Janusz Pyziński - Wspomnień czar

kładą się cieniem gałęzie na ziemię, załamało się krzywe niebo wierzb,
świeżo zaorany zagon obudził nadzieję na ziarno, znowu umarł kłos.
dojrzewa świergot w dziobach ptaków, szare gęganie ponagla odlot,
przydrożny świątek jak dawniej pozdrawia przechodniów,
słoneczny latawiec tonie w Ościach ognia, w którym umierają drzewa.


niech będzie pochwalona cisza, ta z którą wdycham zapach ziaren nieba,
i widzę Wielki Wóz, ciągnący w nieznaną podróż korowód gwiezdnego różańca,
jak nirwana, noc do dnia znów pisze komentarz, próg - adwokat domu,
stał się mniej wybredny, od kiedy próchno strychu sypie mu po oczach,
od zawsze byłem z nim. kamienie na ścieżce szlifują codzienność,
prostując się widokiem pól i czterech pór płotu, za którym
ogród kręci głową na tyle spraw, do załatwienia na wczoraj.

tam, na podobieństwo tęsknoty, z piasków wyrzeźbiłem krzyż rozstajów
i głębię arki przymierza z orką - siódmy raj zdobyty lemieszem,
tropionym przez słońce jak zając.
zapisałem pamiętniki, czasem pierwszych miłości i rozstań,
widziałem śmierć biedronki w wieku dwóch kropek,
ucząc się pić deszcz i jeść sól z nieba lipcowego ganku,
kiedy skowronek malował wieś, drgającym potokiem pogodzie na przekór.

długo mnie tu nie było. jaskółczy niepokój skrada się po drutach,
burząc krew w żyłach i cierpliwość świątków, wystukujących przy drodze
nerwowe staccato, gdzie cień matki, w potężnych konarach ramion cienia ojca,
dryfował aż po krokwie, w woni kapuśniaku i suszonej mięty, gubiąc się w nostalgii
za przylotem ptaków, już krwawi widnokrąg długimi cieniami, domyka kartę
żywej księgi ziemi, trzeba być daleko, tak jak nigdy dotąd, żeby to zrozumieć
i nie tęsknić ciężko, za śliwkowym sadem o wielkości pestki, do którego
nie potrafię już wrócić, by wygładzać cienie aż do szczękościsku
i domykać powiekami rozmowy ze Stwórcą.

długo nie wracam, może to i dobrze, bo stąd jakby bliżej, do pól malowanych gwaszem, zwierciadeł strumyków, gdzie słońce w pajęczej halce, rzeźbi delikatne wzory
niby na opłatku, dotykam i nie wiem, który z nich mam wybrać,
poza krajobraz wypływając myślą, zamykam oczy aby mi się przyśnił.

i niech mi jabłoń nie pamięta grzechu, którym chciałem się cieszyć jak dziecko,
przechowując w pamięci pierwsze płatki śniegu, dziś nie potrafię
opowiedzieć czterech ścian domu z dzieciństwa, drugiego takiego nie spotkam.

kto dziś potrafi wyrzeźbić kłos, w jasnym marmurze dzieży magnificat chleba,
zziajane konie olszyn, z rumieńcem czystości pierwszych pocałunków,
pod zmurszałym zieleńcem słów dziś już nikomu niepotrzebnych,
bogatsi w pośpiech i o siwy włos, ubrani w różaniec z lipowego drewna,
odchodzimy spod starej kapliczki, w której od dawna nie mieszkają święci.

dopóki nić Ariadny prowadzi mnie w labirynt płotów, polnych ścieżek, domostw,
z płatków śniegu jeszcze strugam kolędę o narodzeniu,
 jak roztańczony obłok poddany wiatrowi, płynę w głąb
gdzie powinien zagłębiać się korzeń,
by nie uschło drzewo, co wciąż pieści próg mój bosymi stopami.

ubywa makatkowych twarzy i pejzaży,
a może wcale ich nie było.
tylko malwy czekają na próżno,
wyrosłe ponad dom.