Janusz Orlikowski - Nie pytając o drogę (esej naiwny?)

Czy to możliwe? Ale taki tytuł zapisałem w komputerze niespełna dwa lata temu – pewnie z  myślą o nieodległej dacie napisania eseju, który to byłby ostatecznym w sensie rozstrzygnięć tematów powziętych wcześniej. Tak się nie stało. Tak się może stać teraz. Tylko, czy się stanie? Mam co do tego dużo wątpliwości. Poeta musi być szczery. Jakkolwiek brzmi to banalnie, banałem nie jest. Bo cóż to znaczy: nie pytając o drogę? Że już ją poznałem i teraz będę skupiał się na  realizacji? Dla poety drogą jest słowo – czy pisane dużą literą, to samo znaczy. Czy mogę więc bezapelacyjnie napisać: nie pytając o drogę? Nie, skoro dzieje się inaczej. Wiedzie mnie mój daimonion, który z pewnością wie więcej. Ile z tego będzie mi dane?

Brak wiedzy – i taka obecność przypominająca lekkość bytu... Coś się dzieje i nie dzieje zarazem. By tak rzec: brak złych, ale i dobrych mocy. Brak obecności tych drugich zwłaszcza nieopacznie tworzy zaniepokojenie: czy to nie aby – zgnuśnienie? Tego by należało bać się. To najbardziej przykre, co poetę (i człowieka) może spotkać. Nie czas i miejsce, aby ten problem rozwijać. Sądzę tu jedynie, że zgnuśnienie nie wyznacza powodu swej obecności.

A może to sprawdzian przydatności do raju? Może nie tego ostatecznego, bo ten byłby pisany dużą literą, lecz codziennego, zwykłego w ziemskim życiu...

Brak wiedzy. Nie wiem, ale i dlaczego odbieram to jako sprawdzian? Co ze mną się dzieje? W jakiej jestem sytuacji? W jakim „zdarzeniu”? W żadnym mówi mi każda chwila dnia i nocy. A co  to oznacza? Nic. Ot, dzieje się kolejność dni, kolejność nocy, które nie napawają lękiem. Czekają na jakiś znak.

To dobre dni i noce, mówię i mam ku temu powody. Nie pytam więc o drogę, tylko jestem. Ale dlaczego tak się równocześnie nie dzieje? Dlaczego odczuwam nie – takość. Że to nie to, że jednak rzeczywistość powinna dziać się inaczej. Co mnie oddziela, a co łączy z rajem, tym ziemskim rajem?

Z pewnością coś mnie łączy i o to pytał nie będę – ale co oddziela? Zaniepokojenie, że on się jednak nie dzieje? Cóż można mieć do zarzucenia atmosferze spokoju i braku złych zdarzeń w danej chwili obecności? Że dzieje się wszystko tak, jak dziać się powinno???  Zatem dlaczego odbieram ów stan jako właśnie nie – takość, że to głaskanie tego co jest i nic więcej. I co na to mój daimonion? Nic, bo odpowiedzi być nie może? Nie może, według wcześniejszych moich najistotniejszych ustaleń?

A zatem, albo odrzucić wszystko to co było, ten, by tak rzec – teologiczny sposób myślenia, albo nadal szukać w nim odpowiedzi. Powiedziało się duże A, sądzę trzeba powiedzieć i B. A stąd tylko jedna droga. (Stąd zapisany prawie dwa lata wcześniej tytuł eseju: Nie pytając o drogę, z dzisiejszym dopiskiem: esej naiwny?). Ów stan potraktować jako sprawdzian Boga. Czy ty się do raju nadajesz?  Odpowiedz mi swoją wolna wolą. Bo Ja cię tu do niego przygotowuję, ale mam i wątpliwości. Nie jesteś jeszcze przygotowany aby być w zwykłym raju, ale do tego predysponujesz. Czy to tak? Wiem, mój daimonion mi nie odpowie, przynajmniej teraz. I czy w ogóle? To nic dziwnego. Nie może być inaczej. Przypominam sobie, w wierszu Wokół czasu napisałem o Słowie:

jeśli czekasz Ono się nie pojawi
nie ma czasu na to by gdyby
które za tym się kryje
wolny wybór i nic poza tym

nie ma czasu na dyrdymały

Czy odrzucić mam ten sposób myślenia, gdy wszystko inne zdaje się być niżej? I co najważniejsze, nic nie tłumaczy. Byłbym niespełna rozumu, aby przeczyć. Ale jednak czuję tam jakąś drogę. Że sam rozum sprosta. Nie odbieram jednak żadnych sygnałów, że to tędy. I nie odbieram również innych. I stąd ten strach przed  „zgnuśnieniem”?... „nie ma czasu na dyrdymały”. Zawsze ufam poezji, jej słowom gdy ułoży się w artystyczną całość, a tak dzieje się w przypadku tego wiersza.

A może to przygotowanie do tego – co stać się może albo w niedalekiej przyszłości ma? I to zależy od mojej odpowiedzi, mojego odbioru obecnego stanu dzięki wolnej woli. Bo to jest możliwe. Przypominam sobie: tuż przed operacją guza w Instytucie Onkologii w Gliwicach, gdzie rokowania nie były wesołe (operacja trwała siedem godzin), pisałem esej Wokół czasu. Nie skończyłem go, ale wyłączając laptop powiedziałem mimochodem, bez wcześniejszej myśli: ja tu jeszcze wrócę. I wróciłem. Tamten sprawdzian wypadł pomyślnie. Dlaczego nie ten? Że jest we mnie już ta świadomość, świadomość świadomości? Meta świadomość by należało powiedzieć. Esej pod tym samym tytułem, co napisany około rok później wiersz, jego fragment, cytowany wcześniej.

dni mijają dni mijają inaczej
przeszłość przyszłość i Szatan i płacz
to teraz które się rozdwaja
jeśli czekasz że Słowo się pojawi

Ono nie może się pojawić, bo inaczej cóż warta byłaby twoja wolna wola. Jakie by miała znaczenie, jeśli odpowiedź wcześniej by przyszła z zewnątrz?
A jednak to co stać się może albo to co stać się ma, zależy też od ciebie. Ale i nie od ciebie, jeśli konieczne jest cierpienie, które według Boga ma być. Bo jeśli, tak jak On „myśli”, staje się ono warunkiem koniecznym, tak się stanie. Cierpienie, będzie z nami dopóty dopóki to będzie właśnie – konieczne. Nie sposób tego tłumaczyć inaczej.

A zatem – czy brak cierpienia w jakiś sposób od nas zależy? Czy mamy na nie jakikolwiek wpływ?

Przede wszystkim musimy zrozumieć zależność. To coś, co przypomina relację szef – podwładny, przy czym  to nie ten, który według nas wie zawsze lepiej i w ogóle, ale ten który tego nie daje do zrozumienia, a jednak okazuje się że tak. Okazuje się poprzez to, co się dzieje. Nam się tylko wydaje, że mogłoby dziać się inaczej. Nie mogłoby, skoro tak się zadziało.

Czyli wszystko zależy od Boga? Po cóż więc cokolwiek czynić? I znów niezrozumienie. To nie tak. Wolna wola to jednak nasza broń. O czym piszę? Właśnie o niej jako zgodzie na dziejące się zdarzenia a tym samym tej, która wyznacza drogę docelową – będącą tego właśnie, dziejących się obecnie zdarzeń, często przeciwieństwem. Droga do tego nie musi wcale na to wskazywać. Ten cel jeśli ma być osiągnięty, może być szeregiem nie tylko przeciwieństw, które mają jej przeczyć (cóż warty byłby inaczej diabeł), ale również zapewnianiem, że to nie tędy droga. Że jednak nasza wolna wola się nie myli. Bo jakże ona może się mylić, skoro tak stanowi? Oto najprostsza odpowiedź. Chodzi tylko o czas. O naszą cierpliwość. O umiejętność przetrwania czasu złych mocy. A nawet wtedy, gdy te oraz dobre są dla nas zatajone nie myślenie, że to zgnuśnienie, ale sprawdzian – po której stronie się opowiadasz, że pozwolę sobie wrócić do słów pierwszych szkicu.

Nie pytam więc o drogę. Ale w tej drodze może pojawiać się szereg pytań, które mogą się zdarzyć.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież