Zdzisław Antolski - Klejnoty czasu i wyobraźni (1)

(O twórczości poetyckiej Zofii Korzeńskiej)


Zbiór wierszy „Dary chwil” (2011) jest w istocie pamiętnikiem myśli i wzruszeń, to notatnik zdarzeń, rozmów z ludźmi i rozmyślań filozoficznych.

W tym życiu wiele straciłam,
zyskałam niewiele.
I może nie to, co prawdziwe…
Ale póki żyję
Nie straciłam nadziei (…)
                    (Czy nie pora na bilans?)

Zbiór wierszy „Dary chwil” jest w istocie pamiętnikiem myśli i wzruszeń poetki. Autorka próbuje dokonać bilansu swojego życia, pojmowanego jednak nie jako chronologiczny przegląd zdarzeń i ich hierarchia, ale jako wysnucie z bogatego i długiego życia pewnych aksjomatów moralnych i religijnych. Literatka często porzuca poetyckie „pseudonimowanie” (jak chciał Peiper: „proza nazywa – poezja pseudonimuje”) na rzecz szczerości i klarowności przekazu.

Otóż pytając samą siebie: „Czy nie pora na bilans?” odpowiada: „Bóg jednak może / zamienić wszystko w samo dobro. / Także moje gorycze i żale / w skruchę i radość z przebaczenia“. I w tych wspaniałych słowach tkwi cała siła tej poezji, jej urok i cudowność (trudno tutaj o lepsze słowo!) – wiara, że nic nie jest zakończone ostatecznie, że Bóg może wszystko zmienić, zwłaszcza zło w dobro. Widać w tych wierszach zwycięstwo ducha nad materią. Nic nie jest przesądzone w ludzkim życiu, nic nie jest nieuchronnie potępione, jeśli wierzymy w siłę Boga.

Dlatego w tych wierszach, obok smutku przemijania, jest tyle dziecięcej wręcz radości z samego istnienia, z samego trwania, które jest również wartością. Upływ czasu przynosi pewne niedogodności, ale trzeba podchodzić do nich z humorem

mój duch chadza
pięć metrów przede mną
jak mąż przed żoną
której się już wstydzi
                    (Pół serio)

Widać bowiem w tych wierszach, że autorka zdaje sobie sprawę ze zjawiska „ucieczki czasu”, czy też „kurczenia się czasu”, jaki odczuwają ludzie w starszym wieku:

„Boże, dlaczego nam, starym, / ten czas tak ukrócasz?/ Nie dość że lata policzone, / to jeszcze godziny w nich nikłe” ( z wiersza „I czas mi się starzeje“). Albo „A więc czas ucieka, /i to mój czas, o Boże! (…) Czuję żal, że ucieka... i winię się... / że nie pędzę z nim razem. („Bezwład“).
Jednak zjawisko to znane jest również młodszym osobom, kiedy nie chcemy pędzić za światem, nie chcemy być modni i „na czasie“. Również autorka świadomie chce pozostać przy swoich przekonaniach, przy swoich sądach moralnych, choćby odbiegały one od tego, co sądzi współczesność. Bowiem Zofia Korzeńska opowiada się za „poezją sumień”, „o wartościach mówiącą”. Okazuje się, że taka poezja też budzi zdziwienie i nawet sprzeciw, gdyż „to takie niemodne, niewygodne w użyciu” (z wiersza „Tyle myślenia? A po co?”). Wówczas autorka zwraca się do siebie samej:

– A twoja poezja?
Skoro bulwersuje,
to znaczy, że coś znaczy.
Czy nie o to chodzi?

Poetka dziękuje Bogu za piękno świata, które przynosi człowiekowi poczucie szczęścia. Ale szczęście można doskonale oddać w codzienności, w niby zwyczajnych zajęciach, które wcale zwyczajne nie są. Bo oto budząca się wiosną przyroda jest źródłem błogostanu:

Senne szczęście i pragnienie trwania.
Jeszcze, jeszcze, Panie!
Potem przy komputerze
odczucie szczęścia ze żmudnej pracy,
Cudowne dźwięki Rimskiego-Korsakowa
i pies śpiący przy nodze.
                    (Modlitwa chwilą)

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na cykl wierszy poświęconych osobie Jana Pawła II. Pisanych z należytym dystansem, a jednak widać, że osoba naszego papieża i jego nauki, jak również jego książki są obecne w myśleniu i w twórczości autorki. Bardzo ciekawy poprzez swoją inność jest wiersz poświęcony erotycznej miłości pt. „W przestrzeni Erosa”. Zaiste, jest to próba opisu pierwszych chwil zauroczenia drugim człowiekiem, uwznioślenia go, „odlotu”, odrealnienia, aby potem w bolesnym spostrzeżeniu realności wrócić na ziemię. Dopiero, kiedy pokochamy człowieka takim, jakim jest naprawdę, a nie nasze wyobrażenie, z jego wadami i ułomnościami, wtedy mamy szansę na miłość prawdziwą – twierdzi autorka.

Każdy, kto zna dotychczasową twórczość autorki wie, że jest ona ukonkretniona w wieżowcu, z okien którego widać Karczówkę i Chęciny. Tak i w tym zbiorze możemy wraz poetką zachwycać się zachodami słońca nad zabytkowym klasztorem. Autorka wraca myślą do swoich wycieczek do Chęcin, co jest pretekstem do rozmyślań o patriotyzmie, o ukochaniu rodzinnej ziemi. Poetka pisze wprost:

Tak dla mnie Chęciny to symbol
nie tylko przeszłości
bardzo ciepły symbol
– życia, Ojczyzny i więzi z ludźmi.
                    (Chęciny – czym są?)

Podobny w wymowie jest wiersz „Elegia pamięci”, mówiący o przeszłości naszego miasta, o potrzebie uszanowania tradycji, która jest częścią naszej tożsamości duchowej aż po utwór „Rozmyślania o Ziemi”, naszej Wielkiej Ojczyźnie. Nie sposób tutaj omówić bogactwa myśli i wzruszeń zawartych w tym pamiętniku lirycznym. Każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie, będzie mógł dzięki lekturze tych wierszy zastanowić się nad swoim kodeksem moralnym, a także ulec wzruszeniom i uświadomić sobie własne refleksje i przeżycia. A przecież takie zadanie: budzenie myśli i uczuć powinno zawsze stać przed prawdziwą poezją.

Zbiorek „Mazury, Mazury…” (2010) to hołd oddany przez poetkę swojej wsi rodzinnej. „Moje Mazury! Mazury podkarpackie w powiecie kolbuszowskim, w widłach Wisły i Sanu! Skąd taka nazwa tamtejszej wsi - Mazury? Otóż jej mieszkańcy, a moi przodkowie, zostali w XVI w. przesiedleni przez króla Zygmunta Augusta z Mazowsza do Puszczy Sandomierskiej, a ludność miejscowa nazywała ich Mazurami. [...]

Tam, w tych Mazurach, się urodziłam, tam chodziłam do szkoły podstawowej, tam się rozmiłowałam w przyrodzie, w muzyce lasów, pól i żabich sadzawek, w zachodach słońca, w grzybobraniu, w rozmyślaniu nad przemijaniem, w książkach i w poezji. I to nie tyle w szkole, ile w polu - przy pasieniu krów. To był mój pierwszy uniwersytet.

Mazury - najpiękniejsze, najukochańsze miejsce; i ludzie najdrożsi; najcudowniejsze pola i zapachy zbóż falujących, i lasy, i chmury, i wiatr najłagodniejszy, który mnie wykołysał w tamtejszym „kormonie”.

Truizmem byłoby mówić, że dzieciństwo i rodzinna kraina to najczystsze źródło poezji. Z niego wyrasta osobowość człowieka i w nim zakwita duchowość. To moje maleńkie źródełko, które wytrysło w Mazurach, zaczęło się stopniowo poszerzać i pogłębiać, zaczęło zbierać w siebie przeróżne dopływy Ale jego barwa i smak - niepowtarzalne - są stąd.

Tu wciąż wracam sercem i myślą, i całą osobą. Z wiekiem coraz częściej. Bo tu są moje korzenie psychiczne i duchowe. Moje serce jest wciąż otwarte na uroki mazurskiej krainy. Otwarte także dosłownie. Tu się uczyłam wrażliwości. A dzia­dek uczył mnie tu także rozumowania i filozofowania oraz ludzkiej godności (..)”..

W tomiku „Dumania Kasandry” (2013) znajdujemy dalsze rozważania na temat istoty Boga i powinności ludzi wobec swojego Stwórcy. Poetka pisze we wstępie: „Dumania Kasandry to rzeczywiście zbiór dumań czy ulotnych „przydumań” nad losami świata Tego i Tamtego. To zbiór przyuważeń albo wprost przykrych spostrzeżeń i związanych z tym przygan. Czasem są to też przywołania przykazań z Dekalogu, wstydliwie w naszych czasach wypieranego z poezji — z literatury, z kultury w ogóle, a więc wypieranego z życia, które on ma nam regulować, prostować, międzyludzko układać. Moi współcześni chcą jednak po swojemu świat tworzyć.

A ja, idąc pod prąd w tych Dumaniach, przypieram do muru siebie i Drugich, byśmy bacznie obserwowali, co się dzieje z ludźmi - także ze mną - z naszym duchem i jego wymiarowością, a nawet z przydeptywanym przez nas i poniżanym ciałem. Byśmy chcieli widzieć, myśleć i czuć! W zbiorku nie brakuje też dumań nad pięknem tego świata. Bo patronująca metaforycznie tomikowa Kasandra miała przecież gorące (choć nie każdemu uległe) serce - otwarte na bliźnich, na Ojczyznę i jej piękno. Dla mnie symptomatyczny i niepoko­jąco zobowiązujący jest jej niepokój o losy Kraju, ale odnoszę tę jej profetyczną troskę do całego otaczającego świata. Ostrzeganie jednak i upominanie zawsze podlega co najmniej klęsce niedowierzania...

Te moje refleksje mają też nietypową formę. Wiele z nich to nie są wiersze liryczne, nie są też nastawione na efekt. Moją naczelną zasadą nie jest estetyzowanie tych przyuważeń i dumań (tak gorzkich refleksji nie można upiększać), lecz zwyczajne odsłanianie prawdy o rzeczywistości nas otaczającej, a niekiedy nawet rąbanie jej prosto z mostu.

Są to refleksje i wynikłe z nich częste pytania — moje i moich rozmówców, bo wciąż prowadzimy dialog. Te refleksje wyrażone są często skrótami myślowymi, ale nie w formie ekspresywnych obrazów czy poetyckich idiomów, lecz dyskursywnych zdań-argumentów, czasem równoważników zdań, motywujących bieg myśli, założeń, poglądów. Przeważnie te jakby przy poezje, choć nie są utkane z samych metafor, to one same bywają metaforami czy alegoriami lub przypowieściami, jako że „poezja na metaforze stoi” — jak to skrótowo określa poeta Zdzisław Antolski.

W refleksjach religijno-moralnych i modlitwach niedościgłym modelem wciąż są dla mnie biblijne Psalmy, najdoskonalsze dzieło liryki religijnej świata. W innych refleksjach, np. moralno-społecznych, obyczajowych czy patriotycznych przyświeca mi (też niedościgły) wzorzec Eliota, czasem Miłosza, z którym nie zawsze się zgadzam ideowo, ale cenię sobie jego logiczną, jasną konwencję literacką. Na linii mojego sposobu myślenia i wyrażania siebie znajdzie się duch pisarski takich poetów, jak Mieczysław Jastrun, Kawafis czy im podobni. Innych też wielce cenię, podziwiam, delektuję się ich poezją, ale to trop nie dla mnie (…)”.

Ten zbiorek to przede wszystkim wołanie Autorki do Czytelników, aby byli sobą…

(…) Twoja polityczna poprawność
i bezkrytyczna układność
wobec silniejszych
także ci satysfakcji nie dają

Więc się odważ być sobą:
kochać siebie za swoje istnienie,
bo jesteś darem od Boga
- właśnie takim, jakim jesteś, nie innym –
dla siebie i drugich
                    (Cudza lampa szczęścia)

„Szepty i zamyślenia” to ostatni zbiór wierszy, jaki wydała Zofia Korzeńska. Po uważnej lekturze wierszy zebranych w tym tomie utwierdzam się w przekonaniu, że Zofia Korzeńska stworzyła swój własny niepowtarzalny styl literacki. Jest on podobny w części do starej, szlacheckiej gawędy, bowiem zawiera rozważania natury religijnej w zetknięciu ze zwykłą ludzką codziennością, a przy tym nie jest pozbawiony humoru i ironii, dystansu do siebie i otoczenia. Jeśli dodamy do tego barokowe tytuły, np. „Dyskurs przez telefon o tajemnicy Trójcy Świętej”, będziemy mieli pełen obraz owego staropolskiego bigosu literackiego.

Choć w książce znajdziemy także poważne, szczere i wzruszające modlitwy do Boga oraz podziękowania dla Stwórcy, jak choćby to: „Dzięki Ci, Panie Boże, że jeszcze się obudziłam, / bo życie mnie wciąż zachwyca i wciąga.” W tym właśnie utworze zawarta jest prośba o „pogodę serca”, której sens jest mi bardzo bliski, dlatego z chęcią przyłączam się do słów Poetki.

Wśród modlitw nie brak i takich słów podziękowań, tchnących staropolszczyzną, jak w utworze „Pieśń poranna”:

...za Dobra i Piękna, i Prawdy na świecie ogniska,
co rozjaśniają ciemności i radość z nich tryska,
za świętych Twoich i Aniołów o mnie staranie,
za moje nad światem dumanie. (...)

I tak dotarliśmy w sposób naturalny do kwestii rymów w poezji Zofii Korzeńskiej. Ona sama pisze na ten temat, w sposób żartobliwy, w wierszu pt. „Po latach o rymach”

Po latach niechęci do rymów,
a nawet rymofobii
zaczyna i mnie coś w nich kręcić,
lecz w tych niedokładnych
i nie całkiem zgodnych. (...)

Dalszy ciąg rozważań o rymach niedokładnych znajdziemy w wierszu poświęconym poezji Wiesława Kota.

Zawsze w twórczości Zofii Korzeńskiej fascynowała mnie jej zachłanność życia, wyczulenie na „smak życia”, cieszenie się z uroków przyrody, aktywność umy­słowa i emocjonalna. Pomimo życiowych kłopotów zmartwień potrafiła zachować ową „pogodę w sercu”, znała hierarchię spraw ważnych i mniej istotnych.

Czy życie swoje naprawdę marnuję?
Przecież ja je całą sobą chłonę
i czas jego i wrażenia.
Smaczne spanie połykam z rozkoszą
i zawsze mi go za mało,
bo noce zamieniam w bezsenność
z żalu za aktywną jawą. (...)

Nie może wszak zabraknąć modlitwy... Czytelnik ze wzruszeniem spotyka się ze słowami:

…to z Panem Bogiem szeptana rozmowa,
co sens temu życiu nadaje
i budzi nadzieję że ono
się w Bogu dokona.

Praca i modlitwa to podstawowe elementy chłopskiego etosu. A stąd tylko krok do czasów dzieciństwa i młodości, spędzonych we wsi Mazury. Zresztą ten związek nigdy nie wygasł, o czym świadczy niedawno wydana książka na temat gwary tych okolic, a także wiersze poświęcone rodzinnym stronom, jak choćby ta „Litania dziękczynna za Ks. Infułata Józefa Sondeja, Człowieka Niezwykłego i Niezłomnego (w setną rocznicę jego urodzin)”.

W ten sposób znaleźliśmy się w rodzinnej wsi autorki, o nazwie Mazury, na Podkarpaciu. Wieś z bogatą historią, której opisowi gwary Zofia Korzeńska poświęciła niedawno dwa tomy pracy naukowej. Ta gwara tkwiła w niej nadal i słyszała ją swym uchem wewnętrznym, choć nie spotyka się z nią na co dzień, jak głuchy Beethoven słyszał muzykę. Mamy więc wzruszające wiersze poświęcone Matce Bożej Mazurskiej i „Świętych obcowaniu”:

Wierzymy, że są tam w niebie nasze babki, dziadkowie,
ciotki i wujowie, są wszyscy nasi bliscy,
za których my tu się serdecznie modlimy,
a oni tam zanoszą za nas błagania,
bo to jest z łaski Bożej - świętych obcowanie.

Z doświadczeń wiejskiego dzieciństwa pojawia się też słowo „gaga”, zakazujące dzieciom niebezpiecznych zabaw i poczynań, które Autorka rozciąga dziś na sferę moralną człowieczeństwa. Zapewne i stąd medytacje nad określeniem „Słowo jest ziarnem” czy dziecięcą zabawą „klupanką” (wyliczanką). Pisząc o swojej wsi, sięga do rodzinnej genealogii i mitologii:

...we mnie krewkiej z rodu Suskich,
z rodu Olszowych, Sondejów
sięgających szwedzkich dziejów
a może i szkockich nawet,
co zdobyć chcieli dla Szwecji Warszawę.
                    (Pieśń poranna II)

Wzruszający i poruszający wiele problemów moralnych i egzystencjalnych jest cykl rozmów-modlitw z Panem Bogiem oraz z Jezusem. Rzadko to dziś spotykana forma poetyckiej wypowiedzi, nawet wśród autorów uznawa­nych za twórców religijnych. Bardzo wzruszająca forma poetyckiej wypowiedzi i nasuwająca Czytelnikowi wiele refleksji z własnego życia i doświadczenia. Podobnie jak wiersze o przemijaniu, starości i nieuniknionym spotkaniu z Bogiem, przed którym staniemy nadzy, „tylko z garścią miłości” (z wiersza „Zamyślenie nad Prawdą”).
Wart bacznej uwagi jest także wiersz „Biblia pauperum a billboardy”, będący krytyką współczesnej kultury masowej, propagującej konsumpcjonizm i hedonizm, a w gruncie rzeczy ogłupiającej swoich odbiorców. Autorka przypomina, jak niesłuszna jest dzisiejsza pogarda dla rzekomo ciemnego średniowiecza.

W trakcie lektury nie sposób nie zauważyć obecności ilustracji w wykonaniu znanego kieleckiego malarza, Eda Tuza, który zresztą towarzyszył twórczo autorce także w innych jej książkach. Dobór ilustracji i ich wykonanie świadczą o głębokim zrozumieniu problemów poruszanych w tekście przez rysownika. W wielu przypadkach ilustracje otwierają dodatkowe rozumienia tekstu poetyckiego.
Zofia Korzeńska powoływała się też na swojego przyjaciela, Tadeusza Łączkowskiego, poetę i krytyka, który jest jednym z ważniejszych poetyckich myślicieli religijnych współczesności.
Z tych przemyśleń pochodzą zapewne bardzo mądre słowa, które są również swoistym apelem do twórców, zapisane w wierszu „Słowo jest ziarnem”:

Kto przeto wyżej patrzy i szerzej - niech sadzi las
— mówi Człowiek-Legenda, O. Rydzyk. —
Sadźmy więc ojczyźniane dęby-herosy
i buki szczęśliwości zasadzajmy, tradycją starożytną okryte.
Siejmy zatem. Siejmy ziarno słowa,
któreśmy w darze otrzymali!

Bogaty jest również dorobek Zofii Korzeńskiej w dziedzinie krytyki literackiej.  Jest autorką książkowych opracowań na temat twórczości Zdzisława Antolskiego, Zdzisława Łączkowskiego, Zyty Trych, Ottona Grynkiewicza. Nie sposób także nie wspomnieć o dwutomowym wydawnictwie o charakterze naukowym pt. „Z dawnych lat. Gwara i obyczaje wsi Mazury”.

W czasopiśmie „Radostowa”, ukazującym się w Starachowicach, publikowane były w odcinkach wspomnienia Zofii Korzeńskiej z czasów dzieciństwa, pod ogólnym nadtytułem „W koleinach życia”. Fascynujący to opis dzieciństwa i już w pierwszym odcinku bohaterka tej prozy spotyka się ze śmiercią:

„Pochodzę ze wsi. To podobno cecha szczególna, a nawet decydująca o osobowości człowieka i jego losie. Zawsze się dziwiłam, że ludzie widzieli (niektórzy nadal widzą) coś złego w pochodzeniu ze wsi. Traktowali to jak jakieś piętno, którego się trzeba wstydzić i ukrywać pod kołnierzem. Ja natomiast we wsi zawsze widziałam ogromne bogactwo, dziś bym to nazwała bogactwem psychicznym czy duchowym, ale także kulturowym i socjalnym W dzieciństwie mnie wszystko na wsi ciekawiło: pola, łąki, domy, ogródki kwiatowe, zwierzęta, ptaki, a nade wszystko ludzie. Co za ciekawi ludzie! Dziadkowie, zwłaszcza dziadek Józef - niezwykle bogata wewnętrznie osobowość, ale także przyrodni dziadek Jan (ojczym Taty, bo rodzony jego ojciec zmarł, kiedy mój Tatulo miał 13 lat). Ja dziadka Jana traktowałam po prostu jak dziadka i już, zwłaszcza że mieszkał po sąsiedzku i miałam z nim stały kontakt od rana do wieczora. No, a poza tym grał na skrzypcach, no więc dodatkowo mnie intrygował i przyciągał wewnętrznie. Ciekawili mnie moi rodzice, stryj Bolek jego osobowość w mojej psychice dorównywała stopniem fascynacji chyba osobowości dziadka Józefa; interesował mnie stryj Franek, stryjeczno-cioteczny brat Ojca (jego matka była siostrą mojej babki, a ojciec bratem rodzonego ojca Taty - dwóch braci ożeniło bowiem się z dwoma siostrami). Stryj Franek był niezrównanym gawędziarzem, dlatego zawsze czekałam, żeby przyszedł do nas i zaczął opowiadać, wszystko jedno o czym. Kochałam swoje ciotki, siostry Taty: Ewę, Jadwigę, Kaśkę, Julkę, mieszkające na tym samym ogromnym podwórku (potem rozdzielonym płotem, „żeby kury się nam nie mieszały”). No i kochałam obydwie babki, zwłaszcza tę z podwórka, matkę Taty, babkę Annę Rębiskę, jak ją nazywano w gwarze. Babka Marianna, która mieszkała ok. kilometra od nas, była dla mnie trochę jakby obca, choć mnie właśnie tym bardziej ciekawiła. Interesujący byli też sąsiedzi. O! Jakże ciekawi! Zresztą prawie wszyscy to bliscy nasi krewni. Jeden tylko (ten po przekątnej) nie był z nami spokrewniony. Ale cóż to był za oryginał!!! Nazywał się Marcin Rosoł. Był felczerem, a mówiło się o nim „Doktór”. Przyjaźniłam się z jego córką Janką, która będąc chyba w piątej klasie, spadła z drzewa i po długiej agonii zmarła. Wydarzyło się to w czasie II wojny światowej. Bardzo przeżyłam tę śmierć. Wcześniej, jako kilkuletnie dziecko, przeżyłam śmierć ciotki ojca, a matki właśnie stryja Franka, gawędziarza. Wtedy po raz pierwszy widziałam zmarłą osobę. Do dziś ten obraz we mnie tkwi. Na wsi dzieci w naturalny sposób stykały się ze zjawiskiem śmierci. Ludzie umierali w domu, wśród bliskich, otoczeni modlitwą i troską także sąsiadów, krewnych”.

Ten fragment wspomnień dobrze podsumowuje jej drogę twórczą, a zarazem życiową, wypełnioną pracą, modlitwą i zachwytem nad światem, takim jaki jest. Światem, który jest Darem Bożym, a naszym ludzkim zadaniem jest żyć dobrze i mądrze, jak również pomagać sobie nawzajem.