Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Stanisław Chyczyński - Ostatni chłopski filozof

    Truizmem byłaby konstatacja, iż przełomowy rok 1989 walnie ukierunkował i zdeterminował dalszy rozwój literatury polskiej. Abstrahując od przemian w poezji czy w dramacie, proponuję zogniskować uwagę na najcięższym kalibrze epickim, czyli na powieści. Nie trzeba było długo czekać, aby sam burzliwy okres transformacji ustrojowej stał się wdzięcznym tematem dla naszych powieściopisarzy. Do grona znanych i cenionych mistrzów (W. Myśliwski, M. Nowakowski, St. Chwin etc.) dołączyła rozrastająca się grupa nowych młodych prozaików, którzy (niczym deus ex machina) pojawili się na rzęsiście oświetlonym proscenium literackim. Krytycy, filmowcy i czytelnicy niecierpliwie czekali na arcydzieło, wieloaspektowo i wielopoziomowo opisujące przedłużający się, dynamiczny, trudny okres przejściowy.

    jednoznacznie orzec, na ile tym oczekiwaniom sprostały dzieła takie jak np. Rafała A. Ziemkiewicza „Ciało obce” (2005), Bronisława Wildsteina „Dolina Nicości” (2008), czy Andrzeja Horubały „Przesilenie” (2010). Być może dla sporej rzeszy konsumentów słowa drukowanego najciekawszym tego typu utworem okazałby się „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, uhonorowany Nagrodą Nike w 2007 r. Oczywiście wątki ściśle związane z transformacją ustrojową musiały pojawić się w książkach również mniej znanych pisarzy – w różnych wariantach i stopniach nasilenia. I tak np. w „Iluzjoniście” (2006) Wojciecha Wierciocha amplituda przemian społeczno-kulturowych stanowi zaledwie tło dla pierwszego planu. W „Dziś” (2009 ) Stefana Pastuszewskiego uboczne skutki sanacji ustrojowej stanowią swoisty matecznik zdemoralizowanych karierowiczów i krwiożerczych bestii w ludzkiej skórze. Natomiast w powieści „Z niedzieli na poniedziałek” (2010) Piotra Bednarskiego patologiczne rezultaty wznoszenia gmachu III RP implikują postulowaną wizję moralnego oczyszczenia. (Wizję z repertuaru pobożnych życzeń). Celowo podaję w nawiasach czas edycji i świadomie dokonuję zestawienia jakże odmiennych przykładów. Egzemplifikacja ma bowiem sygnalizować korelację chronologii z ewoluującym podejściem piszących do tematu.

    Do tego gremium twórców powieści o upadku PRL-u i wielorakich tego reperkusjach całkiem niedawno dołączyła Anna Błachucka, znana dotychczas z pisania limeryków, sonetów i opowiadań. Jej realistyczna powieść „Ostatni chłop” doskonale wpisuje się w nurt gorzkich refleksji nad konsekwencjami radykalnych przemian cywilizacyjnych, które w naszej ojczyźnie niemal skokowo nasiliły się po pamiętnym 1989. Dzieło Błachuckiej ilustruje te przeobrażenia wieloaspektowo: od strony psychologicznej, socjologicznej, ekonomicznej, aż po filozoficzną. Właśnie dlatego można zaryzykować twierdzenie, że jest to rzecz o wiele bardziej reprezentatywna – od niejednego tytułu wyżej podanego – dla wyszczególnionego tutaj typu książek. Inaczej mówiąc, powieść ta to wręcz wzorcowy przykład monotematycznego utworu o postkomunistycznej Polsce.

    Tytuł „Ostatni chłop” bezpośrednio i bezapelacyjnie odsyła nas do słynnego światowego bestselleru Coopera „Ostatni Mohikanin”. Zabieg ten jest ewidentnie premedytowany, już na wstępie sugerując odbiorcy, iż będzie miał do czynienia z opowieścią o definitywnym wymarciu pewnej grupy społecznej, o jej odchodzącym przedstawicielu. (Wydaje się, że inne tropy asocjacyjne, prowadzące np. do „Ostatniego rozdania” Myśliwskiego, aczkolwiek dopuszczalne, nazbyt wykraczają poza intencje autorskie). Jeżeli zatem mamy do czynienia, w sposób niejako symboliczny, z „ostatnim chłopem zakochanym w ziemi” (s. 198), czyli ze staroświeckim, anachronicznym reprezentantem polskiej wsi, tym samym obcujemy z ostatnim chłopskim filozofem, bo za takiego w oczach czytelnika może uchodzić główny bohater książki – Franciszek Bąk, gospodarz ze Świętokrzyskiego. Dlaczego akurat za chłopskiego filozofa? A choćby dlatego, że non stop nurtują go pytania natury filozoficznej, że próbuje zracjonalizować swoje wiążące decyzje życiowe, że snuje zdroworozsądkowe refleksje nt. obserwowanych zjawisk społecznych. W obliczu egzystencjalnych zagadnień i zawiłych problematów kulturowych „pan Franciszek” jest samoświadomym laikiem, ale w teoretycznych dyskusjach potrafi z powodzeniem dotrzymywać kroku doktorowi filozofii. Wprawdzie niekiedy ma spore kłopoty z rozszyfrowaniem obcobrzmiącego, specjalistycznego żargonu, ale jest niezwykle otwarty na wszelką wiedzę, jest nieprzeciętnie zainteresowany ustaleniami humanistyki jako też przyrodoznawstwa, domaga się od profesjonalisty generalnych wyjaśnień. Ponadto stać go na własną, zakotwiczoną w utrwalonym światopoglądzie, argumentację czy kontrargumentację. Stać go także na stawianie prostych, lecz niewygodnych pytań, w rodzaju: „Co to za gatunek kobiet żeśmy wychowali?” (s. 87), „Cudzołożyć to ludzko?” (s. 98), „Co to za gospodarowanie?” (s. 242). Zapewne pod tym względem nie jest typowym i tuzinkowym uosobieniem rolniczego stanu, nie jest wiejskim mądralą, mędrkującym chłopkiem roztropkiem, ale raczej rzadkim okazem samorodnego mędrca, filozofa amatora, któremu brakuje formalnego wykształcenia i dyplomu. Z nieznacznym przymrużeniem oka można by takiego delikwenta nazwać chłopskim filozofem, ale bez ironicznego podtekstu, bez pejoratywnego wydźwięku.

    iewątpliwie najciekawszym wątkiem dość rudymentarnej fabuły jest wieloczęściowa dyskusja tytułowego bohatera ze współlokatorem pokoju sanatoryjnego, doktorem filozofii Andrzejem Korycińskim. W tej interpersonalnej relacji niebagatelnym zadaniem naukowca jest pomóc zdezorientowanemu prowincjuszowi w zrozumieniu społeczno-kulturowych przeobrażeń, jakie lawinowo przetoczyły się przez polską wieś po akcesie do Unii Europejskiej. W trakcie tych rozmów istotnych padają ciekawe i cierpkie uwagi, czego wymowną próbką może być następujący passus: „Europa regionów! Też widzę tu zagrożenie. Mnie odpowiada bardziej Europa państw. A Niemcy? Im zawsze się marzył marsz na Wschód. Przemysł, banki, media, handel w obcych rękach. Energetyka, rolnictwo, własność ziemi – zagrożone. To niepokoi. I ignorowane, ba, wyśmiewane odwieczne wartości” (s. 184). Tego typu deklaracje mają charakter reaktywny – są reakcją obronną na błędną długoletnią politykę pyszałkowatych eurokratów. Tego typu diagnozy są też przejawem zdrowego patriotycznego, perspektywicznego myślenia. Mentalność Franciszka Bąka jest głęboko zakorzeniona w chłopskiej tradycji, w odwiecznych obyczajach, w religii przodków (katolicyzm), w systemie wartości regionalnych i narodowych. Intelekt Andrzeja Korycińskiego zaś odwołuje się do ideałów oświeceniowych, do pryncypiów naukowych, do ethosu niezależnego i nieprzekupnego myśliciela. W aspekcie moralnym konfrontacja tych dwóch antagonistycznych postaw (homo religiosus contra homo rationalis) wypada zdecydowanie na korzyść świętokrzyskiego chłopa, ponieważ „pan profesor” nielegalnie handluje swoją wiedzą i po kryjomu zdradza piękną żonę. Zracjonalizować coś nie znaczy od razu to zaakceptować, więc naszemu miłośnikowi ziemi rodzinnej wyjątkowo trudno pogodzić się nie tylko z przewrotem ekonomiczno-gospodarczym, ale też z dokonującą się rewolucją moralno-obyczajową. Podsumowuje: „Z chłopami zrobili dzisiaj to, co z ziemniakami – chipsy” (s. 102). Albo psychologizuje: „Diabłu zależy, aby człowiek swój grzech polubił, czuł się dobrze, uniewinniał się, żył bez niepokoju i nie przejawiał skruchy” (s. 153). W kapitalistycznych realiach człowiek nauki również nie czuje się – mówiąc eufemistycznie – zbyt komfortowo. Chociaż potrafi sobie wszystko łatwo zracjonalizować, niemniej pozostaje podmiotem wewnętrznie rozdartym, miotanym przez różne ambitendencje, rozbieżne motywacje, niekonsekwencje w codziennym postępowaniu. Pyta retorycznie: „Po co komu dzisiaj filozofia? Etyka…” (s. 181) – tedy zachowuje bolesną świadomość własnej zbędności w totalnie skomercjalizowanym świecie.

    Dyskusje filozoficzne prostego wieśniaka z uczonym mieszczuchem, prowadzone w uzdrowiskowym entourage’u, przypominają słynne polemiki Settembriniego z Naftą („Czarodziejska góra”), rzecz jasna – tylko do pewnego stopnia, zważywszy różnice między dziełem a arcydziełem. Analogicznie – tutaj również jesteśmy świadkami pewnej metamorfozy, skoro początkowa bilateralna niechęć sukcesywnie przedzierzga się w przyjacielską zażyłość. Pod koniec turnusu Koryciński mówi wprost do Bąka: „Szkoda, że pan wyjeżdża” (s. 260). Choć podkielecki kurort nie dorasta do rangi „szpitala przemienienia”, to jednak autorka odsłania przed nami efekty wzajemnego oddziaływania głównych interlokutorów. W gruncie rzeczy nie wiemy, jaki rezonans emocjonalny wywołał w zdeklarowanym ateiście jego „wymuszony” pobyt na mszy św., ale możemy suponować, iż nie był to incydent bez znaczenia.

    Książkę Błachuckiej czyta się nie tyle z zapartym tchem, ile z eskalującym zainteresowaniem: gładko i szybko. Akcja nie jest szczególnie splątana czy rozbudowana, ale wystarczająco atrakcyjna, tym bardziej że clou sprawy stanowi przerywany wykład światłego umysłu dla jednoosobowego audytorium. „Ostatni chłop” zawiera mnóstwo zaskakujących spostrzeżeń filozoficznych oraz formuł o walorach aforystycznych. Trzy przykłady: „Ludzie – jako dodatki do maszyn” (s. 65), „Diabeł, psycholog nad psychologi” (s. 141), „Cudza dusza – ciemny las… Nawet, jeśli to dusza własnej żony” (s.260). Podczas lektury spotykamy nazwiska Ortegi y Gasseta, Michała Hellera czy Thomasa S. Eliota. W perorach uczonego nie jesteśmy tym zaskoczeni, może nawet odczuwamy lekki niedosyt podobnych zapożyczeń. Rustykalna tematyka nie każdego zainteresuje, to fakt, ale jeśli ktoś pochyli się nad tą powieścią z należytą powagą i uwagą, odkryje jej życiową mądrość, intelektualną głębię, aksjologiczną klarowność. Jest to pozycja znacząca i wartościowa, która powinna Błachuckiej zapewnić naprawdę godne miejsce w panteonie tych pisarzy, którzy umieli zmierzyć się z arcytrudną tematyką polskich reform.

     


    Anna Błachucka, Ostatni chłop, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2015, ss. 267.

    Również tego autora