Elżbieta Zdzitowiecka - Otwarty „śledzikowy” dom

Tak można nazwać nasze mieszkanie na trzecim piętrze w blokowisku. Był nim w okresie dorastania naszych dzieci, które z konieczności uczestniczyły w spotkaniach miejscowych nieopierzonych artystów.

- To jest Kaziu Furman, poeta - powiedział do syna Witek.
- A mama nie pozwoli mi nosić długich włosów - zbuntował się Pawełek, widząc długowłosego mężczyznę, który z wyglądu przypominał Chrystusa.
- Masz przecież rozjaśnione - podsumowałam różnice pokoleniową.

Witek do naszego domu sprowadzał różnych twórców. Dzieci miały swoje pokoje, ale jak towarzystwo było podchmielone, wchodzili do naszego pomieszczenia i przysłuchiwali się  bełkotowi pijackiemu lub buntowi rodziców i ich znajomych w temacie coraz trudniejszej rzeczywistości. Włączały się w nią, gdy stali w nocy przed sklepem mięsnym. Były to nocne spotkania towarzyskie młodzieży, w czasie których dyskutowało się, paliło papierosy, rozgrzewało alkoholem.

- Mamusiu! Jakie są twoje związki zawodowe? Co ci dały? - spytała córka po nocnej eskapadzie.
- Mieszkanie zakładowe, w którym teraz mieszkamy. Pamiętasz ten mały pokoik na czwartym piętrze?
- Tak. Teraz to nieważne. Spytałam się, bo mnie pytały koleżanki, a umówiłam się z nimi pod sklepem mięsnym. Wezmą gitarę i jakoś zleci nam noc - mówi Justynka.
- Dobrze, ale Paweł też będzie z wami!
- Wszędzie mnie musi pilnować? 

Odwieczny konflikt między rodzeństwem, a może początek rodzinnych i krajowych nieporozumień? A właściwie, co ją obchodzą moje związki zawodowe? Mówi się o Niezależnych Związkach Zawodowych Solidarność. Ja nie wdaję się w polityczne dyskusje, ale coś córce muszę odpowiedzieć.

- To nie brak zaufania, ale chodzi o twoje bezpieczeństwo - mówię.
- Wiem, ale  też chcemy mieć swoje sprawy - powiedział syn przed wyjściem z domu.

W sklepie była tylko zwyczajna kiełbasa. Niesmaczna, żylasta. Nawet pies obwąchał ją i nie ruszył. W kapuście jakoś się zjadło. Najwięcej zjadł jej Kaziu. Załapał się na nią Tadziu S., gdy przyszedł o dwunastej w nocy z wódką.

- Kupiłem na melinie. Do Barlinka nie mam czym dojechać.
- Wejdź, tylko po cichu – powiedział Witek, a ja poszłam odgrzewać ten niby bigos.

Dzieci wyszły  ze swoich pokojów aby posłuchać fraszek Tadzia.

Na drugi dzień wszyscy byliśmy niewyspani, a Tadek załapał się na pierwszy PKS.

Tymczasem Janusz rozstał się ze swoją żoną, poetką. Dwie artystyczne dusze nie wytrzymały ze sobą.

- Musicie mnie przyjąć pod swój dach. Rozstałem się z Krystyną.
- Możesz u nas spać na materacu dmuchanym w pokoju Pawła.
- Dobrze, dopóki nie wynajmę jakiegoś pokoju.

Wiadomości z radia i telewizji były niepokojące. Polak z Polakiem nie mógł się dogadać. Tak to odbieraliśmy słuchając radia, zwłaszcza synek, prowadząc nocne rozmowy z Januszem. W pokoju córki mieszkała kuzynka. Było trochę ludzi do nakarmienia.

- Ten rosół z wiejskiej kury od twoich znajomych kolejarzy jest dobry, ale tego mięsa nie da się ugryźć - stwierdzili domownicy.
- Obgotuję jeszcze raz, choć gotowałam ze trzy godziny
- Też nie da zjeść. Same żyły - stwierdzili.
- Bo to kogut. Mówiła mi o podarunku wdzięczna pacjentka. I tak miałam lepiej, bo pan doktór zapomniał w piątek zabrać swoją kurę. 

W poniedziałek trzeba było ją wyrzucić, a przychodnię dezynfekować. Nasz piesek miał co obgryzać, ale rosół był pożywny.

Propaganda głosiła, że Zachód potrzebuje rynków zbytu.

- Mamo, niech już nasi za złotówki dadzą nam kupować modne ubrania. Kumple mają jeansy.
- Nasz kierowca jedzie do Słubic, to wam tam kupi te na eksport. To solidny facet. Z Mosiny przywiózł wspaniałą tapetę do kuchni, która podoba się twoim kolegom z przemysłówki. Syn po ukończeniu zawodówki tam pracował. Janusz  położył  ją na ścianę w wolną sobotę. W moim mniemaniu świadczyło to o jego guście.

Kolega męża znalazł prace i kwaterę. Ja gotuję z tego co ktoś z rodziny lub gości przyniesie. Każdy dzieli się tym co może. Nasz dom zrobił się bardzo otwarty dla różnych gorzowskich artystów. Tadziu załapał się na obiad i zostawił swoje wydane fraszki z rysunkami Gordona i Kowalskiego. Niestety za dwa dni przyszedł po nie, znów z wódką. Miała dziwny smak i nikt na razie  nie chciał jej pić.
- Jadę jutro do mamy - oznajmił Janusz po obiedzie. - Może pojedziemy razem do Częstochowy. Jak mi się uda z kimś zamienić dyżur.

Nie udało się!                                                                                                                           

- Byliśmy u rodziny, by odebrać świniaka - mówi rozdygotana kobieta, która zgłosiła się na dyżur w rannych godzinach 13 grudnia. - Gdy ogłosili stan wojenny kuzyn na strychu znalazł zdobyczną czapkę rosyjską, którą założył mój mąż i zaryzykowaliśmy przewieźć tego świniaka, który był już w bagażniku. Po drodze patrole nam salutowały i nie zatrzymywały jak innych do kontroli. Świniak już w domu, ale ja nie mogę się uspokoić.

Zanim doszłam do domu, mijałam kilka patroli, ale nikt mnie nie legitymował. Dostałam porcje kaszanki. Potem żadna wędlina nie smakowała tak, jak tamta ze stanu wojennego. Były kartki od lutego na mięso, cukier wódkę, czekoladę, kaszę, mąkę, ryż. Kwitł handel wymienny, który godził partyjnych z solidaruchami, skłóconych sąsiadów i rodziny. Ważna teraz była przyjaźń ze sprzedawczyniami z mięsnego, by mimo wszystko nie stać w kolejce za lepszym kawałkiem.  Do nas przychodziło się teraz z kartkową wódką lub bimbrem. Zagrychę też przynosili. Nas i dzieci to męczyło. Janusz za jakiś czas wrócił, by zakończyć gorzowskie sprawy. Załapał się na imprezę, na której wypito wszystkie przydziały kartkowe.

- Macie jeszcze coś ukrytego? A może sąsiad ma bimber to pożyczcie. Jutro oddam, bo teraz godzina policyjna - mówił Miszkin były nauczyciel języka polskiego Witka, a teraz kumpel Janusza i Kazia. 

- Jest troszeczkę czegoś, co zostawił Tadek. Przeznaczyłam to do baniek - powiedziałam, z nadzieją, że nie będą chcieli go pić ci, co jeszcze nie usnęli przy stole.
- Dawaj!

Na drugi dzień nie zabrakło wody w kranie i spłuczka nie zacięła się po tej pijanej nocy.  Jak znajomi poszli, nasze dzieci ratowały nas z kaca. Niepewność jutra powodowała, że ludzie byli życzliwsi dla siebie. Na ulicy nie było widać nikogo pod „wpływem”, bo na przyjęciach zostawał ktoś trzeźwy do odwożenia, lub zamawiało się w tym celu taksówkę. Czasami też po to, by dowieźć trunek.

Ja mam zaufanego taksówkarza, który zawsze przywiezie lub odwiezie - powiedział, przyprowadzony  kolega.

- Witku, dlaczego ten taksówkarz znał ciebie i innych i o was się wypytywał? - zadał pytanie Janusz, gdy nas odwiedził na dzień przed wyjazdem na stałe do Częstochowy. Przyznał się, że bardziej udawał pijanego niż był.
- Nie znam żadnego taksówkarza, chyba, że ktoś się przekwalifikował - odpowiedział Januszowi Witek
- Od pijanych można więcej się dowiedzieć. Tak wykryto, kto wynosi mięso z Zakładów Mięsnych - podsumował na zakończenie Janusz.
Czasy wydawały się straszne. Moje dzieci nie bały się patroli. Przychodziły bowiem o przyzwoitych porach do domu. Klasowi koledzy nie dzielili się na naszych i waszych. Sąsiedzi pomagali sobie w miarę swoich możliwości, przynajmniej w mojej klatce Jaworowicz nie zrobiłaby wtedy programu.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież