- Co? Nie ożeniłeś się? Twoja pora już przeszła, tu kandydatki na żonę nie znajdziesz. Zresztą trzeba się opiekować twoim ojcem. Leży chory w domu.
- Wiesz przecież, że w 1985 roku byłem w psychiatryku i jem leki uspokajające. Liczyłem na Ruch Czystych Serc ale nic z tego nie wyszło. A która mnie zechce z moimi lekami?
- Pojedziesz dalej w Bieszczady czy zostaniesz tutaj?
- Muszę to przemyśleć. Mam 45 lat, sam częściej myślę o śmierci niż o życiu. Tutaj ludzie są inni, gryzą się nawzajem. W Bieszczadach zakapióry mają serce.   
- No nic - zakończył kuzyn kwestię - Ja jeszcze wujowi pomogę, zresztą brzozowski MOPS dał mu pielęgniarkę środowiskową. Ona mu gotuje i sprząta.   

Wstałem i nałożyłem bluzę na wełniany sweter.

- Jak mi się tam znudzi to przyjadę na trochę dłużej...

Wróciłem na dworzec w Brzozowie.

Nie przypuszczałem, że stanie się to późnym latem roku 2008.

Przyjechałem do Przysietnicy odprowadzić zmarłego ojca na cmentarz, miał udar mózgu, beznadziejny stan, przez dwa tygodnie. Potem - śmierć. Po pogrzebie zostałem już tutaj, jak się okazuje - do „teraz". Stary drewniany dom jest moim azylem, żyję samotnie, jestem samodzielny. Nie martwię się częstymi atakami choroby ani docinkami sąsiadów. Ocalonych „wieszaków" należy tolerować i nie wolno im zabierać życia po raz drugi, niech umierają śmiercią naturalną. Krzywda sprzed lat, gdy ta kobieta kopnęła mnie w nogę pod stołem prezydialnym, podczas zebrania „S", sprawiła, że nie angażuję się w życie społeczne. „Splendid isolation" - to moja dewiza życiowa. Czasem jadę do Warszawy na zjazd narodowców, ale bez aktywności. Chcę w spokoju dożyć starości. Mało mam przyjaciół. Powrót do normalności, w moim wieku jest już niemożliwy. Muszę nadal jeść leki, słuchać jak na bazarze w Brzozowie ktoś komentuje:

- On je leki!

Po raz drugi na życie swoje się nie porywam.

- Po co?

Chociaż… Może kiedyś…

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież