Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA. Cokolwiek...

Pewne czasopismo zachęcało w Internecie, by korzystając z urlopowego czasu ludziska zechcieli napisać do tego czasopisma cokolwiek. Obiecująca to propozycja, bo przynajmniej zwalnia z uciążliwego rozmyślania, CO napisać? Niektórym przeszkadzają chyba nadal staroświeckie poglądy, że do pisania potrzebne są jakieś szczególne predyspozycje, jak choćby wyobraźnia, wiedza, talent, natchnienie itp., czyli że nie wszyscy ponoć (nawet w świetlanej demokracji!) piszą na równym poziomie. A czy wśród czytających jest jednakowy poziom? Czytelnik współczesny do percepcji arcydzieł przygotowywany bywa raczej rzadko. Na ogół podsyca się mu jedynie apetyt na badziewie. Tym samym piszący cokolwiek może jako pisarz podobać mu się bardziej od wieszczów i mistrzów słowa.

Osoby nie w pełni nowoczesne, wobec pisania (i w dodatku publikowania!) czegokolwiek często zgłaszają bezzasadne wątpliwości: - Ja nie jestem pewny (a), czy bym potrafił(a) cokolwiek napisać. Staram się wtedy leczyć ich kompleksy stwierdzeniem: COKOLWIEK potrafi napisać KTOKOLWIEK. To ich czasem z lekka zachęci, ale bez niezbędnego twórczego rozmachu, bo i tak niepewnie dopytują: - CO ja mógłbym/mogłabym napisać? - Najłatwiej to co wszyscy, czyli wiersze, ale nikt ci przecież takich ograniczeń nie stawia! Możesz napisać powieść, esej, satyrę, recenzję, nowelę, bajkę, felieton, reportaż, referat, dramat, komedię... – Ale JAK? – Jakkolwiek!

Opcja cokolwiek-jakkolwiek to fundament prawdziwej rewolucji pisarskiej XXI wieku. Eksperci nowej ery prowadzą nawet specjalne warsztaty, na których uczą pisać cokolwiek i jakkolwiek kogokolwiek, by następnie publikować to gdziekolwiek.

Nie mając, niestety, nawyku wyrzucania rzeczy „niemodnych" i „przestarzałych", trafiłam we własnym domu (!) na miesięcznik „Znak" z lipca 1993 roku, a w nim na wypowiedź Czesława Miłosza (s. 131): „Kiedy w 1989 w rozmowie dla <Res Publiki> przestrzegałem przed zalewem paskudztwa idącego do nas z Zachodu, bo po tylu doświadczeniach powinniśmy mieć jakąś hierarchię spraw ważnych i nieważnych, to powiedziano mi: <Czy Pan chce, żebyśmy byli skansenem?>”. Minęło blisko 30 lat i z dumą muszę przyznać, że „skansenem" nie zostaliśmy. Paskudztwa takie, jak na Zachodzie, nie tylko czytamy, ale i pisać potrafimy!

W tym samym czasopiśmie, oceniającym kondycję współczesnych artystów, co krok spotykałam określenia: „erozja wyobraźni" i „zanik sfery duchowej". Z perspektywy lat muszę więc dojść do wniosku, że wyobraźnia i sfera duchowa chyba są w literaturze najzupełniej zbędne, skoro bez tych walorów obywatele piszą znacznie WIĘCEJ niż kiedyś. Po prostu piszą COKOLWIEK, dzięki czemu jest im pisać i łatwiej, i przyjemniej. By się w tej opinii utwierdzić, wystarczy mi sięgnąć po teksty znajomego recenzenta-poety. Wyobraźnię uważa on za udziwnianie, a rozważania duchowe za bełkot. Przyznaje, że za młodu też pisał „dziwnie i niekomunikatywnie", bo tak się właśnie objawia niedojrzałość twórcza. Natomiast wiersz twórcy dojrzałego musi być prosty jak budowa cepa! Jeśli takie jest kryterium dojrzałości, to w naszych wspaniałych czasach z roku na rok widzę zwiększanie się liczby poetów dojrzałych już w wieku wczesnoszkolnym, od razu po nauczeniu się liter! Znam nawet przedszkolaków, którzy napisali wiersz „wiosną kwiatki rosną", bez wątpienia komunikatywny, wolny od bełkotu i przewagi formy nad treścią, urzekający prostotą - czyli taki, do jakich urodzony w innych czasach recenzent dojrzał dopiero w wieku przedemerytalnym!

Z kolei pewna przedstawicielka zrzeszonych w związku twórczym literatów, błogiej swej prostocie dała wyraz prozą: „Nie zagłębiam się za bardzo w sprawy duchowe. Wszystko będę miała ocenione, gdy przyjdzie czas". Nim jednak ten czas przyjdzie, czarno na białym udowadnia, że to, co niegdyś wzniosie nazywano strawą duchową, można dziś pichcić, ducha mając w du...żym niepoważaniu!

Na szczęście zupełnie nie jest już aktualna czyjaś świetna fraszka z czasów PRL, zatytułowana Skarga brzucha na przemoc ducha: „Straszne nam dzisiaj nastały czasy. Więcej w nich książek, niżeli kiełbasy!" Gdy rozkwitł dobrobyt, kiełbasy już nie brak i raczej na miejscu byłaby skarga ducha na przemoc brzucha. Bo choć książek oraz publikacji są całe hałdy, i tak zamiast CZEGOŚ zawierają tylko COKOLWIEK. Chyba że są o gotowaniu i jedzeniu... Wtedy mówi się, że mają w sobie TO COŚ!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora