Valdimir Jagličić - Zwyciężymy! (przeł. Barbara Vujčić)

Według wojskowego planu miejsce spotkania znajdowało się w pewnej karczmie, po drodze do Raczi. Wezwanie do wojska miało na odwrocie dodatkowy tekst z pouczeniem, że moi przodkowie bronili i obronili ojczyznę, i że teraz nastała moja kolej.

Ojciec z rana, około wpółdo siódmej, powiózł mnie na miejsce spotkania swoją białą „Ładą”.      

Na raczańskiej drodze aż roi się od wojskowych pojazdów. Ale to nie są SMB, ale w większości zmobilizowane cywilne ciężarówki, które przewożą amunicję lub wojskowy ekwipunek z wojskowej fabryki w Mednej, która w celu uniknięcia zbombardowania została zakamuflowana płótnami. Wielu z nich pozdrawia przechodniów trzema palcami. Wojsko między sobą obowiązkowo wita się w taki sposób. I pomimo tego, że bombardowanie trwa od ponad miesiąca, widoczny jest jakiś, prawdopodobnie niezdrowy, zapał - chyba związany z naszymi akcjami prowadzonymi w Kosowie, skąd przychodzą mętne i mroczne wiadomości.

Te działania są rozumiane głównie jako kontynuacja dziewiętnastowiecznych wysiłków Serbii, żeby wypędzić obcoplemiennych ze starych serbskich ziem. Wielu mówi, że Slobodan Milošević pozostaje w jakimś porozumieniu z Amerykanami, jak gdyby ta rozróba miała trwać aż do czasu, dopóki nie „sprzątniemy” z Kosowa Sziptarów czyli Albańczyków. Jedna nauczycielka powiedziała mi, ku mojemu przerażeniu, parę dni wcześniej przed samoobsługowym sklepem, aby nie mówić nikomu, że pobiliśmy się z rogatymi. Powiedziała:

- Czy myślisz naprawdę, że to jest prawdziwa wojna? Wszystko jest uzgodnione z Clintonem! Zabijamy Sziptarów jak muchy! Piece w Trepcza dzień i noc połykają trupy!

Po przybyciu na miejsce powiedziano mi, że miejsce zbiórki znajduje się w pobliżu sąsiedniej wioski. Na samym skrzyżowaniu do tej osady zobaczyłem porucznika Slavka Živića, rezerwistę, mojego dowódcę z licznych ćwiczeń wojskowych. Živić jest trzydziestolatkiem o chłopięcej twarzy. Zupełnie nie wygląda na kogoś, kto mógłby wydawać rozkazy, i to jest jego podstawową zaletą: rezerwiści akceptują go jak „swojego”. Wydaje się, że nie szanują go. Żartują z nim (czasami i ostro), ale wykonują to, co muszą. Dobry jest taki przełożony, na którego rozkaz wojsko bez nadmiernego szemrania wykona swoje zadanie. Živić umie to osiągnąć.  Zabraliśmy go i on od razu z kieszeni wyciągnął listę, czytając na niej moje imię:

- Ty jesteś w moim oddziale. Wszystkich nas znowu powołali.

To „znowu” zabrzmiało sarkastycznie i oskarżająco. Naszą jednostkę powoływali na ćwiczenia prawie każdego roku. Przeszła ona przez Vukovarskie pole bitwy, tam dobrze się  wykazała i dlatego też nie chcieli jej zmieniać. Mnie do tej jednostki przekomenderowali po wojnie w Zachodnim Sremie, zamiast jednego radiotelegrafisty, który w międzyczasie opuścił kraj. Wojskowy urzędnik, który mnie w niej umieścił, oczywiście, nie martwił się za bardzo o poezję.

Na końcu jednego z zakrętów zobaczyłem Milana Brku, czterdziestoczterolatka. Trzymał straż obok pola kukurydzy. Już wyłysiał, ale państwo sobie o nim często przy takich okazjach przypominało. Nie da rady bez niego.

Trochę później spotykamy wąsacza w średnim wieku, może być czterdziestolatkiem, z siwym pasmem nad czołem. Zatrzymujemy się, żeby i jego zabrać.
W niedokończonym domu, w samym centrum wsi widać około 30 rezerwistów, którzy czekają na zbiórkę. Wyszedłem z samochodu, wyjąłem swój worek z bagażem i zameldowałem się do kapitana rezerwy Bubonje. Wyciągnięty, szczupły, prosty jak igła, prawdziwy manekin, siedzi za montażowym stolikiem w większym nietynkowanym pokoju i wpisuje przychodzących, których dzisiaj z rana jest kilku.

Po lewej od niego - radio, po prawej półpusta butelka rakiji i rondelek do kawy, w którym paruje gorący napój.

Wpisał mnie i tego z wąsami, którego dowieźliśmy. Powiedział, żebyśmy poczekali, za domem. Ustawił w szeregu całą baterię, przydzielając nam zadania według planu dziennego. Zadania nie są Bóg wie jakie ─ czyszczenie broni i trzymanie straży. Usłyszawszy to, odczułem ulgę. Wszystko wydaje mi się takie normalne, nawet spokojne. Nigdzie Turków ani Szwabów, tylko z góry spadają bomby, przeciw którym, w końcu, niewiele możemy zrobić. Tutaj będziemy najwyżej czyścić broń i trzymać straż od dwóch do trzech miesięcy, dopóki wojna się nie skończy…

Tak nawet słyszałem od pewnych zmobilizowanych przyjaciół, że się tak dokładnie robi w Grosznicy, Jaruszicach, Desimirovacu, że „gęściej” jest  tylko w jednostkach obrony przeciwlotniczej, które muszą uważać, żeby ich nie wykryto. Ale, piechota i artyleria, a ja jestem właśnie radiotelegrafistą przy artylerii, mniej-więcej nie mają co robić poza leżakowaniem, czekając na interwencję lądową, której prawdopodobnie nie będzie i modlić się do Boga, żeby tylko tomahawk nie spadł im na głowę.

Być zmobilizowany tutaj, w pobliżu rodzinnego miasta ─ nie wydawało mi się aż tak strasznym. Przeciwnie.

- Idź, tatuś - powiedziałem ojcu, któremu tam, obok samochodu, ciekły łzy. Zresztą on sam stwierdził, że tutaj nie ma więcej czego szukać. Pożegnał się ze mną i poszedł.

Czekając na zakończenie zbiórki, zacząłem rozmowę z wąsatym, którego przywieźliśmy. Dopiero wówczas zauważyłem, że jest on niespokojny i że się trzęsie. Trzęsie się na całym ciele, jakby miał gorączkę.

- Co z tobą? - zapytałem.

Zęby mu szczękały, jakby były ze szkła.

- Czy wiesz, że za dwa dni ruszamy na Kosowo? - zapytał mnie.

Na chwilę mnie to zmroziło. Od razu wszystko zaczęło wyglądać inaczej i cały film mojego życia, a szczególnie ostatnich paru miesięcy, przelatuje mi przez głowę. Gdzie się pomyliłem?

Jego niepewność nieuchronnie przechodzi na mnie. Nie pozwoliłem, żeby to było widać.

- Jeżeli jest tak - wymamrotałem -  to jesteśmy pogrzebani.
- Nie ma tutaj jeżeli. Wiem z pierwszej ręki. Powiedział mi jeden major. Zbierają nas na drogę na Kosowo.

Nic nie odpowiedziałem. Słowo „Kosowo” dla mnie dużo znaczy. Wiele moich wierszy mówi o kosowskich klasztorach. Prawdę mówiąc nie chciało mi się tam jechać. Raczej wolałbym, abym, jeżeli tak musi być, zginął gdzieś tutaj, blisko rodzinnego regionu, który mi się nagle okazał piękniejszym, niż kiedykolwiek dotąd.

- Ja mam wrzód na dwunastnicy - powiedział wąsaty. - Poprośmy razem o badania lekarskie.

Przemilczałem. Ten okropny rok zaczął się śmiercią teściowej, następnie chorobą ojca, potem straciłem pracę i zaraz po tym powołali mnie do armii. Teraz czeka mnie podróż w nieznane. Z fali przemęczenia, które być może następuje po trudnych momentach w życiu, zrobiło mi się niedobrze.

Biadolenie mojego rozmówcy zaczęło mi działać na nerwy. Podpisałem to przeklęte powołanie i nie chciałem się już cofać.

- Jeżeli jesteś chory – powiedziałem -  to idź na badania. Ja nie chcę.

On się zakłopotał, być może dlatego, że myślał, że go łatwiej zwolnią jeżeli poprosimy razem:

- Czy ty nie rozumiesz, człowieku? Na Kosowie giną jak muchy. Do urzędu w Kragujewcu codziennie przychodzą zamrażarki z zabitym wojskiem! Ale tego się nie przekazuje w mediach. Szukajmy ratunku póki jest czas!

Nie odpowiedziałem. Myślałem, że jego opinia to jego prywatna sprawa. Ale już się zdecydowałem, że wytrzymam, co trzeba wytrzymać, do końca i więcej nic mu nie miałem do powiedzenia. Dlatego więc zezłościł się i zamilkł? Jakim prawem się zezłościł? Dlatego, że nie chciałem razem z nim uciekać? Dziwna jest natura człowieka.

Kiedy po wpisaniu swoich danych, powiedział do kapitana Bubonji, że jest chory, kapitan, ku memu zaskoczeniu łatwo go puścił:

- To co ja mogę zrobić, to odesłać cię na badania lekarskie. Sanitariusze przychodzą za godzinę. Jeżeli od nich zażądasz skierowania do specjalisty, oni wyślą cię do VMA (Wojennej Medycznej Akademii) do Belgradu. Komisyjnych badań tutaj w Kragujewcu nie ma. Trzeba jechać do Belgradu.

To, że będzie musiał jechać do Belgradu dla wąsatego nie przedstawiało żadnego problemu. Może i do Belgradu, tylko nie na Kosowo! Po jakiejś pół godzinie, cały szczęśliwy, wszedł do sanitarnego vana i więcej go nie widziałem.

Mój komendant jednostki, porucznik Živić, skierował mnie do „służby intendenckiej”- jeżeli służbą można pobyt z moim sąsiadem Vladan z Erdoglije i Pera Galjak, Bresniczanin, którzy pracowali w dziale wyposażenia. Magazyn też był podobny do „służby” - pokój obok z ziemią na podłodze w niedokończonym domu. Do jednego namiotowego skrzydła rzucili mi naoliwiony karabin maszynowy, nóż, dwie kołdry, menażkę, bandolier z czterema magazynkami i jeszcze jakieś drobiazgi, które ledwo zawiązane zabrałem ze sobą, razem ze swoim i tak napchanym workiem transportowym. To wszystko pociągnąłem jakieś trzysta metrów - do drugiego niedokończonego domu, który będzie moim nowym domem przez następne cztery dni.

Wnętrze domu było wypchane kołdrami, które służyły jako leżaki. Budynek miał trzy pokoje. W jednym, zamkniętym, na trzech łóżkach spali oficerowie rezerwy. My, zwykłe wojsko, mieliśmy spać na betonie. Dostaliśmy jednak po dwie kołdry, ale to jest słaba ochrona na lodowate kwietniowe noce. Od drugiej do piątej z rana, pod kołdrą mróz przenika do kości. Dlatego ludzie radzili sobie jak kto umiał. Niektórzy jakby wiedzieli, co ich czeka, więc z domu przywieźli gąbki i nadmuchiwane materace. Inni wcześniej mieli wydane śpiwory, ale większość położyła pod kołdrami szersze deski i spała na nich. Niestety, nawet tych desek nie było więcej, więc, pod jakimś gruzem wykopałem dwie-trzy zakurzone listwy i od razu je schowałem w rogu, za naskładanymi cegłami, żeby ich ktoś nie zobaczył i nie ukradł. Do wczoraj mój domowy tapczan wydawał mi się twardy i myślałem zmienić go latem na francuskie łóżko, a teraz się martwię, żeby mi ktoś nie ukradł listewek, które chciałem podłożyć pod plecy. Nawet myślałem, żeby położyć pod kołdrami, i listewki, i jedną warstwę cegieł, bo są one lepsze dla nerek od lodowatego betonu.

Mimo wszystko, i tak miejsca do spania więcej nie było. Okazało się, że w tym domu nocowały ze dwa oddziały wojska, które się tutaj gromadziły od wczoraj. Z racji tego, że przychodziło nas więcej i więcej, jeden oddział musiał się wyprowadzić. Mój oddział został, co oznaczało, że na wieczór, jakkolwiek będzie, ma miejsce, a jeżeli dopisze mi szczęście, zostaną mi nie tylko listwy, a nawet, kto wie, może i parę desek.

Porucznik Živić powiedział, żebym swoje rzeczy odłożył pod ścianę, a naoliwiony karabin i bandolier przyniósł do „linii”, na końcu sadu ze śliwkami, gdzie znajdował się już mój oddział. Zadanie brzmiało: - wyczyścić karabin i nóż. Broń się naoliwia, żeby zapobiec korozji od długiego leżenia w skrzynkach.

Na końcu sadu śliwkowego rozpoznaję starych znajomych z ćwiczeń: Popa, Lesznjaka, Živorada i Mareta. Między nimi był też i Zoka, którego do tej pory nie znałem. Wkrótce do nas dołączył z warty Milan Brka.

Mówiliśmy o wyczynie, którego wczoraj dokonał Zoka. Około południa napił się rakiji i piwa, a potem z karabinem zaczął się toczyć po trawie i udawał jakby chciał strzelać (chociaż karabin był pusty, ponieważ nie dostaliśmy bojowych pocisków), i tak przestraszył jakichś wieśniaków, którzy wędrowali dróżką. Przeklinał Amerykanów, Miloševića, Tito i nie wiadomo kogo jeszcze, a potem zaczął biegać wokół domu krzycząc: „Zwyciężymy! Zwyciężymy!” Na końcu, po zapadnięciu zmroku zaczął śpiewać pieśń „Po lasach i górach naszej dumnej ojczyzny” i wrócił do domu, do Erdecz, gdzie natychmiast zasnął. Z rana się obudził i wrócił do jednostki. To, co zrobił, mogłoby się łatwo zakwalifikować jako przestępstwo „samowolnego oddalenia się od jednostki”, czym naprawdę i było. Ale ponieważ przygotowywali nas do wyjścia z Kragujewca potrzebny był im każdy człowiek, kapitan Bubonja stwierdził, że tym razem wojsko przymknie oko na to, co zrobił, ale jeżeli to powtórzy się jeszcze raz, czeka go więzienie.

Teraz wszyscy kpią z Zoka, a najwięcej, niezłośliwie zresztą, jego sąsiad Živorad, dobroduszny cygan z Erdecza.

- Odsłużyłeś służbę. Możesz iść do domu. Wczoraj zwyciężyłeś, ostatniej nocy skoczyłeś na kokoszkę, a teraz przyjechałeś, żeby świętować zwycięstwo… - Živorad żartował z niego, a Zoka się nie gniewał, tylko drapał po głowie.

Nie jest mu łatwo. Ma dwoje dzieci, dwie córeczki, z których jedna jest ciężko chora. Na jej chorobę nie ma lekarstwa w kraju, musi się leczyć za granicą, a on, jako ojciec, nie może jej pomóc. Pracuje w „Zastavie” i dostaje minimalnie wynagrodzenie.

Możliwe, że dlatego oficerowie popatrzyli na niego przez palce.

- Gdyby była sprawiedliwość, nie powinienem być tutaj - mówi do mnie. - Moja żona nie da rady sama się opiekować chorą córką.
- Czy ona pracuje? - pytam.
- Nie pracuje, ale nie jest w stanie sama poradzić sobie z dwójką dzieci. Ja o tym najlepiej wiem. Chore dziecko przyzwyczaiło się do mnie, i cały czas mnie potrzebuje.

Czuło się jakieś zranienie w tym człowieku - uczucie obecne prawie we wszystkich zmobilizowanych Kragujewczanach.

Większość z nich myślała, że „nie powinna być tutaj”. To można było wyczytać z ich zamyślonych twarzy, które najczęściej szukały zapomnienia w piciu. Zoka, pomimo że był naszym przyjacielem, był trochę nieakceptowany. Nikt go nie oskarżał za ucieczkę. Wszystkim w głębi duszy podobało się to, że sprawił problem oficerom, o których żołnierze byli zazdrośni, ponieważ oficerskie wynagrodzenia i dniówki były o 50 dinarów większe od żołnierskich. Pomimo wszystko, Zoka oprócz mnie, jedyny z tej jednostki, nie był na Vukovarze. Podczas, gdy ja dostosowałem się na wielorocznych ćwiczeniach w naszym oddziale, on był absolutnym nowicjuszem. Wyglądało na to, że wrzucono go później, zamiast kogoś, kto prawdopodobnie zapłacił 500 marek „tam gdzie trzeba”.

Więcej go nie dopytywałem o domowe sprawy, ale zrozumiałem, że miejsce dla tego człowieka było nie tu, ale w rodzinie, która bez niego prawdopodobnie nie jest w stanie funkcjonować. Ludzie, którzy mają ciężko chore dzieci nie powinni być mobilizowani. Nie tylko oficerowie, ale nawet moi przyjaciele w większości tak nie myśleli.

- My wszyscy mamy jakiś problem - powiedział któryś, kiedy Zoka oddalił się. - Ale nie robimy gówna.

Nie skomentowałem tego. Spróbowałem naftą wyczyścić za bardzo nasmarowany karabin. Od razu zapamiętałem jego numer - 420492. Kiedy go wyczyściłem, to dobrze go naoliwiłem, żeby był gotowy do ewentualnego użycia.

Na „linii” nie spędziliśmy więcej niż dziesięć minut. W momencie, kiedy zobaczyliśmy, że nikogo ze starszyzny nie ma na widoku, wróciliśmy do naszego nowego domu, porzucaliśmy karabiny po kątach i usiedliśmy na cegły i pustaki obok progu. Ktoś przyniósł dwie-trzy deski i zrobiliśmy improwizowane ławeczki. Od razu zaczęła krążyć butelka rakiji, a niedługo potem okrążyły nas dzieci, które spod oka patrzyły na nasze karabiny. Zaczęli przychodzić również wieśniacy. Zaczęła się rozmowa pełna sprośnych żartów, jak to zwykle bywa, kiedy zgromadzi się wojsko. Popatrzyłem wokół siebie, żeby zapamiętać twarze i zacząłem słuchać o czym się mówi.   

Z serbskiego przełożyła Barbara Vujčić

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież