Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (5)

Spis treści


2 lipca. Chyba po rzucie karnym Kuby Błaszczykowskiego wszystko wróci do normy, przygoda z piłką naszej reprezentacji na Euro 2016 zakończona. Teraz dopiero widać, jak okrutnym sportem jest piłka nożna: jeden nieudany strzał ulubieńca publiczności  zadecydował o przerwaniu spektaklu wprowadzającego w euforię miliony kibiców (?). A przecież wszystko zapowiadało się świetnie: wbrew wcześniejszym tradycjom wygraliśmy pierwszy mecz, na koniec eliminacji grupowych nie musieliśmy grać o honor, a i mecz z Portugalią zapowiadał się dobrze. Dopiero te karne... Ale przyczyna leży gdzie indziej: słabe finansowo kluby, z których najlepsi piłkarze wyjeżdżają za granicę i dopiero tam nabywają umiejętności potrzebnych w rozgrywkach na najwyższym poziomie. Dlatego w europejskich pucharach nie mamy sukcesów. Ze słabości klubów bierze się styl gry; nie atakować, tylko bronić się, Ale to może nasza cecha narodowa?

W tym całym piłkarskim szaleństwie skutek mnie zaskoczył: zadowolenie z uzyskanego wyniku. Może nareszcie zaczniemy cieszyć się z tego, co możemy uzyskać, a nie marzyć o potędze, panowaniu na Międzymorzu i innych mrzonkach, powodujących narodowe frustracje? Może wad zaczniemy szukać u siebie, a nie winić za nie innych?  E, chyba to za duże wymagania.


Wtorek, 5 lipca. Godzina 7:00. Dlaczego podaję godzinę, którą wskazuje zegar, gdy powstają zapiski? Wróciłem właśnie ze spaceru do kiosku z gazetami, a w drodze powrotnej kilka minut truchtania; po ustrońskiej promenadzie. Taki ranny spacer, gdy na ulicach i plaży jeszcze nie kłębią się tłumy, pozwala choć na chwilę cieszyć się urokami lata. Potem zrobi się tłok, handlarze wystawią swoje towary; (warzywa i owoce, breloczki i lusterka, obrazki i muszelki, dżinsy i stringi, chińskie zabawki jednorazowego użytku w cenie 5 złotych za każdą, a jeszcze staniki, kapelusze i setki rzeczy całkiem nikomu niepotrzebnych, które jednak się kupuje, bo taki zwyczaj. A wszystko to w budach z płyty budowlanej, co wygląda okropnie. I reklamy, banery, łomot muzyki, szum samochodów. W kodeksie drogowym jest pojęcie obszar zabudowany. To nasze miejscowości nadmorskie: buda przy budzie, na noc przykryte plandeką. Ohyda!

Podczas spaceru mijam grupki starszych ludzi, którzy też wybrali się na spacer. Zauważyłem, że ludzi w podeszłym wieku jest w lecie coraz więcej. Starzejemy się? Żyjemy dłużej? A może młodzi wyjechali za pracą? Statystyki mówią, że co piąty Polak jest seniorem; i to widać na ulicach. A najgorsze, że ja już jestem w tej grupie. Pewien bardzo mądry zakonnik- filozof dzielił życie na różne okresy, a to wszystko co po osiemdziesiątce się pojawia nazwał początkiem wieczności. Filozof, psia krew!

Na promenadzie jedyny pracujący o tej porze mieszkaniec Ustronia, ozdoba  wczasowiska: Kuba. Teraz pilnuje interesu ; szalet to dobry sposób na letni zarobek. Po dwóch miesiącach Kuba pójdzie na zasiłek. Słusznie, nie po to się żyje, żeby pracować. Podchodzi jakiś gość i pyta: - Można skorzystać z PISuaru? Na to Kuba: - Tylko bez polityki.


Poniedziałek, 11 lipca. W dzisiejszym Przeglądzie fragmenty opowiadania Stanisława Srokowskiego z tomu Nienawiść. Ta publikacja nawiązuje do rocznicy Rzezi Wołyńskiej, tragicznych wydarzeń na Ukrainie w latach ostatniej wojny.. Stosunek do tego mordu na Polakach ciągle jest niejednoznaczny. Ci co przeżyli żyją z traumą po dzień dzisiejszy, pamięć o zamordowanych tak bestialsko i okrutnie jest żywa w rodzinach zabitych. Ale wśród polityków a także historyków ciągle nie ma jasnych, obiektywnych ocen. Przegląd jest jednym z nielicznych tygodników, które od dawna problem nazywają po imieniu, starając się obok tragedii widzieć także kontekst historyczny, wszystkie uwarunkowania, wpływające na rozmiary ludobójstwa. Moje zainteresowania tym problemem wynikają z dwóch powodów: I. i jej rodzina pochodzą z Krzemieńca, a jej dziadek miał pod Krzemieńcem ziemię; sad, pasiekę na Trzech Kopcach. W czasie rzezi I. cudem uniknęła śmierci, chociaż Ukrainiec trzymając ją za nóżki groził roztrzaskaniem o mur, jeśli babcia nie wyjawi, gdzie są mężczyźni. A oni, uprzedzeni przez sąsiadów, też Ukraińców, ukryli się wcześniej w zbożu. Potem wszyscy schronili się w mieście  i tak doczekali końca wojny. A z majątku na Trzech Kopcach nie zostało nic, nawet sad został wyrąbany, żeby śladu nie zostało po Lachach. Drugi powód tych zapisków to postać autora opowiadania Stanisława Srokowskiego.  Poznałem go w ustrońskiej bibliotece, na promocji powieści "Samotność", wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008). Podobał mi się język tej powieści, jakże inny od prostoty i surowości języka zbioru opowiadań "Nienawiść". Ale tematyka opowiadań była tak przejmująca, a okropieństwa o których mowa robiły takie wrażenie, że autor nie musiał silić się na żadne zabiegi stylistyczne lub kompozycyjne. Znajomość nasza zaowocowała wymianą kilku listów, ale potem urwała się, czego żałuję.


Czwartek 14 lipca, wieczór. Wróciłem właśnie ze spotkania naszej grupy i  czytam ponownie najnowszy wiersz, który przyniosła Emanuela C. Potem sięgam po inne, jeszcze nie drukowane wiersze tej autorki, która ciągle odkłada debiut książkowy, chociaż jest już obecna w pismach literackich. Szkoda, bo mnie się zdaje, że Em. jest nareszcie pewna swych umiejętności i drogi, którą chce podążać. A jest to droga, na której ułożyły się obok siebie dwie konieczności: rejestracji i opisu oraz refleksji i analizy osobistego doświadczenia.

Rejestrowanie fragmentów rzeczywistości; ludzi, rzeczy, zdarzeń; w twórczości poetyckiej jest czymś zwyczajnym. Szczególnie współcześni autorzy upodobali sobie konkret; opisany precyzyjnie utwierdza nas w przekonaniu, że istniejemy w świecie realnym i możemy to potwierdzić osobistym doświadczeniem. Tu jednak nasuwa się pytanie, czemu służy  owo nazywanie. Przypatrzmy się fragmentowi wiersza Roberta Adamczaka "Awaria"; z tomu "Wiersze sześciu obrotów":

"Krany od wczoraj są jak porzucone na piasku ryby./ Dzisiaj kończą kopać, bo widać jedynie żelazne/ końce łopat i odrzucaną ziemię, przy której facet z czarną teczką zerka w dół,/ unosząc głowę tylko wtedy, gdy niektórzy z lokatorów zaczepiają go/ pytając".

Jest to przykład; robienia wiersza z wszystkiego, nadawanie okruchom codziennej rzeczywistości poetyckich walorów; ma to miejsce także w innych rodzajach sztuki, bo taką samą rolę pełni, np. muszla klozetowa postawiona na postumencie w galerii rzeźby, jak wyżej wymienione akcesoria w wierszu o awarii wodociągowej. Ale Emanuela C. nie idzie tym tropem. Realność świata poddaje w wątpliwość, bo jak inaczej odczytać takie wersy:

"gdy szłam po mojej lewej ręce świat chylił się ku końcowi / w prawej trzymałam kurczowo torebkę zrobioną  ponoć ze skóry / w środku na nic martwego nie natrafiłam z wyjątkiem zdjęcia do paszportu / nosiłam je na wszelki wypadek gdyby trzeba było udowodnić że tylko prawda ma znaczenie".

W tak niewielkim szkicu nie wypada mnożyć przykładów, ale już widać, że autorka nie wchodzi w rolę sprawozdawcy, zresztą inne wiersze z tomu przygotowywanego do druku potwierdzają jej sposób postrzegania rzeczywistości: rekwizyty tworzące otaczający nas świat mają swoją oczywistą  rolę i kształt, ale także niosą w sobie tajemnicę, nieprzewidywalność, magię.

Rejestrując poczynione obserwacje, Emanuela C. zapisuje także rozmowy, podkreślając tym samym autentyczność spostrzeżeń. Ich język, chwilami brutalny, kontrastuje z refleksjami dotyczącymi relacji międzyludzkich, tęsknotą za wartościami które ponowoczesność wystawia na próbę.

"dochodziła mnie rozmowa dwóch chłopaków jeden mówił że jego kobieta jest dziwna/ bo gdy on idzie naprawiać samochód ona mu mówi, że go kocha i weź tu, kurwa, zrozum/ wytłumacz a drugi nic nie mówi bo jego znów jest w ciąży i trzeba będzie teraz ostro zapierdalać aby/ to wszystko przy życiu utrzymać/ nie wiedziałam czy chodziło mu o człowieka czy może o miłość".

Jak powiedziano wcześniej, poezji Em. towarzyszy także potrzeba refleksji. Jedną z nich jest konstatacja, że w opisanym świecie musimy jednak się odnaleźć, uczestniczyć. Dlatego wiersz "napływ" kończy się zwrotem: "byłam tłumem, jestem jedną z nich". Tu podmiot liryczny przekonuje się o umowności, powierzchowności i nietrwałości międzyludzkich relacji. Są one powierzchowne, układane bez przekonania i wiary w sens. Jakby istniały p o n i c.

"był środek lata a ja patrzyłam jak odchodziłeś między wierszami wymykałeś / mi się z rąk choć wcale nie byłam na to gotowa wychylałam głowę wspinałam na/ palce czułam lepkość rosy na obu policzkach".

Niecierpliwie czekam na ukazanie się debiutanckiego tomu autorki, żeby móc o nim napisać więcej.


Poniedziałek, 18 lipca. Kołobrzescy radni podjęli uchwałę o nadaniu Galerii Sztuki Współczesnej imienia Adeli i Jerzego Ściesińskich. Decyzja ze wszech miar słuszna: małżeństwo Sciesińskich, jak mało kto, wniosło ogromny wkład w tworzenie i upowszechnianie kultury plastycznej wśród kołobrzeskiej społeczności, a placówki w których pracowali; PDK przy ul. Solnej i GSW na Placu Ratuszowym uzyskały wysoką rangę w polskim świecie artystycznym.

Oboje byli absolwentami Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Bydgoszczy. Przyjechali do Kołobrzegu pod koniec lat pięćdziesiątych, aby podjąć pracę w placówkach, które wtedy jeszcze nie istniały! Był z nimi także Kazimierz Cebula, również absolwent bydgoskiego PLTP. Od nich zaczyna się tworzenie kołobrzeskiego środowiska plastycznego i galerii, znanej dziś w kraju. Ala zajmowała się ruchem amatorskim w PDK, Jurek był znakomitym akwarelistą, ale ja go cenię za to, że do Kołobrzegu sprowadzał obrazy autorów współczesnych i ich samych, a w ten sposób mogliśmy poznać tych najwybitniejszych grafików, rzeźbiarzy i malarzy, których poznać było warto. Ich nazwiska, rozmowy, obrazy pozwoliły mi na gruntowne poznanie tego, co działo się w sztukach plastycznych w ostatnich pięćdziesięciu latach (bo poziom Galerii utrzymuje obecny dyr. Dariusz Kaleta). Natomiast Kazik Cebula był przede wszystkim malarzem, ale także długoletnim prezesem koszalińsko-słupskiego oddziału ZPAP. W ostatnich latach życia mieszkał w Ustce i tam jest pochowany.


Niedziela, 24 lipca. Przed wyjściem na plażę długie rozmowy ze Stefanem Pastuszewskim i jego przesympatyczną żoną Dorotą. Zadziwiające, że mój rozmówca i ja mamy tak różne poglądy na wiele spraw, odmienne doświadczenia życiowe, a jednak rozmawia się nam dobrze, rozumiemy się, szanując swoje racje. Różnimy się tylko przy parzeniu kawy; każdemu z nas wydaje się, że to nie na niego wypada kolejka "zaparzacza". Na szczęście jest pani Dorota, która nas godzi, przygotowując "małą czarną"; (z cukrem!). Sebastian, ukochany wnuk dziadka, nudzi się przy tych rozmowach; jeszcze rok-dwa i wakacje będzie spędzał z kolegami, ale takie są koleje życia. Mimo urlopu pan Stefan pracuje. Podziwiam jego umiejętność wykorzystania każdej chwili na pisanie, korekty itp. Czasem wydaje mi się, że on cały czas pracuje; myśli, pisze, poprawia, telefonuje; a nawet na spacerze jest nieobecny duchem, bo zaraz po powrocie kontynuuje to, co musiał przerwać, wychodząc na plażę. W tej sytuacji cała organizacja dnia pozostaje na głowie p. Doroty: dwa psy, posiłki, pilnowanie ubioru "swoich mężczyzn", sprzątanie po nich. I jeszcze ma czas na samotne, wieczorne spacery! Cudowna kobieta.


Środa, 27 lipca. Coraz bardziej widać, jak media i ludzie nimi zarządzający kształtują "masową wyobraźnię", zaludniają ją wybranymi przez siebie tematami, zdarzeniami, ludźmi. Ledwo minęła gorączka "piłkarska", a już zaczęła się fascynacja warszawskimi obradami NATO, by dojść do całodziennego i nocnego komentowania, cytowania i dyskutowania o tym, gdzie był, co jadł i co mówił papież Franciszek. Oczywiście wszystkie te wydarzenia miały inny charakter i pod wieloma względami nie dają się porównać, ale można z ich obserwacji wysnuć kilka ciekawych wniosków. Pierwszy z nich to nagle ujawniona wśród Polaków potrzeba przynależności.

Po zwycięskim meczu polskiej jedenastki z klubu wyskoczyła grupa podnieconych  kibiców, którzy wołali wygraliśmy! Kiedy zapytałem: Kto, my? patrzyli na mnie jak na nie-Polaka. A przecież komentatorzy sportowi, dziennikarze wszystkich gazet wmówili im (nam?) że to myśmy wygrali, bo "wszyscy Polacy to jedna rodzina". Podobnie było w czasie obrad przywódców państw członkowskich NATO; znów myśmy wygrali, uzyskaliśmy najwięcej, staliśmy się równoprawnym członkiem itd. Widać, z jaką łatwością politycy i ich media zagospodarowali potrzebę wspólnoty, która nagle ujawniła się w naszym społeczeństwie i dostarczyli nam powodów do dumy, radości z uzyskanych sukcesów. A swoją drogą nie wyobrażam sobie wspólnoty tak bardzo podzielonego społeczeństwa w chwilach próby, gdy jedność może być naprawdę potrzebna. Skin wykonujący rozkazy przełożonych,  facet w dresie, obok drugi z czubem na łbie odgruzowujący Warszawę? A Schetyna i Kaczyński  rozmawiający przy jednym stole? No cóż, cuda się zdarzają. Szczególnie, gdy obok stoi następca św. Piotra.

Zawsze wydawało mi się, że katolicy uważają papieża za nieomylnego w sprawach wiary. Ale nie Polacy! Każde słowa papieskie interpretują po swojemu, a niektórzy nie zgadzają się z wszystkim, co Franciszek głosi na spotkaniach. Chyba, że to ateusze "najnowszego sortu", którzy dotąd  byli katolikami i naukę Kościoła przyjmowali w całości, a nie tylko to z niej, co jest im wygodne.

Niestety, wszystkie objawy jedności, zgody i dumy trwają u nas krótko. Potem ; według danych z badań zewnętrznych; jesteśmy społeczeństwem najbardziej skłóconym i narodem, którego członkowie nie ufają instytucjom, sąsiadom, nawet najbliższym sobie ludziom. Na taki fatalny obraz pracujemy wszyscy: politycy, media, koledzy z pracy, sąsiedzi. Indywidualizm, egoizm, nieumiejętność pracy zespołowej; i ta polska bezinteresowna zawiść... A przecież rozwój państwa, a więc nas wszystkich nie jest możliwy bez wspólnych działań, także w dobie globalizacji żadne państwo europejskie samodzielnie nie ma szans na trwałe sukcesy. I tego musimy się uczyć, jeśli chcemy przetrwać jako państwo o europejskiej tożsamości.


Sobota, 30 lipca. Prowadzę "zapiski"; już dość długo i widzę, że  nie będzie to dzieło na miarę "pieśni bohaterskich", także nie będzie to kronika moich czasów. Ale nie kończę pisania, poczekam co ze mnie wyniknie. Mówi się, że na początku było słowo. Niech i tak będzie, ale ktoś to słowo wypowiedział, żeby zaistniało, albo; zanim wypowiedział - przynajmniej pomyślał, nadał sens. Przecież nie była to Nicość. Teraz autorem słów tu zapisanych jestem ja. Ale tyle słów już istnieje w słownikach, że niewiele można dodać, i tyle rzeczy już zostało nazwanych, tyle smaków, zapachów, planet we wszechświecie opisanych słowami; zapach gnoju na wiosnę, lawendy w ogrodzie, końskiej uryny na postoju dorożek. Jest jeszcze smak morza idący ku mnie. Co można dodać od siebie?

Jest lato, garść os kołuje nad straganem z owocami. W upale toczy się tęga, ospała nuda. Po niej idzie drobnym krokiem skromnie ubrana kobieta z trójką dzieci. Patrzą na dorodne jabłka, najmłodszy wyciąga rękę. Kobieta jednak owoce wybiera sama i podaje każdemu. Potem mozolnie szuka w kieszeni, liczy monety, odbiera najstarszemu owoc i oddaje straganiarce. Płaci i odchodzi, nie patrząc, jak sprzedawczyni wtyka jednak jabłko najstarszemu, ale  ten kręci przecząco głową i dołącza do reszty. Upał staje się nie do wytrzymania. Na czarnym tiszercie chłopca napis: "Jezus cię kocha". To pamiątka ze Światowych Dni Młodzieży?


Czwartek, 4 sierpnia, popołudnie. Rozwój - magiczne słowo, które towarzyszyło mi przez całe życie. Ileż ono miało definicji! Zawsze jednak kojarzyło się z postępem, było procesem przemian społecznych i wyższym stopniem organizacji pracy grup, społeczeństw, całych państw. Przyzwyczaiłem się, że postęp, rozwój to zmiany na lepsze; w gospodarce, nauce i technice oraz w życiu każdego z nas; doświadczałem na własnym przykładzie awansu, coraz lepszych warunków życia, większego poczucia bezpieczeństwa. Dzisiejsze pokolenia młodych ludzi; moich synów i ich dzieci; takiego komfortu już nie ma. Nowe maszyny i urządzenia w fabryce zapowiadają zwolnienia. Ludziom towarzyszy coraz większa niepewność, obawa przed nieznanym. Oczywiście nie należy generalizować, są ludzie, którzy w tych warunkach potrafią się odnaleźć, bogacić się,  badania rynków pokazują, że po kryzysie finansowym w USA w 2008 roku 95 procent dochodu przywłaszczył sobie 1 procent ludności!  A wszystko zgodnie z prawem! Zresztą państwa nie panują nad międzynarodowym kapitałem, korporacjami, a politycy nie są w stanie zrealizować obietnic, z którymi szli do wyborów. Jest na to rada? Może jednak lepiej zaparzę sobie kawę, to zbyt poważny temat na niepoważne "zapiski". Mam tylko nadzieję, że poważne zmiany cywilizacyjne; nie tylko w sferze nauki, techniki, ale przede wszystkim w nowej organizacji społeczeństw, bo to jest najpilniejsze; odbędą się w miarę spokojnie, bezboleśnie. Chociaż w przeszłości niestety, nigdy tak nie bywało.


Wtorek, 16 sierpnia. Opowiadał mi mój syn, dziennikarz o tym, że w latach dziewięćdziesiątych był w Londynie świadkiem rozmowy przy kawie pewnego warszawskiego profesora (nazwijmy go prof. S.) z dwoma panami wysokich, arystokratycznych rodów (oznaczmy ich literami Cz.  P.) mieszkającymi na emigracji. Rozmowa dotyczyła przeszłości ich rodów i zasług przodków dla Rzeczpospolitej. Ponieważ obaj panowie licytowali się coraz zapalczywiej i zaciekle stawali w obronie niektórych zachowań szlachetnych ponoć protoplastów, prof. S włączył się do dyskusji i zacytował dokument z XVII wieku, w którym zapisano, że J.W. Pan Cz. pokłóciwszy się z J.W. Panem P. zebrał całą służbę pałacową i wszystkim kucharkom, lokajom i innym fornalom nadał nazwiska i imiona, które nosił jego adwersarz oraz jego żona. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Po kilku tygodniach, na polowaniu J.W. Pan P. wszystkim chłopom, którzy naganiali zwierzynę, psiarkom i gajowym, a także ich psom nadał nazwisko i imiona swego wroga. Fakt ten został także odnotowany w stosownym dokumencie, którego nazwę, datę powstania i miejsce archiwum, w którym jest przechowywany, prof. S. podał dokładnie. Po tym wykładzie profesora przy stole zapanowała cisza.

Dlaczego wspominam to z pozoru anegdotyczne zdarzenie? Złości mnie bowiem coś, co nazywa się polityką historyczną, a jest w istocie zakłamaniem, albo w najlepszym razie omijaniem niewygodnych faktów. Wiemy przecież, że tzw. "herbowych" w dawnej Polsce było 8; 12 procent. Dzisiaj tych, których przodkami byli mieszczanie i chłopi jest niewielu, przynajmniej niewielu chce się do tego przyznać. A przecież większość intelektualistów, pisarzy, aktorów ma chłopskie korzenie, jednak mało który z nich próbuje odważnie przeciwstawić się powszechnemu zakłamaniu. Wskazują na to nie tylko ich nazwiska, ale maniery, także sposób myślenia- o sobie, kraju, nas wszystkich. Jeszcze w pierwszych latach po wojnie, ja to pamiętam, odbywały się kursy dla analfabetów! Znam ludzi, którzy zajęli poniemieckie domy we wsiach  Pomorza Zachodniego i nie  znali elektryczności. To też jest nasza historia.

Na mojej ulicy rodzinnego miasteczka na Pałukach po sąsiedzku mieszkała rodzina, której syn był w wieku poborowym i został  w 1946 r wcielony do wojska. Wrócił w trumnie. Co się stało? "Chłopcy z lasu" obrabowali sklep, pobili sprzedawcę i zarekwirowanym chłopskim wozem wracali z łupem do siebie. Milicja wezwała pomoc, ruszyła stacjonująca niedaleko jednostka wojskowa i podczas strzelaniny zginął syn naszych sąsiadów. Taką prawdę o "żołnierzach wyklętych" ja znam. Ale czy znają ją młodzi Polacy? Przykłady zakłamywania historii można mnożyć. Tylko po co, ile taki proceder jest wart? W latach pięćdziesiątych już to przechodziliśmy, po co powtarzać głupstwa po raz drugi.

Nie znaczy to, że nie doceniam wszystkich działań ludzi walczących o wolność, przelewających krew w obronie ojczyzny. Mój dziadek walczył w 1918 roku w Powstaniu Wielkopolskim, kuzyn mojego ojca zginął od kuli niemieckiej w tym samym powstaniu. Ale w innych zrywach było więcej emocji niż chłodnego namysłu, organizacyjnego bałaganu zamiast realizmu i wojskowego profesjonalizmu. Dlatego warto pomniki traktować jako hołd bohaterom, ale i przestrogę przed działaniami nieprzemyślanymi, przeprowadzanymi byle jak, bez liczenia się z kosztami. Jako ostrzeżenie przed ludźmi o chorych ambicjach, większych niż ich i nasze możliwości. Most Karola w Pradze stoi od stuleci, a my po każdej zawierusze musimy budować swoje gniazda od nowa. P.S. Dopisane  24 sierpnia, po lekturze "Polityki" art. "Jaka przeszłość nas czeka". Choć nie zawsze zgadzam się z tezami tego pisma, to wymieniony wyżej tekst, jak zresztą inne, także w innych czasopismach, potwierdzają moje przekonanie o zafałszowaniu naszej historii. Jeżeli chcemy wiedzieć więcej, niż podręczniki nam podają o bohaterach i sztandarach to znajdziemy obiektywną i kompletną wiedzę w dokumentach i opracowaniach; obrazy polskiej sarmacji, opisy niewolniczej doli chłopa, błędów w polityce wschodniej w XVII wieku, kompletny brak organizacji wielu przedsięwzięć, z których jesteśmy dumni, a powinniśmy je pokazywać ku przestrodze potomnym. I nie we wszystkim słuchać "marcowych docentów" i IPN-owskich profesorów. Dla własnego dobra!


Niedziela, 21 sierpnia, późne popołudnie. Sierpień nad morzem w tym roku zawodzi. Coraz to krótkie, gwałtowne ulewy, potem chwila ze słońcem, niepewna. Stoję w ogrodzie, przyglądam się ludziom na głównej ulicy. Rodzice, dziadkowie, dzieci. Idą. Bo co innego mogą robić, kiedy nie mają nic do roboty? Jedzą, pokrzykują, oglądają. Idą i wracają. Lody, latawce, trąbki, klaksony. Główna ulica zatłoczona do granic wytrzymałości. Dopiero późnym wieczorem zdaję sobie sprawę, jak bardzo trzeba mi było ciszy i  jak kojąco wpływa na mnie ludzka nieobecność. Ale rano powtórzy się wszystko od nowa. Dlatego do kiosku wychodzę przed ósmą. Potem już tylko weranda lub cień jabłoni w głębi ogrodu. Trochę kawy.

"Gdzie  są ci chłopcy nadzy/ biegnący w stronę słońca/ na jakich wydmach pasą/ swoje cienie/ gdzie są dziewczyny smagłe/ rozpięte na strunie wieczoru/ z jakich obłoków spływają/ echa ich galopad/Pylące wzgórza piasku/ odeszły za nimi/ na drugą część dnia/ opustoszała równina/ zapada noc".


Środa, 24  sierpnia. Moi przyjaciele wiedzą, że wśród książek które zbieram uparcie, są nie tylko dzienniki, ale też wszelkiego rodzaju słowniki. Właśnie mam przed sobą nowy nabytek, chociaż od wydania książki minęło ponad pół wieku. Chodzi o "Słownik rzemieślniczy" Henryka Kuronia, który  nakładem WPLiS w Warszawie ukazał się w 1963 roku. We wstępie autor powiada: "Celem słownika jest wprowadzenie ustalonych przez Komisję Słownictwa Technicznego obowiązujących nazw wszystkich narzędzi, przyrządów i uchwytów, a także maszyn używanych przez rzemiosło. Potrzeba takiego ujednolicenia jest widoczna na każdym kroku. W poszczególnych dzielnicach Polski używane są od lat przez rzemiosło nazwy obce duchowi języka polskiego". Cytuje także przedmowę do Wileńskiego Słownika Języka Polskiego z 1861 roku, gdzie podkreśla się, że "nic tak dobitnie i tak całkowicie nie przedstawia geniuszu narodowego, jego bogactwa treści duchowej, jego stosunku z niebem i ziemią, jego właściwego sposobu zapatrywania się na wszystko, jak mowa". Żeby jednak szybciej trafić do czytelnika, autor uderza także w lżejszą nutę, cytując fragment tekstu Juliana Tuwima "Ślusarz": "Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel  krypować? Żeby tychter był na szoner zrobiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie robię...".

No a potem właściwy słownik, porządna rzemieślnicza robota: rysunki narzędzi używanych w poszczególnych zawodach, ich nazwy prawidłowe i żargonowe, potoczne. I refleksja: ilu zawodów już dziś się nie uprawia, a ile nowych doszło przez ten czas! Ile maszyn i narzędzi przybyło, wtedy nieznanych (ich budowa, przeznaczenie). Ile nowych słów-nazw na te wynalazki, głównie pochodzenia angielskiego, bo ten język dominuje w nowoczesnym nazewnictwie - informatyce, automatyce. Ale dawne zawody i nazwy wtedy używanych narzędzi mają swój urok.

Mój dziadek Walenty z Pakości był szewcem i  w warsztacie miał żelazne kopyto które zwało się "drajfus". Nazwa pochodzenia niemieckiego wskazuje, że można było trzy czynności wykonać na tym przyrządzie: uformować cholewę, przymocować podeszwę i obcas, piętkę. Byłem wiele lat później w słupskiej fabryce obuwia, tam pracownik formujący przy maszynie "piętkę" buta nazywał się "klepacz tyłów". Też ładnie. Na stronie 164 hasło: strug. Ale to za mało powiedziane, to po prostu poezja! Ile słów, ile odmian, a ile zastosowań tego narzędzia! Popatrzmy chociaż na kilka z nich. Strug (obr. drewna); hebel, strugiel, strużnik.

Strug bednarski; ośnik, ośniak, sznitmajzel, rajsmajzel, cugmajzel! Ale zostawmy obróbkę drewna, bo jest tu jeszcze kilkadziesiąt nazw dla różnych strugów. Także kowale używali  struga kopytnika, obcinacza, skrobaka, wyrzynaka, wybiornika, hufajza - zanim dopasowali podkowę do końskiego kopyta.  Także cieśla miał rowkowniaki, heble fugowe lub po prostu fugowniki.  A były jeszcze strugi wątorowe zwane strugielami lub carmajzelami... i druga strona słownika zapełniona objaśnieniami tego pożytecznego narzędzia. Cała przyjemność czytać kolejne hasła, oglądać rysunki i ich opisy. Dzisiejsze słowniki są równie ciekawe, chociaż czasem irytujące, jak np. słowniki Bartka Chacińskiego, rejestrujące języki młodzieżowe. Cóż, nowe czasy, nowe obyczaje i język, który je opisuje.


9 września, upał. Lato wróciło, wrzesień oddaje to, co zabrał sierpień. Na ulicach jeszcze ruch, ale ludzie chodzą wolniej, stateczniej. Plaża zapełniona, ale nie "zapchana", jak bywało w słoneczne dni lipca lub sierpnia. Wiadomo; najwięksi krzykacze i ich rodzice wyjechali do pracy i szkół, pozostali starsi i studenci, którzy po wakacyjnej pracy mają jeszcze kilka dni odpoczynku. Na promenadzie, przed wejściem na molo, siedzi jakiś młody "muzyk" i maltretuje gitarę. Przed nim na chodniku para młodych meneli chyba drzemie. Przechodzi starsza pani, a muzyk zwraca się do niej z prośbą: - Da pani chociaż pięć złotych? Na to ona: - Młody jesteś, powinieneś iść do pracy i zarobić. Wtedy szarpidrut z rozbrajającą szczerością: - Kobieto, ja jestem taki alkoholik, że do pracy nikt mnie nie przyjmie.

Kobieta pomyślała, a potem rzuciła do kapelusza jakieś pieniądze z komentarzem: - Jeżeli tak mówisz, to masz chociaż tyle. Pani Kasia, bibliotekarka przy Nadbrzeżnej, która od kilku dni musi słuchać jego "muzyki" i fałszywego zawodzenia, powiada: - Chętnie zapłaciłabym mu więcej, żeby sobie poszedł, ale nie jestem pewna, czy nie będzie grać jeszcze gorzej po kolejnym piwie. A poza tym ma przecież słuchaczy, nie mogę im zabronić "obcowania z kulturą".

Komentarze   

0 #1 krycha 2017-02-28 06:36
też kiedyś pisałam pamiętnik tylko muszę go poszukać na strychu a może znów zacznę pisać. przynajmniej wnuki będą mięć co czytać za kilka lat
Cytować | Zgłoś administratorowi

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież