Rafał Jaworski - Rozpacz jako zaczyn głębi poznawczej

Rozpacz – nadzieja. Wydaje się: - krańcowa opozycja. Podszepty Diabła – skrzydło Cherubina. Odpychające się bieguny nie tylko w wymiarze osobowym, w domenie psychiki, ale wręcz uniwersalnie przeciwstawne pojęcia rodem z platońskiego realizmu pojęciowego, dedykujące  procesy i rozwiązania siłowe na modłę klasycznej, średniowiecznie wspaniałej psychomachii. O jej walorach i o współczesnych degradacjach, wspomnę nieco niżej. Niewątpliwie na obu tych antypodach występują reakcje prawie wyłącznie egzotermiczne. To wydzielanie energii, w formie złudnego ciepła, wręcz żaru, łączy, wskazuje na zarodki ozdrowieńczego pokrewieństwa przeciwstawieństw. Trzeba mieć wielki dystans do zapalnych stanów rozpaczy i jeszcze większy do euforii utopijnej nadziei. Trzeba mieć rozpacz za przyjaciela, ale mechanicznie za wroga nie poczytywać ułudy nadziei, a szukać w jej wirach kryształków opoki sensu życia.

Czy między rozpaczą a nadzieją staje się widmo bezkresnej przepaści? Są to wrogie sobie stany, czy równoprawne podmioty dyskursu o turbulencjach istnienia człowieka na rozstajnych drogach? Rozwidlenia i pętle naszych ścieżek częstokroć mnożą się jak króliki z porzekadła: - codziennie, w dowolnych interwałach czasu, nieregularnie, bądź wręcz rytmicznie. Króliki mają jednak miłe futerka i ciepło swego ruchliwego serduszka, najruchliwszego w akcie strachu przed osobą z gatunku homo sapiens, a rozważania i dylematy którędy ma iść człowiek mają sierść włosienicy. Użyłem nietrafnego określenia „dyskurs”, które zakłada dystans, chłód i argumentację, logiczny pojedynek w sferze słowa i faktu. W przypadku „żywej rozpaczy” i „żywej nadziei” są one bezprzedmiotowe i niezwykle odległe. Rozpacz i nadzieja mają podobną strukturę, jeśli nie sprowadzi się ich do optymizmu i pesymizmu, pojęć nieostrych, późnych w dziejach kultury łacińskiej. Termin „optymizm” (istnienie czystych możliwości) wymyślił G. W. Leibniz w XVIIw., ale łączenie go z radością wiary i wizji eschatonu chrześcijańskiego (jak chce np. Encyklopedia Katowicka KUL) jest chybione; w tym ujęciu nieuchronnie kojarzy się z mniejszym złem. Z kolei pojęcie „pesymizm” wytworzył  Artur Schopenchauer (zło jest umiejscowione w samym bycie), świat jest „najgorszym z możliwych”  -  to charakterystyczne przerysowanie, wniosek do tezy. Takie uproszczone (opozycja: optymizm, pesymizm), lokowanie odczuć wobec rzeczywistości i osoby prowadzi do generalnego zniwelowania orzeźwiających psyche emocji i refleksji zdroworozsądkowych, filozoficznych i quasi-filozoficznych -  na płaszczyznę jakości asfaltu autostrady do nikąd i rozmiaru kałuż na drodze do wiejskiej kapliczki ku czci Wspomożenia Pańskiego. Ale  obiegowe pojęcia intencjonalne (nie dogmatyczne)  weszły w krwiobieg mowy potocznej i ich wyrugowanie na miejsce odpowiednie zapewne nie jest możliwe i nie będzie możliwe.

Wróćmy na chwilę do przywołanego wyżej terminu „psychomachia”, czyli walka duchowa. Jest to pojęcie bliskie dynamice kontrowersji rozpaczy i doloryzmowi nadziei. Funkcjonuje incydentalnie do dziś dzięki Prudencjuszowi, poecie z przełomu IV/V w. po Chr.  W traktacie Mateusza z Krakowa  na temat ars bene moriendi (sztuka dobrego umierania), akcja duchowych zmagań toczy się przy łożu umierającego, czyli „moribundy”. Pierwsze kuszenie szatana to próba odebrania  odchodzącemu wiary, wmawianie, że piekła nie ma, a nasze czyny są nieważne. W drugim akcie tenże szatan zmienia taktykę,  stara się wprowadzić śmiertelnie chorego w stan rozpaczy. Przypomina jego grzechy i argumentując tekstami z Pisma Świętego, stara się dowieść, iż nie ma dla niego możliwości zbawienia. I tu wkracza Anioł dając mu tzw. odpór. Mimo trzykrotnego zaparcia się  Odkupiciela, Chrystus odpuścił grzechy Św. Piotrowi, a także nie potępił rozpustnej Marii Magdaleny. Oświecił też Apostoła Narodów mimo Jego bezpośredniego udziału w prześladowaniu chrześcijan. Anioł podkreśla, że zawsze jest nadzieja, a właśnie zwątpienie jest grzechem najbardziej godnym potępienia, czyli że rozpacz wbrew nadziei jest grzechem nieodpuszczalnym – grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. Jednak obecna psychomachia rozpaczy z nadzieją nie ma wymiaru moralnego. Cnota nie toczy walki z Występkiem, Bałwochwalstwo z Wiarą. Te koncepcje strukturyzacji świata zostały starte na przysłowiowy proch. Sama istota postrzegania konstrukcji świata jest poza indywidualnym zmaganiem, czyli manichejskim pojmowaniem rzeczywistości, substancjalnym i osobowym pojmowaniem dobra i zła. Istnieje tylko jako indywidualne odczucie, upadek połączony z bezmiarem buntu, ale też z efektem solipsystycznej samozagłady.  Tu etyka, a nawet cała aksjologia są niewydolne i zbędne. Tylko „on”, czyli byt i jego gnosis są podmiotami żaru starcia o godne życie lub lukratywną śmierć z własnego wyboru. Nie ma tu wojny światów o wymiarze kosmologicznym. Tak, właśnie  rozpacz jest formą buntu, buntu z powodem; nie dla samego w sobie. Bunt prawie zawsze jest wartością. Staram się mówić o osobnym człowieku, o podmiocie poznającym, doznającym i wybierającym, jak to się  mówi, choć bardziej trafnym określeniem byłby człowiek wyizolowany z ulotnych przejawów cywilizacji, nie zjadacz  podanego na klasowej porcelanie medialnego ścierwa. Już Księga Hioba przytacza opinię: „Człowiek zrodzon z niewiasty, żywiąc przez czas krótki, napełnion bywa wielą nędz. A wszakoż ciało jego póki żyw boleć będzie, a dusza jego nad samym sobą płakać będzie”. Użycie tego cytatu przez Malcolma Lowrego jako motta do powieści „Pod wulkanem” jest symptomatyczne. 

Należy zatem mówić o pojęciach rozpaczy i nadziei,  ich synergii, odpychaniu, zapasach woli i serca. Dlatego należy pominąć konstatacje o rozpaczy wynikającej z beznadziei wobec zaistniałej sytuacji, typu: śmierć kochanej osoby, zdrada, utrata majątku, brak perspektyw życiowych. To są załamania wynikające z zewnętrznych doznań, jawiących się  jako trauma tak silna, że wręcz nie do wytrzymania, ale o podłożu czysto materialnego zdarzenia.

Mówienie o nadziei można postrzegać jako jałowe, nie na miejscu pod każdym względem z punktu widzenia ogółu. Nadzieja umiera ostatnia, nadzieja matką głupoty itd.  Tak się wydaje, ale o. Jacek Salij OP pisze, że „nadzieja to rozpacz pokonana”. Sam tytuł jego artykułu jest charakterystyczny: - zakłada zmaganie, więc dynamikę, ewokuje efekt swoistej „psychomachii”. Czyli z samego tytułu jego rozprawki trzeba by wyciągnąć wniosek, że aby przejść do stanu rzeczywistej Nadziei należy żywotnie przezwyciężyć mroki rozpaczy.

Encyklopedyczna definicja rozpaczy brzmi mniej więcej tak: «uczucie bezsilności spowodowane zwątpieniem w coś lub nieszczęściem». W tym określeniu aż roi się od spłyceń i rozminięć z prawdą. Rozpacz nie jest uczuciem bezsilności, ona wyzwala w człowieku siłę. Wprawdzie często jest to siła degradująca, degenerująca, dekomponująca, deliryczna w zaślepieniu, ale jednak konkretna wektorowa wartość. Wielokroć obraca się przeciw podmiotowi przeżywającemu kryzys, ale nigdy nie jest „letnia” w sensie nowo-testamentalnym jak u Św. Jana Ewangelisty: „…skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z ust moich”. Jeżeli przezwycięży się obszar „złotego środka” czy relatywizmu, to jest pozytywna z definicji, definicji aktywnego człowieczeństwa osoby. „Letniość” jest obecnie postrzegana jako podstawowa zaleta, a  nie fundamentalna  „usterka” człowieka spod znaku Europejskiej Unii i Atlantyckiej cywilizacji.

W całej Biblii trudno znaleźć typowy przykład rozpaczy egzystencjalnej. Samobójcza śmierć Judasza  mieści się w wymiarze metafizycznym, ale i okazjonalnym. Naród wybrany nawet w niewoli był zatopiony w modlitwie i w Jahwe, przepojony duchem Prawa, duchem retrybucji (konsekwencji kary i winy) i jednak nadziei (mimo słabej wiary w życie pozagrobowe). Nadzieja jest nadzieją wyłącznie w świetle objawionego odkupienia.  Inne próby są jedynie kamuflażem  i oszukaństwem, choć świecki heroizm, którego najbardziej klarownym przykładem jest Albert Camus i Zbigniew Herbert, jawi się jako sensowny, spory jednak wyjątek od reguły.

„Być lirycznym wskutek cierpienia znaczy przeżywać proces wewnętrznego płonięcia i oczyszczania; wówczas rany przestają być po prostu zewnętrznymi objawami bez głębszych komplikacji, owszem, zyskują udział w samym jądrze naszego jestestwa.” – pisze Emil Cioran. Tak: rozpacz pogłębia sens istnienia. Mistrz tych stanów Fiodor Dostojewski autorytarnie stwierdza: „człowiek nigdy nie wyrzeknie się prawdziwego cierpienia, zniszczenia i chaosu. Cierpienie, przecie to  jedyne źródło świadomości!”. Mówi to człowiek z podziemia, gnida, „ludzka wesz”. Owocobranie rozpaczy jest klęską urodzaju świadomości.

Zakładałem, że ten tekst będzie wyłącznie o rozpaczy, jej przyczynach, odniesieniach do jednostki-osoby i odrębnie o funkcjonowaniu pojęcia w zbiorowości, o erozjach, które generuje; o sile, która może nie być negatywna. Okazało się jednak, że żywe pojęcie nadziei jest z egzystencjalną rozpaczą związane organicznie i akcenty tekstu samoczynnie, bez ratio piszącego, inaczej się rozłożyły. I trzeba dodać, że to dobrze wróży kondycji człowieka.

„Są doświadczenia, po których człowiek nie może już dalej żyć. Czujemy wówczas, że cokolwiek byśmy robili, nie ma to już żadnego znaczenia.” Młody Emil Cioran się mylił. Zawsze da się żyć dalej i trzeba. Np. po Auschwitz, Dachau, zdradzie ukochanej osoby, aktach doznanej pogardy. Żyje się, działa, regeneruje się swego „wewnętrznego człowieka”. I tu właśnie rozpacz i nadzieja współpracują efektywnie, w jednym eonie, aby użyć języka gnostyków. Człowiek wstaje i wbrew wszystkiemu idzie dalej. Czas leczy rany. Ale rany nie są anihilowane poprzez podjęcie wyzwania dalszej drogi, zostawiają swe tropy, czy zasklepienia. One pozostawiają blizny i wystarczy się lekko pogłaskać się po swej skórze od wewnątrz, a czuje się zrogowacenia odczuć i rozstępy woli, szwy na otwartym sercu i ściegi nadziei gęste od fałszu.

Rozpacz dobrze przeżyta (czyli generująca siłę, choćby siłę gniewu) prowadzi do uleczenia duchowego. Poprzez krok w ukazanie głębi ludzkiego bytowania w krainie smartfonu i tabletu, tysięcy samobójców i milionów narkomanów. Lobby politycznej poprawności, która tym u władzy nie pozwala (poprzez autocenzurę jaśnie oświeconych) mówić na białe białe, a na szare muszą mówić białe, ma na te stany wpływ iluzoryczny.

Niedawno, całkiem przypadkowo po latach, otworzyłem na chybił-trafił „Na pastwę płomieni” Williama Stayrona i przeczytałem: „Czekaj! Powiem ci, co zrobimy. Razem we dwóch ściągniemy na nich Prometeusza. Wprowadzimy na powrót tragedię do kraju Pepsi-Coli i ziemnych orzeszków. Tak zrobimy, na Boga! I nauczymy tych biednych ciemniaków to lubić. Koniec z dmuchaną kukurydzą, koniec flirtami przy księżycu, z Kaczorem Donaldem, z macankami na schodach. T r a g e d i a – oto, co im damy, na Boga! Coś, od czego stwardnieją im kręgosłupy, wzmocnią się stawy i oczyszczą ich małe duszyczki. Co byście chcieli? Ajaks, Alcesta, Elektra, Ifigenia?”  – tak w pijanym, a życzeniowo profetycznym zwidzie, postulował bohater kultowej powieści. Powstała w końcu lat 50-tych ubiegłego wieku, a od tego czasu tzw. postęp cywilizacyjny bardzo „upupił” zachowania dramatyczne, nie mówiąc już o tragizmie poznawczym. Więc postulat tragizacji życia społecznego w tzw. demokracji stosowanej jest rodem z fantastyki niezbyt naukowej. Tragedia Hioba, Niobe, Sokratesa czy choćby Pawła z Tarsu i Proboszcza z Ars jest na cywilizacyjnym gruncie obca współczesnemu, elektronicznemu homunkulusowi, bo trudno obecnego człowieka określić mianem klasycznego człowieka. Homo sum, humani nihil a me alienum puto –  to zapomniane zdanie, w wersjach bardziej prostackich, usprawiedliwia teraz wszystko. Wykoślawia pierwotną osnowę sentencji Terencjusza.

Istnieje więc i znakomicie funkcjonuje rozpacz niejawiąca się jako rozpacz, nie mająca barwy czerni, pełna kultu dla niewyrażania prawdy, bo ta rani, pełna odstępstwa od  używania terminów ostrych. Ona mozolnie i efektywnie  rozszerza terytoria swej dominacji. Jest niezwykle niebezpieczna, niweluje instynkt samozachowawczy zbiorowości, bądź jej zasadniczego rdzenia. Chciałbym wytoczyć przeciw niej choćby małą armatkę  i oświetlić ten swoisty stan bardzo nie-elitarny. Tego typu podprogowy rodzaj rozpaczy dotyka miliony istnień ludzkich, a może i miliardy obywateli naszego globu. Rozpacz nieuświadomiona, podstępna, wręcz przebiegle szatańska. Ta rozpacz dominuje, bo udało się inżynierom dusz  zredukować i ośmieszyć pojęcie grzechu. Jeśli ono nie funkcjonuje to wartość naszych działań gruntownie w oczach tzw. ogółu spadła. Implozja w odmęty kwestionowania wszystkiego. Podeprę się autorytetem:

- „ pożera nas rozpacz (…) Niektórzy z nas usiłują rozpaczać na wesoło i w sytości: bo jak inaczej wytłumaczyć współczesną inwazję bezsensu w dziedzinę  rozrywki, dehumanizację płciowości czy okaleczenie wartości konsumpcyjnych z ich transcendowania ku temu co wyższe…” Pożera nas, czyli aktualną zbiorowość.
Nuda jest formą nieuświadomionej rozpaczy, piekielnie destruktywnej. Nie tylko dla jednej osoby, ale i jej otoczenia – promieniuje. Człowiek, który jest dotknięty przez wielorakie demony nudy  jest osobowo nikim. Nikt, wbrew pozorom,  jednak wpływa na innych, zaraża  swą bezfunkcyjnością. Jeżeli nic człowieka nie interesuje, to kwestionuje nie tylko sens aktywnego stosunku do otoczenia, świata, ale i sens trwania, sens wartości i moralności. Baudelaire doznawał  i obserwował te stany:

„Nic nie da się porównać z dni chromych szeregiem,
Gdy pod  ciężką zamiecią lat sypiących śniegiem
Nuda, owoc smętnego braku ciekawości,
Obleka się przed nami w kształt nieśmiertelności".

Mamy zwyczajny „brak ciekawości”, który wywołuje tak daleko idące konsekwencje, wpływa na kształt poczucia nieskończoności, czyli ostatecznego uwikłania, nierozwiązywalnego przez ograniczoną osobę. Przytoczę też świadectwo Pascala: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. (…) Bezzwłocznie wyłoni się z głębi duszy nuda, melancholia, troska, żal, rozpacz.” Pascal znakomicie pokazuje te stopnie prowadzące do egocentrycznej rozpaczy, a zaczynające się od niewinnej nudy. Genialny myśliciel „miał” wg Baudelaire’a, obcą wobec swojskości, „otchłań” nieodłączną od jego jaźni, którą swobodnie można określić jako nieustanny stan rozpaczy w naszym, współczesnym rozumieniu:

„Pascal miał swoją otchłań, szła z nim nieprzerwanie.
Biada! Wszystko – przepaścią, czyn, żądza, marzenie,
Słowo! (…)
W górze i w dole, zewsząd pustka i milczenie,
Przestrzeń straszliwa, w której czujemy spętanie…
(…)
I duch mój nawiedzony ciągłymi zawroty
Zazdrośnie tęskni za nicości snem głębokim,
Ach! Nigdy nie wyjść poza Liczby i Istoty!

Wydaje się, że bardziej ten wiersz pasuje do stanów samego autora niż myśliciela z XVII-ego wieku. To przecież Baudelaire był dotknięty pustką, nudą, splinem, fascynacją rozkładem materii i ducha, zanikiem więzi społecznych. Pascal miał wiarę, z której dylematami mocował się autentycznie, ale „czarna rozpacz” i wchłonięcie przez czarną dziurę beznadziei były mu obce. Działał. Odkrywał prawa materii, geometrii, hydrauliki. Był myślicielem wyraziście chrześcijańskim i w świetle tego wyznania notował swe refleksje. Wykazywał, lub starał się wykazać, że Objawienie rozwiązuje problemy. Kiedy pisze: „Znajomość Boga bez znajomości własnej nędzy rodzi pychę, znajomość własnej nędzy bez znajomości Boga rodzi rozpacz. Znajomość Chrystusa stanowi pośrodek, ponieważ w niej znajdujemy i Boga, i swoją nędzę”, to nie jest to jakaś całkowita deprecjacja kondycji człowieka. Zapominanie Pascala ma swoją prostą przyczynę. Nie można promować pamięcią, przytaczać jako autorytet osoby o jasnej konfesji, mimo elementów autentycznej psychomachii, choć może dlatego, że jest autentyczna. Katedry promują pewnik, że „jasność”, to jest grób dla filozofa i mędrca,  bo powoduje jednostronne spojrzenie, a myśl winna się rozprzestrzeniać amorficznie, bez „uprzedzeń” i „zabobonu”.

„Prawda jest nieludzka jak kryształ”  - konstatował Jean Genet w „Murzynach”. Prawda równa się - ból. Optymizm poznawczy w sferze ogólnych refleksji o genezie mózgowej jest złudny i nie wyrazi precyzyjnie kondycji człowieka wobec cywilizacji. Do tego trzeba dołożyć indywidualne i zbiorowe cierpienie. Świadczy o tym Kohelet w księdze z IV w. przed Chr.: „… w wielkiej mądrości – dużo utrapienia, a kto powiększa wiedzę – powiększa cierpienie.” Swoje cierpienie – dodajmy uczciwie, ale to swoje przenosi się, w pewnym stopniu, na bliskich, a właściwie najbliższych i poprzez przeniesienie promieniuje dalej. Ból cielesny daje choremu impuls do ratowania swego życia, pielgrzymowania do medyków.  Trudniej z bólem duchowym. Jeśli postawi się wyłącznie na lek znieczulający: alkohol, narkotyki, wieloraki seks, tasiemcowe seriale, kolorową  prasę, ekstatycznie mechaniczną modlitwę, robienie pieniędzy, dominacje nad bliźnim, to jest oszukiwanie samego siebie. Rozpacz (przez duże R) - wyraz metafizyczno-egzystencjalny, jest wstępem do pozytywnych aspektów tragedii, do jej wielokierunkowych wymiarów, a od tragedii „twardnieją kręgosłupy” - jak pisze Stayron.

W moich zapiskach z odnalazłem tekst, który był niewątpliwie autentyczny w sensie oddania sytuacji i czasu mego umiejscowienia. Próbowałem oddać wyobcowanie z całej społeczności i wobec innych osób, a jednocześnie poprzez ironię i faktografię, przekazać osadzenie w konkrecie. Jest formą blisko literackiego świadectwa:

Przez różowe okulary

Jeśli wspomnienie przyjaźni wzrusza
ramiona; jeśli nawet nie pragniesz
kobiety i sen o kształcie jej ciała,
to obojętny na sytuację, organiczny wstręt;
jeśli odtrąca nawet anonimowa ciemność
kinowych sal i unikasz dobra
wyrządzanego przez ludzi, bo znasz
konieczność nadpłaty i domiaru;
jeśli nie walczysz o łut spokoju
potrzebny, aby z uwagą odejść od zmysłów
a wódka straciła smak zapomnienia
i kataplazm trzydniówki; jeśli omija ciebie
pospolite ruszenie do lepszego bytu
i dobra rozpacz nie szuka rozwiązania,
choćby w pętli luminalu; jeśli we wrogu
nie uznajesz wroga, a gdy tknięty
tym do żywego, plunie w twarz
nawet nie otrzesz plwocin:

- to czy możesz czuć, że nasz świat
może mieć nieprzebraną wspólnotę

z najlepszym z możliwych?

 

I zaraz przytoczę również własne, wynikające z doświadczenia, refleksje na temat funkcjonowania  bieguna przeciwnego rozpaczy:

Serce nadziei

Rzadko kroczy
tak  jakby nad monstrancją baldachim niosło
Z niepewnego siebie truchtu
ścieżką stresu wpada w cwał

Spod łuku żeber chce wyskoczyć
w dal
lecz przewiązane postronkiem aorty
smagane batem pulsu
ledwie stuka mozolnie
w pułapce piersi

I znów świeżość
źrebięce przebieżki
w cuglach racji i czystego lęku
zmienny rytm utrudzonej radości

Lecz galop
panicznie pozytywny galop
zwycięża

Nie wiadomo po co i dlaczego
po omacku dąży
w białe plamy błędnego istnienia

Przeciążona pompa krwi
pokrywa się pianą
Wydaje się

aż…  oceaniczną

 

Dopiero świat widziany oczami przetrawionymi przez upadek esencji i sensu egzystencji oferuje harmonię, zbawczy dystans  swoistej zażyłości - do wszystkich, każdego i wszystkiego co się zdarza. Taki dystans zażyłości staje się nadzieją, ukojeniem. Ukojeniem dość uniwersalnie  bolesnym, ale jednak pełnym ulg w napięciu na linii ja - świat, społeczność – moje poglądy, ja - inni, ja – ona , ona – ja.  Oczywiście zejście do pozycji równowagi musi owocować obniżeniem ostrości postrzegania i pojęciowej konstatacji, ale trzeba przetrwać, dojść do stanu, który zanotował R. M. Rilke w puencie swego utworu „Der Schauende” : - „Już go zwycięstwa nie pomniejszą./ Rośnie: głęboko zwyciężany/ przez moc – coraz to potężniejszą.” Oczywiście nie każdy zwyciężany „mocą coraz to potężniejszą”, może czekać aby go  nie dopadła atrofia sensu. Istnieje  „socjalne minimum duszyczki”, której „Wystarcza to czego nie ma /  pojęcia trwalsze niż śmierć (…) Wystarcza kruche piękno/ bolesnej zadry niepokoju…”.

Jakie są lekarstwa na rozpacz generującą w człowieku siłę buntu? Jakie lekarstwo podaje współczesny świat kreatorów modelu współczesnej zbiorowości osób? Zauważmy banalnie, że człowiek jest z natury rzeczy istotą społeczną i żadne, najbardziej skrajne indywidualizmy tego nie wyeliminują. Nie wypalą do końca wbudowanej w strukturę człowieka egzemy etyki i jasnych praw moralnych.  Wspomniałem wyżej, że w Biblii nie ma klasycznych przykładów na egzystencjalną rozpacz. Powiedziałem nieprawdę. Wystarczy przypomnieć mały fragmencik Listu do Rzymian św. Pawła gdzie pisze o bolesnym rozdarciu: „Stwierdzam istnienie takiego oto prawa: ilekroć chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. (…) Jakże nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie uwolni od ciała tej śmierci?”. Apostoł Narodów miał stosunkowo łatwe rozwiązanie tego problemu: objawienie pod Damaszkiem dawało impuls do szaleńczej, ale konstytutywnej drogi szerzenia nauki o zmartwychwstaniu Pańskim. Św. Piotr po zaparciu się Mistrza „gorzko zapłakał” i ten rozpaczliwy szloch dał mu siły na niesienie wiary, aż do ówczesnego mu Babilonu, czyli wszetecznej stolicy świata. Metanoia, „przemiana serca”, po najgłębszym z możliwych upadków, daje siły ponad normalne, ponad naturalne.

Anfechtung – to niemieckie określenie, bardzo wyraziście jest przypisywane kondycji i konstrukcji psychicznej Marcina Lutra. Znaczy ono – zakwestionowanie, podważenie wartości. Dotyczy głównie kondycji i odniesień osoby ludzkiej. Wobec  bezwzględnego „reformatora” używane jest przez jego biografów i krytyków w głębokim sensie egzystencjalnym. Niewątpliwa siła augustiańskiego zakonnika z XVI-ego wieku wypływała z kolejnych kryzysów, dodajmy kryzysów dla niego życiorodnych, generujących energię sprzeciwu i działania, takie Alpy odwagi. Upaść (wewnętrznie), aby się podnieść (zewnętrznie). Oczywiście, nie sugeruję wyrozumowanego stosowania tego mechanizmu. Trzeba by go wpisać w socjologiczny termin derywacji, czyli pozalogicznego uzasadnienia ludzkiego działania. Ale bardziej klarowna w tym względzie jest rzymska dewiza: - toczący się kamień nie porasta w mech (non fit hirsutus lapis per loca volutus).

Rozpacz  może być funkcjonalna, technicznie użyteczna. Może być bronią wobec osób pełnych empatii. Własną rozpaczą, czyli krzywdą,  można szantażować nie tylko otoczenie, ale wręcz całe społeczności. Z pewnością o aktach rozpaczy należałoby milczeć, być powściągliwym w szaleństwach i racjonalizacjach ich interpretacji, bo są intymne, aż do bólu i jednostkowe, ale nie wolno  też być w tej dziedzinie „milczącym psem”, bo wtedy staje się po stronie wrogów człowieczeństwa pojedynczego człowieka w stadnym przymusie potakiwania większości i opiniotwórczej sile „oświeconej” mniejszości.

Nie ma dla człowieka większej wartości: - wpaść w otmęty rozpaczy i z nich wyjść, wypłynąć na powierzchnię, pod którą są głębie już zgłębione, oswojone w aktach upadku i wzlotu. Zawsze jest to wzmocnieniem osobowości człowieka, paradoksalnie warunkiem  jej stabilności, a można zaryzykować tezę, że wtedy staje się człowiek człowiekiem w pełni. Nie tylko psychicznie, ale i duchowo; nie tylko jako „srodze” doświadczony, ale jako człowiek woli, „którego zwycięstwa nie pomniejszą”.

2016

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora