Justyna Babiarz - Dekada wzwyż. Fragmenty widziane oczami nastolatki

Mam siedemnaście lat i chodzę do liceum plastycznego.
Pisanie to świetna zabawa. – Tak twierdzi moja współlokatorka. – Postanowiłam więc spróbować, na przekór wszystkim moim polonistkom.
To niezła frajda.
Narkotyk.
Alkohol bezprocentowy.
Jazda na rowerze bez trzymanki.
Czy coś tam jeszcze!

Zacznę więc od początku. O ile można jeszcze odgadnąć, gdzie on jest. I jaką ma postać…
Zaczynanie od tego miejsca było w każdym bądź razie podstawą wszystkich szkolnych wypracowań.
Popisów, których szczerze nienawidzę, bo co mnie obchodzi jakiś tam bohater.
Mniej lub bardziej znany autor, a nawet autorka. Choć te są rzadsze. – Trzeba je więc uszanować.
Co mnie obchodzi miejsce akcji, a tym bardziej jej czas?!...
Ja mam siedemnaście lat. – Mnie wtedy nawet jeszcze na świecie nie było!
Mam ochotę krzyknąć, ale na języku polskim tego robić nie wolno. – Można co najwyżej wyjść do toalety, ale i to nie zawsze.
Piszę więc na marginesie, że to niezgodne z prawami człowieka. – Zbieram pałę i ląduję na planecie Ziemia.
Z powrotem…
To bardzo boli!
Wszystkie upadki w tym wieku bardzo bolą…
Cztery litery są bowiem bardzo miękkie i niepodatne nawet na zbyt długie siedzenie na krześle.
Nawet na języku polskim, który po cichu lubię.
A nie ujawniam tego nigdy! – Na złość polonistce.
Dojrzale piszę… To prawda?
Ale to nie dlatego, że jestem taka sama z siebie. – To zasługa Soni…
To ona jest dorosła, a ja czasem chcę być taka przy niej.
Zacznę więc od początku. O ile można w ogóle odgadnąć jeszcze gdzie on jest.
Nazwijmy go umownie „godziną zero”.
Umówmy się na coś, ale nie przywiązujmy do tego zbyt wielkiej wagi.
Tak robią ludzie dorośli.
Ja mam tylko siedemnaście lat i to, co ważne, dotyczy tylko tego, co jest tu i teraz.
Wracając jednak do przeszłości - „zero” nastąpiła w Dzień Zakochanych w maju. Czyli w ich miesiącu. Czyli gdzieś koło tego… Będę ściemniać, bo zarówno ja, jak i moja współlokatorka, chcemy pozostać anonimowe.
Godzina zero…
Null… Zero… Coś na kształt „O”…
Dziesięć lat starsza ode mnie Sonia weszła wtedy do pokoju z grobową miną.
Spostrzegłam to od razu i zabolało mnie to.
Boli mnie wyraz twarzy zbitego kota.
To i tym bardziej cierpię na widok skrzywdzonego człowieka.
Ja mam siedemnaście lat…
W tym wieku kocha się czarne ciuchy. – Wtedy też cierpi się podwójnie.
Siadłyśmy w tamtej chwili we czwórkę w kuchni, a ona opowiadała coś.
I język jej się plątał…
Nie dobrze. – To jej się nigdy nie zdarzało!...
Przez cały czas gadała, jak nakręcona uprzednio katarynka. – Do tej pory, w każdym bądź razie, była trajkotką dla dzieci. Bo pracowała w przedszkolu…
A teraz stop.
Dzisiaj dowiedziała się, że dłużej już to nie będzie możliwe. Dostała wypowiedzenie od pani dyrektor. To była jakaś tam redukcja etatów…
Brzmi uczenie. Ale kompletnie nie pasuje do zjawiska. Dotyczy przecież ludzi. I jedynie ich…
Być może jestem tylko siedemnastolatką, ale chyba ktoś tak to nazwał, bo miał „znieczulicę zawodową”.
Jak to dorośli mówią?...
Wypalenie.
Równie więc dobrze mógł ustawiać ludzi w rządku i strzelać do każdego, licząc przy tym odejmowane miejsca po przecinku…
Zbędne funkcje.
Odejmować.
Dodawać.
Dzielić i dalej błądzić.
Zredukować do zera wszystkich oprócz siebie.
Mam ochotę napisać o tym książkę.
Mam ochotę napisać powieść, by ludzie byli lepsi i żeby byli sobie potrzebni.
Podajmy sobie ręce!
Wszystko jednak to zrobię po maturze. Bo dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie.

Mina Soni nie wróżyła niczego dobrego. Bo w najlepszym wypadku gradobicie lub urwanie chmury.
Zmiany atmosferyczne na miarę tej burzowej, a może raczej burzliwej wiosny.

Sonia spała… Wyglądała przy tym jak zdrowe niemowlę!
Rączki do góry i mina aniołka.
Przynajmniej widać, że miała czyste sumienie.
Minął w ten sposób dzień drugi tej tragedii…
To weekend. Sobota.
Całkiem wolałam nasze wesołe rozmowy, jej śmiech i trajkot. – Styl bycia nastolatki. Tylko, że takiej starszej niż ja.
Teraz wszystkie cierpiałyśmy. – Ona, bo straciła pracę. A my, bo straciłyśmy Sonię…
W zamian za to zyskałyśmy staruszkę z psudozmarszczkami wokół oczu…
Nieciekawe jest to i interesujące zarazem, że potrafimy się zestarzeć lub odmłodnieć pod wpływem chwili.

Niedziela.
Sonia stroiła się do kościoła.
Wyglądała koniec końców bardzo elegancko i poważnie. – Zupełnie na swój wiek.
Dużo mówiła przy tym, ale jej paplanina tym razem nie miała żadnej energii. - Żadnej barwy w sobie.
Wszystkie czekałyśmy przy tym na to, że stanie się jakiś cud.
Może w poniedziałek.
A może jakimś cudem jeszcze tego samego dnia.

Pierwszy dzień tygodnia i czwarty dzień krwawej jatki.
Sonia niestety śmiała się tylko z siebie…
Bawiło ją to, że wygląda na nastolatkę. - Tak jak ja.
A zaraz potem płakała z tego samego powodu.
Intensywnie szukała pracy. Zbyt intensywnie.
Widziałam ile ją to kosztuje.
Obawiałam się o nią.
Bałam się na przykład prozaicznie, że w tym beznadziejnym biegu złamie sobie nogę albo rękę. Bo to, że mogła zgubić buta na wysokim obcasie. – To trudno się mówi.
Ciężko za to przecież by było szukać zatrudnienia z kończyną w gipsie…
Jednak czy ktoś teraz potrzebuje w ogóle przedszkolanek?
Oto jest pytanie.
Chodzące wtedy po mojej głowie bez końca.
Tymczasem Sonia oczekiwała od nas trzech, które kryłyśmy się po kątach, słownego wsparcia i podtrzymania na duchu.
I wyglądało na to, że to nasze wspieranie jej na szczęście działało…

Wtorek wieczór. – Bo dopiero wtedy się widziałyśmy.
Było ciężko.
Bezefektownie.
I smutno.
Moja dziesięć lat starsza współlokatorka stwierdziła mimo wszystko, że w takiej chwili można się tylko napić.
Piwo jednak, po trzech łykach, wylądowało w lodówce.
Sonia położyła się na swoim łóżku z nogami do góry.
Moi rodzice też boją się o swoją pracę.
A teraz po tym wszystkim, co wydarzyło się z Sonią, to i nawet ja.
Chociaż nie skończyłam przecież jeszcze nawet szkoły średniej.
Nie mam matury.
Ani zawodu.
Więc chyba tym bardziej jest się czego bać?
Czuje się lęk, chociaż nawet jeszcze niczego porządnie się nie zaczęło.
Czy ja dobrze piszę?
Czy opisuję rzeczy poprawnie?
Tego to się chyba nigdy nie wie…
Taką wiedzę posiadają tylko polonistki.
Chociaż może również ich dzieci. - Zgodnie z prawem dziedziczenia Mendla.

Ja w każdym bądź razie rozumiem co piszę.
Lecz jednak czy inni rozumieją mnie - to nie wiem.
Zwłaszcza dorośli.
Bo ja jestem tylko półdorosła.
Półwychowawczy produkt.
Półefekt.
Ja mam tylko jedyne siedemnaście lat.
Nie ma się nawet czym podzielić.
Bo mi zabraknie…
Zabraknie mi do dorosłości.
Więc czy to, co ja piszę jest tak samo ważne, jak to, co zapisują dorośli?
Czy może lepiej krzyczeć tak jak dziecko, że się nie dostało tej zabawki.
Choć mi nie wolno.
Choć już mam zakaz.
Bo dzieckiem też już chyba nie jestem…

Zapadła noc.

Tydzień drugi…
Nawet przez moment się dobrze bawiłyśmy.
Całkiem nieźle.
Prawie tak jak dawniej.
Jadłyśmy lody.
Ja i Sonia. Bo dwójka naszych współlokatorek przebywała akurat poza domem.
I wtedy obraz tej znanej mi krótko, ale jak dotąd z zupełnie innej strony, dziewczyny mnie przeraził.
No i te poziomkowe lody pod wpływem strachu stawały się w ustach zupełnie sine.
Brak perspektyw.
Jak ich niedobór zupełnie…
Za to kupa nadziei dawanych na „za jakiś czas”.
Słuchałam więc jej gorzkich wskazówek. I kupiłam w myślach plan, jak zapobiec takiej katastrofie dziejowej w swoim przyszłym życiu.

Znalazłam…
Tydzień trzeci.
Dostałam pracę… Myślałam, że być może będziemy pracować obie. – Do Soni mieli już tylko oddzwonić.
Nadzieja jest w nadziei…
Nikt z nas nie wiedział co będzie dalej…
A wieczorem na tle naszych myśli słychać było tylko stukot pociągów…
Jadących jakby śpiewały kołysankę dla dzieci.
Dla ich rodziców.
Dla dziadków.
Dla ich rodzeństwa.
Monotonny dźwięk bez melodii…

Tydzień trzeci. Dzień drugi…
Przelewanie myśli na papier szło mi coraz lepiej, ale wiedziałam, że niedługo niestety będę musiała kończyć…
Nauka…
Koniec roku szkolnego.
I takie tam nudne sprawy.
Zamierzałam jednak wrócić do pisania w lipcu.
Kiedy podejmę swoją pierwszą pracę…

Sonia zadzwoniła.
Oszuści!...
Nic z tego nie będzie!
Kiedy znalazła się już w mieszkaniu zaczęła ostrzegać i mnie.
W napadzie dzikiej furii wyrzuciła swojego buta na wysokim obcasie przez okno.
W swoich najczarniejszych wizjach widziałam, że zabiła nim sąsiadkę i pójdzie teraz do więzienia.
A tego to na pewno Sonia nie chciała osiągnąć.
Kiedy okazało się jednak, że szczęśliwym trafem nikomu nic się nie stało, moja współlokatorka powiedziała mi, że nie chce, żebym poszła teraz do pracy, która nie będzie mi się podobać.
Zaznaczyła przy tym, że mam jeszcze czas…
Że praca - przynajmniej aktualnie – musi dać mi jakąś wyraźną, ponad wszelkie niedogodności, satysfakcję.
Słuchając jej wtedy odniosłam wrażenie, iż element ten jest tak ważny…
… Że w dorosłym życiu pewnie warto dla niego nawet wyrzucać własne buty przez okno.
A swoją drogą. – Zaintrygowało mnie co robiła Sonia w tym przedszkolu, kiedy się zdenerwowała?
Ma bardzo dobre referencje, więc mogła co najwyżej wyrzucać klocki i to te małowartościowe…
Nie do pary.
Nie pasujące do kompletu…
Jakiś wybrakowany element, którego jednak każdy bał się umieścić na stałe w firmowym koszu na śmieci.

Mała stara i stara mała czyli urodziny…
Początek trzeciego tygodnia czyli koniec bezrobocia. – Świetnie komponujący się przy tym z końcem mojego pisania…
Sonia bowiem znalazła pracę i zaczyna ją od jutra. – A dziś, dla odmiany, kończy dwadzieścia siedem lat…
My we cztery to wiemy na pewno. – Inni nie wpadliby na to nigdy…
Na imprezie mój wzór do naśladowania stwierdził, że „zjadł eliksir młodości”…
A potem zapytał się dziwnie  o siebie – tak dla draki - „dlaczego ja tak dziecinnie wyglądam?”
Za to, kiedy zaśpiewałyśmy mu „Sto lat”, zmarszczył brwi, udając jakieś mocne zafrasowanie. I powiedział zaraz, żeby nas rozśmieszyć, że teraz to już niewiele mu zostało.
Specjalnie – ze względu na mnie – Sonia kupiła na tę okazję szampan bezalkoholowy. Którego zresztą prawie cała zawartość zaraz po otwarciu butelki wylądowała na podłodze.
Tak jakby przez zaskoczenie po wielkim wybuchu…
Bum!...
Takim, jakiego nie produkuje nawet szampan dla dorosłych.
Bawiłyśmy się przednio.
Ja byłam wtedy ta niby stara, poprzez towarzystwo, w jakim przebywałam.
A Sonia – młoda. Bez niby nareszcie!...
Bo tego dnia była już znów wesoła i młoda naprawdę.
To była miła dla nas wszystkich, włącznie z nią, metamorfoza…
Od zgorzkniałej staruszki. Do nastolatki…

A jutro jest znów nowy dzień…

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież