Anna Kapusta - Wyłaź babo z szuflady (3)

23. Medytantki

Kobietom wmawiano obce zamilczenia jako własną ciszę. Myśli przygniatano pustym ciałem.
Kobiety uczono, że ból jest ich niebiańską świątynią ducha. Dusze wypędzano świętą negacją.
Kobietom zagłuszono cisze pełni przymusami zamilczeń. Słowa zbito pod pręgierzem pacierzy.
Kobiety milczą dziś świat babek i matek w bólu. Medytantki jutra ciałem myślą już dusze słów.

 

24. Kołysanka 

Znalazłam żywy krzemień.
Skamieniałą miękkość żył.
Uśpione życie krawędzi.
Ukołysany muszlą bezczas.

 

25. Wyłaź Babo z szuflady

Już sobie poleżałaś w tym ciepełku i ciemnostce zatrzaśniętej szuflady.
Już sobie dałaś wmówić siebie w szufladę i wmilczeć szufladę w siebie.
Dziś przez szparę światła zobaczyłaś inny świat i szuflada w Tobie pękła.
Teraz siedzisz sobą bez strzępów i drzag. Wyłaź Babo z szuflady. Koniec.

 

26. Nie moja wina

Czasem modliłam się do cudzej winy. Robiłam z niej haftowany kołnierzyk.
Zawieszałam ją na szyi koralem krwi. Rozprułam kołnierzyk i zdjęłam koral.
Po czasie modlę się już winem bez winy. Już nie moja wina, to już moje wino.

 

27. Nicnierobienie

Zrobię dziś nic. Wielkie nic. Nic dla siebie.
To nic będzie wszystkim. Moim wszystkim.
Wszystko, co zrobię, będzie moje i niczyje.
Ustanowię sobą sobie święte nicnierobienie.

 

28. Ulga

Zapakowałam świętą empatię w przeklętą ulgę.
To przekleństwo zdjęło mi z pleców nadbagaż.
Teraz mogę ulgą stąpać bez ostróg współczucia.
Teraz chcę dotykać wolną stopą lekkości ziemi.

 

29. Nie trzeba

 

Nie trzeba mi łez wypłakanych do wnętrza moich oczodołów.
Nie trzeba mi też już promiennych chichotów za moim uchem.
Trzeba mi za to i już, bo już, mojego spokoju i myśli bezmyśleń.
Trzeba mi za to wtedy, bo wtedy, mojego chichotu łez i zmyśleń.

 

30. Nie jestem Kariatydą

Nie jestem Kariatydą, choć łzawiłam Kariatydami.
Nie dźwigam już na głowie cudzych myśli o mnie.
Nie udowadniam, choć podpisywałam się siłą bólu.
Nie podtrzymam już plecami żadnych kręgosłupów.

 

31. Najtrudniej

Najtrudniej było wyhaftować podwójny ścieg prostoty w łatanym uśmiechu dla smutku.
Smutek nie miał już kącików ust. Wyprute płótno zwisało mu zamiast twarzy. Zasypiał.
Smutek rozkazywał milczeć go małą literą. Zaklejać oczy łzami. Przysypywać dni solą.
Najłatwiej było poranić go podwójnym ściegiem uśmiechów w cieple dla czworga oczu.

 

32. Ufności

Zaufałam myślami. Nawet bezmyślnymi.
Zaufałam słowami. Nawet przełkniętymi.
Zaufałam ciałem. Nawet nieśmiertelnym.
Z ufności utkam spokój jedwabnikom. Ja.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież