Anna Kapusta - Wszystkie jesteśmy zakonnicami. O siostrzeństwie w patriarchacie

Mistrzyni przestrzega: żadnych indywidualnych przyjaźni. Więzi mają być wspólne, bo jesteśmy wspólnotą. Jeśli chcesz w niedzielę pójść na spacer ze współsiostrą, to za każdym razem z inną. Rozmawiaj ze wszystkimi, z żadną częściej, z żadną dłużej. Właśnie tak ma wyglądać siostrzeństwo w Chrystusie. I z profeskami nie wolno wam, postulantkom, mieć kontaktu więcej niż to konieczne. Z profeskami, czyli siostrami, ktore złożyły już śluby. Nie wolno zagadywać, wchodzić do ich cel, spotykać się z nimi w ciągu dnia, chyba że wymaga tego wasza praca. Dlaczego? Bo tak jest przyjęte. Mistrzyni nie tłumaczy. Nie ma obyczaju wyjaśniania przepisów, reguł i poleceń. Tak ma być i już. Wola Boska.

Marta Abramowicz, Siostra Joanna i Magdalena, s. 17.


Reportaż antropologiczny, czyli antropologia stosowana

Jeśli miałabym potraktować jedną etykietą książkę Marty Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu, bez wątpienia powiedziałabym, że jest to reportaż antropologiczny.

Autorka prowadzi bowiem swą opowieść witrażowo, wyświetlając ją opowieściami bohaterek, byłych zakonnic, czyli opowiada ona swój świat, (bo każda opowieść antropologiczna jest również świadectwem świata doświadczeń jej autorki/autora), wypowiadając świat tych kobiet, którym ani nie udziela się głosu w tak zwanym dyskursie publicznym, ani one same nie udzielają sobie tego prawa głosu w przestrzeniach prywatnych po opuszczeniu zakonu, wykluczone i samowykluczone w swym uwewnętrznionym wykluczeniu. Marta Abramowicz opowiada swój unikalny warsztat antropologicznej wrażliwości opowieściami kobiet - najpierw kobiet, dopiero potem zakonnic i byłych zakonnic. Staje się ona w tej opowieści profesjonalną antropolożką społeczną, a gest snucia opowieści z opowieści to reportażowa antropologia stosowana, wrażliwa społecznie na słyszenie głosów na co dzień wyciszonych. Reportaż, który w ten sposób powstał, to jedynie pisarska forma podawcza antropologicznej eksploracji, najbardziej adekwatna chyba zresztą dla podejmowanego tematu byłych zakonnic funkcjonujących w polskim kontekście społecznym. Jedynie, bo za dziennikarskim gatunkiem reportażu antropologicznego kryje się dojrzały, konsekwentny i wrażliwy społecznie warsztat antropolożki terenowej. Procentują tu wyraziście i akademicka psychologia, i praktyka psychoterapeutyczna, czyli sprawność intelektualnej refleksji nad psychiką człowieka i systemami społecznymi ją modelującymi oraz psychoterapeutyczna postawa akceptacji dla przyjmowanej opowieści. Marta Abramowicz pisze wprost, że „przez wiele lat badała grupy w socjologii zwane hidden, czyli ukryte” (s. 8) i efekty tych praktyk badawczych, nie do podrobienia w wędrówkach wprawnego oka antropologicznego, widać w książce co krok. Wytrenowana we wrażliwości na społeczne mechanizmy wykluczenia autorka wykazuje się rzetelnym warsztatem antropologicznych badań jakościowych. Abramowicz mistrzowsko pracuje w terenie i mistrzowsko prowadzi etnograficzne wywiady, a ich efektem są - przyjmowane w etycznym przymierzu terenowym - opowieści kobiet. Autorka podąża konsekwentnie za ukrytą grupą, świadoma kosztów empirycznych jej tak zwanej „niereprezentatywności”, to znaczy decyduje się ona na badanie dostępnych dla niej jednostek. Bo Marta Abramowicz jest świadoma – użyjmy tego słowa – szczucia ją przez stereotypowych: odbiorczynie i odbiorców, wśród nich także profesjonalnie niezrealizowanych terenowo badaczki i badaczy, żądających od książki bezmyślnie (lub cynicznie), mitologicznych już w badaniach społecznych, „obiektywności” i „reprezentatywności”. W tym oto szczuciu (rytualnym w Polsce) konformizmem, który łatwo było autorce przewidzieć, rozpoczynając tak wrażliwy na tabu społeczne projekt, Abramowicz podziela tabuistyczną sytuację swych bohaterek i jest w tej postawie etyczny gest społecznej solidarności typu badaczka/autorka – badane/bohaterki. Nie stanowi bowiem przecież tajemnicy fakt, że dla Abramowicz, specjalizującej się w eksploracji grup wykluczonych, jasnym było, iż pierwszym argumentem przeciw jej książce stanie się owa „niereprezentatywność”, mylona w Polsce nagminnie z „nierzetelnością”. Stąd zapewne i kluczowy wybór formy podawczej – reportażu antropologicznego, bo mógł powstać przecież i raport badawczy, i artykuł naukowy, i biograficzne studium przypadku. Każdą z tych form Abramowicz była w stanie podjąć, gdyż posługuje się nimi od lat. Wybrała jednak reportaż antropologiczny. Reportażystka z antropologicznym okiem albo antropolożka społeczna z talentem reporterskim rozpoczyna opowieść od ujawnienia relacji z konsultowania tematu z dostępnymi w Polsce ekspertkami i ekspertami (Wstęp: korespondencja), tak byłymi zakonnikami, badaczami uniwersyteckimi, jak i dziennikarką-teolożką feministyczną. Abramowicz wymienia ich nazwiska (co w Polskiej humanistyce i naukach społecznych nie jest wcale oczywiste), zaznaczając sprawdzany przed podjęciem projektu stan badań, których – nadal – w Polsce nie ma, bo tabu społeczne, któremu ulegają akademicy, każe wierzyć, że takowych badań „nie da się zrobić”. „Nie da się” mówią autorytarnie ekspertki i eksperci, zniechęcając owym, rytualnym szczuciem każdego, kto obszar tego tabu „zbadać by chciał”. Abramowicz wymienia Stanisława Obirka, Jacka Krzysztofowicza i Tadeusza Bartosia, byłych księży zakonników, profesora Józefa Baniaka i teolożkę-feministkę aktywną dziennikarsko, Zuzannę Radzik. Co interesujące, w przytoczonej na kartach książki korespondencji z profesorem Baniakiem i rozmowie z Radzik pojawia się frapująca genderowo dystynkcja zniechęcania/zachęcania do projektu. Radzik unik w podjęciu tematu byłych, polskich zakonnic motywuje brakiem dostępnych osób/danych (w rozmowie telefonicznej z Abramowicz mówi: „- Łatwiej mi było umówić się na rozmowę z przeoryszą na Filipinach niż z kimś w Polsce – rozwiała moje [Abramowicz-przyp. A.K] nadzieje. - W związku z tym postanowiłam [Radzik – przyp. A.K.] nie pisać o polskich zakonnicach” (s. 10). Tak zwierza się kobieta-ekspertka-feministka. Mężczyzna-ekspert, profesor Baniak w odpowiedzi majlowej dzieli się natomiast porażkami w planowanym temacie i sugeruje rozwiązania badawcze, pozwalające choćby częściowo oswoić tabu (poleca Internet i fora), wskazuje też stowarzyszenie byłych osób duchownych, a na koniec życzy „powodzenia w tych staraniach” (s. 10-11). Wygląda na to, że w polskim kontekście dialogu eksperckiego łatwiej uzyskać kobiecie wsparcie mężczyzny niż kobiety (patriarchalny baklash)? I niech w tej dygresji retoryczny znak zapytania ocali mnie przed gradobiciem zaprzeczeń polskich ekspertek, ale i ja znam z relacji kobiet-badaczek takie doświadczenie, tym bardziej doceniając rzetelność i uczciwość Abramowicz. Autorka pisze o „dwudziestu byłych zakonnicach” i o „pół roku” założonym na dotarcie do nich. W książce publikuje bibliografię merytorycznych tekstów przewodnich oraz, przydatne w rozwijaniu wyobraźni i wrażliwości społecznej, zestawienie „bohaterek książki” zawierające lata pobytu w zakonie oraz lata, które upłynęły od odejścia z zakonu. Abramowicz zachowuje odpowiedzialność za dane wrażliwe, informując o ich zmianie na prośbę bohaterek (s. 215), a więc kreując przestrzeń bezpieczeństwa publicznego. Książka zawiera istotny dla etyczności, rzetelności i uczciwości podjętych działań „kontakt z autorką” (adres strony internetowej oraz bezpośredni e-mail Marty Abramowicz). To jeszcze jeden gest odpowiedzialności i zobowiązania wobec kobiet-opowiadaczek, także tych, do których nie udało się autorce dotrzeć. „Wszystkie osoby chcące podzielić się swoim komentarzem, w tym szczególnie siostry zakonne, zapraszam do kontaktu” - otwiera przestrzeń dialogu (strona nienumerowana, 223). Autorka, posługując się warsztatem antropologicznym trenowanym przez wiele lat w komunikacji z grupami wykluczonymi, staje się badaczką-antropolożką społeczną z tytułu wykonanych w projekcie praktyk, bo z dyplomu uniwersyteckiego Abramowicz jest psycholożką. Wybiera świadomie reportażowy kod przekazu, aby odsłonić jakość antropologii stosowanej, czyli pejzaż antropologicznego oka zwróconego ku społeczeństwu. Reportaż pozwala uchwycić tabu istnienia kobiet w procesie zmiany biograficznej, jaką jest opuszczenie zakonu. Odsłania się tu wrażliwość na bycie kobietą ukrytą i wykluczoną. Powstały reportaż to opowieść kobiety tkana z opowieści innych kobiet. Mocny gest siostrzeństwa.

„Same poszły do zakonu”, czyli o społecznej produkcji wykluczenia

Książka Marty Abramowicz – poprzez odsłanianą w niej ukrytą grupę byłych zakonnic – jest negatywowym portretem dominującego nurtu społeczeństwa polskiego. Tego społeczeństwa, które liczy się z Kościołem i chadza do kościołów, nie czytając Biblii i nie orientując się w podstawowych dogmatach chrześcijaństwa. O byłych zakonnicach sama rozmawiałam wielokrotnie z tym właśnie, użyjmy jeszcze raz tej hipostazy, dominującym nurtem społeczeństwa polskiego jako że w kręgu moich kontaktów także istnieją byłe zakonnice. Moimi rozmówczyniami bywały zwykle kobiety, badaczki-akademiczki, ale i dyrektorki firm oraz nauczycielki na wsi, ateistki i katoliczki, matki i bezdzietne. Od lat, zanim jeszcze miałam w rękach książkę Abramowicz porażała mnie powtarzająca się puenta: „same poszły do zakonu”, co oznaczało: „miały, co chciały”. W tym twierdzeniu skrywa się - w mojej ocenie - specyficznie postsocjalistyczna, polska, kobieca postawa lęku wobec kobiecej zmiany biograficznej. Paraliżująca swym protekcjonalnym okrucieństwem opresja kobiet względem kobiet, czyli istota funkcjonalna patriarchatu, bo bywa że nikt tak jak matka, siostra, czy koleżanka nie wymierza owej byłej zakonnicy policzka za dwukrotną zmianę biograficzną, jaką jest wstąpienie i wystąpienie z zakonu. W patriarchacie to kobiety reprodukują (wtórnie) przemocowe reguły wykluczania kobiet. I tym opresjonującym wykluczeniem jako niedopowiedzianą karą za swoistą mobilność biograficzną (decyzyjność) kobiet karmią się najczęściej przemocowe (w swych niejawnych funkcjach) grupy niszowe. Abramowicz na warsztat antropologiczny wzięła zakony czynne, ale reguła reprodukcji opresywnych grup niszowych jest uniwersalna i, jak to w patriarchacie, nie dotyczy ona wyłącznie kobiet, choć to kobiety przecież wcielają się w role najokrutniejszych strażniczek patriarchatu. Delegowanie stosowania okrucieństwa ufundowuje zawsze patriarchalną przemoc. Tę uniwersalną regułę odtwarzania się przemocy w grupach niszowych nazywam syndromem podwójnej opresji i dwukrotnego wykluczenia. Mam tu na myśli społeczną sytuację jednostki, u Abramowicz kobiety, która najpierw decyduje się na wyłączenie z dominującego dyskursu społecznego poprzez wstąpienie do zakonu, a następnie podejmuje jeszcze trudniejszą psychicznie decyzję o odejściu z tej grupy i próbie powrotu do głównego nurtu życia społecznego. W przypadku zakonnic pierwsza opresja to właśnie wstąpienie do zakonu, świecko: śmierć społeczna, sakralnie: „śmierć dla świata” ku „narodzinom we wspólnocie zakonnej”. W tej fazie wstąpienia w życie zakonne (wystąpienia z życia świeckiego) dokonuje się symboliczne wyłączenie kobiety ze zwykłego społeczeństwa. Tej decyzji najczęściej „nie rozumie” ów dominujący nurt społeczeństwa, co interesujące ani zaangażowanego religijnie, ani nieuczestniczącego w Kościele. Równie raniące bywają dla kandydatek na zakonnice komentarze matek, co i puenty tej decyzji pochodzące od nieuczestniczącego w Kościele (choć określającego się najczęściej jako katolickie) społeczeństwa polskiego. W tym miejscu można by przytoczyć szereg historii rodzinnych z wstąpieniem do zakonu w tle i równolegle do nich seksistowskich pseudodowcipów o zakonnicach. Reguła podwójnej opresji i podwójnego wykluczenia osób powracających z grup niszowych, tu byłych zakonnic, opiera się więc na żywotnym fakcie społecznym, iż patriarchalne społeczeństwo polskie nie jest inkluzywne, lecz przeciwnie: bardzo chętnie wyklucza i niechętnie włącza do głównego nurtu jednostki, które zdecydowały się na niestandardowe zmiany biograficzne, w szczególności kobiety. W tej perspektywie była zakonnica przechodzi dwukrotnie stres swoistego, statusowego coming outu, raz wstępując do zakonu, drugi raz z niego występując. Bywa, że siła pierwszej opresji związanej ze wstąpieniem do zakonu jest tak ogromna, że nie wystarcza już kobietom zasobów do mobilizacji (fizycznej, psychicznej i społecznej), aby z zakonu wystąpić, kiedy czują się tam źle. Marcie Abramowicz udało się uchwycić, w kalejdoskopie kobiecych opowieści, empiryczne reprezentacje tej oto reguły podwójnej opresji i podwójnego wykluczenia kobiet - byłych zakonnic. Reportażowa Siostra Dorota przygotowująca się do wystąpienia z zakonu opisała lęk wynikający z mechanizmów wykluczenia - bycia jednostką wyłączoną z dominującego dyskursu, a następnie wydalaną z niszy:

Siostry mnie unikają [wyznaje w swym pamiętniku – przyp. A.K.]. Nie mam z kim porozmawiać. Jesteś na wylocie, jesteś jak trędowata./ Boję się powrotu choroby, boję się modlitwy. Boję się nie spać, boję się milczeć, boję się  narazić wspólnocie./ Zachowałam dwie tabletki hydroksyzyny, chcę ich nazbierać dużo. (Siostra Dorota, s. 50.)

System opresjonowania jednostki wewnątrz grupy niszowej kolaboruje z mechanizmem wykluczenia tej jednostki w przypadku próby powrotu do dominującego nurtu życia społecznego. W otwartym społeczeństwie byłe zakonnice spotyka przemoc, bo i tu systemowo każda z nich jest Kobiecą-Inną. Dylemat bycia w niszy przemocowej, jaką dla wielu zakonnic okazuje się zakon, zasadza się zatem na niebanalnym pytaniu: pozostać w zakonie, czy wystąpić i wystawić się na przemoc wykluczenia patriarchalnym stylem myślenia w antyinkluzywnym społeczeństwie. Marta Abramowicz ten system podwójnej opresji i podwójnego wykluczenia opisała opowieściami kobiet:

Dwadzieścia historii. Było już siedem. Następnych trzynaście jest podobnych. Czy były w zakonie rok, siedem czy dwadzieścia pięć lat, siostry mówią to samo. Czy ktoś w ogóle będzie słuchał? Jeszcze jednej historii: o przełożonej, która po swojemu wyraża wolę Bożą, o walce z wiatrakami, o osuwaniu się w ciemność.../ Każda historia zasługuje na uwagę. Bo byłe zakonnice nikomu nie opowiadają o swoim życiu. Nie występują w telewizji – powiedzieć złe słowo na zakon, to stanąć samotnie przeciw Kościołowi. Nie mówią znajomym ani rodzinie, bo ludzie nic nie rozumieją. I nie wierzą. Dla ludzi świat jest prosty: odeszła, bo na pewno w jakimś księdzu się zakochała. W ciążę z biskupem zaszła. Jak one tam bez chłopa wytrzymują? Chyba w czystości nie żyją? A po co im gromnice? Ha ha ha./ O czym oni mówią?/ Jaki biskup? W zakonie walczy się o przetrwanie./ Jaki ksiądz? Tam się szuka sensu, który dawno został zagubiony./ Jakie pokusy? Gdy pada się ze zmęczenia …/ Jak przekazać to, co naprawdę istotne? Wytłumaczyć, że chodzi o coś zupełnie innego?/ Opowiedzieć o rzeczach wielkich i małych. Wielkich, które bolą. Małych, które śmieszą, ale gdy jest ich dużo, człowieka ogarnia poczucie absurdu. (7+13, s. 119.)

Gest siostrzeństwa autorki to strategia inkluzywnego uwrażliwienia społeczeństwa głównego nurtu na specyfikę biograficznej zmiany kobiet usiłujących powrócić do życia społecznego po doświadczeniu niszy. Społeczeństwo polskie potrzebuje takich mocnych lekcji odpowiedzialności za wykluczenie, które jest produkowane w mechanizmach braku społecznej akceptacji dla kobiecego wyboru biograficznego i jego korekty. Byłe zakonnice, to po prostu kobiety, które odważyły się dwukrotnie podjąć niepopularne decyzje wstąpienia do zakonu i wystąpienia z niego. Dały tym społeczeństwu demonstracje jednostkowej wolności kobiecego wyboru, a tego polski, oparty na chłopskiej strukturze mentalnej, patriarchat nie wybacza nikomu, kobietom wymierzając najwyższe stopnie kary za ich osobistą refleksyjność i decyzyjność. W Polsce wykonawczyniami sankcji za kobiecą decyzyjność uobecnianą w zmianach biograficznych najczęściej stają się kobiety – siostry, matki, babki, koleżanki. Te, które o innych kobietach, dźwigających doświadczenia traum grup niszowych mówią na jednym wydechu: „same poszły do zakonu”. „Same poszły do zakonu” - „same tego chciały”, choć „one” - okazuje się - ukrytym „my” systemu społecznych opresji, kiedy kobiecy wybór biograficzny nie mieści się w czyimś stereotypie. Zakon w pracy Marty Abramowicz to także nośna metafora polskiego zakonu kobiet, prawa braku prawa do decydowania o sobie. „Za stare na studia”, „za młode na awans” - wszystkie bywamy zakonnicami w systemach naszych wyborów biograficznych. Patriarchat nas dyscyplinuje.

Polski zakon kobiet, czyli o siostrzeństwie w patriarchacie

Reportaż antropologiczny Marty Abramowicz to także sugestywna etnografia pozornej władzy kobiet w patriarchacie. Władzy niemającej żadnego znaczenia poza zgettoizowaną wspólnotą kobiet, ufundowanej na surrealistycznej przemocy kobiet wobec kobiet, które w męskocentrycznym świecie społecznym nie posiadają żadnej decyzyjności. Skazane są one na wtórność, służebność i odreagowywanie swej niedecyzyjności na jeszcze niżej usytuowanych w hierarchii społecznej. Zakon to przecież jeszcze jedna kobieca organizacja, w której na co dzień spotykają się – twarzą w twarz – kobiety. Jeszcze jedna wspólnota kobiet wyłączonych z dominującego dyskursu społeczeństwa. Marta Abramowicz głosami kobiet-byłych zakonnic obnaża uniwersalne reguły systemu kobiecej przemocy (bezpośredniej przemocy kobiet względem kobiet), siłą niszczenia odreagowujących własną bezradność i brak realnej władzy w przestrzeni publicznej. Z przemocowym odreagowaniem reguł patriarchatu mamy do czynienia przecież nie tylko w zakonie, w którym (de facto i de iure nieposiadające żadnej władzy w Kościele) Matki Przełożone odreagowują własną bezsilność (w dogmatycznej hierarchii Kościoła) na szeregowych zakonnicach. Z podobną strukturą władzy kobiet wobec kobiet mamy do czynienia w wielu innych przykładach instytucji patriarchatu: w polskich uczelniach wyższych, w jednostkach budżetowych i firmach prywatnych, bywa że i w rodzinach. To bezsilne kobiety najmocniej uderzają w słabsze kobiety, bo taka jest reguła patriarchalnej przemocy kobiet. Symboliczne delegowanie przemocy w patriarchacie zawsze posiada wysublimowaną, zestetyzowaną, a czasem i zdeifikowaną  wykładnię:

Siostry przełożone są przekonane, że postępują słusznie. Mistrzynie i Matki Generalne nie są złymi macochami, które gnębią swoje córki, one wierzą, że prowadzą je do doskonałaości. Że robią to, czego oczekuje od nich Chrystus. Że takie zadanie wyznaczył im Kościół. Zakonnica ma być cicha i pokorna jak Maryja. Powinna iść za przykładem Faustyny i Małej Tereski. Kościół przecież uznał je za święte. Im bardziej rezygnują z siebie, im bardziej wyrzekną się świata, im więcej upokorzeń przyjmą, tym bliżej są Boga. Ich droga to nieustająca ofiara i umartwienia./ Czyż nie jest to jasna wskazówka? Mała Tereska wyznała na łożu śmierci, że najbardziej dokuczliwe w klasztorze było dla niej zimno, ale nigdy nie poprosiła o dodatkowy koc. Walkę z gruźlicą wolała toczyć w nieogrzewanej celi niż w szpitalnej izbie. A Faustyna powtarzała, że chce się ścielić pod stopy sióstr niczym dywanik i pragnie jak największych upokorzeń. Uważała, że jako jako „największa nędza i nicość” musi błagać Boga, aby się nad  nią zmiłował i kształtował jej biedne serce według swojego upodobania. Czyli poprzez posty, umartwienia i cierpienie …/ Czy Chrystus pragnął, żeby zakonnice żyły w ten sposób? Czy to nakazuje im religia katolicka? (Święte, s. 131.)

W opowieści (z kobiecych opowieści), jaką otwiera książka Marty Abramowicz - lokalny, polski kontekst codziennego funkcjonowania przemocy w polskich zakonach żeńskich podpowiada, że tłem sytuacji w tych zakonach żeńskich jest symboliczny, uwewnętrzniony przez kobiety-zakonnice status władzy kobiet w polskim społeczeństwie. Abramowicz dokonuje szerokiej, globalnej komparatystyki funkcjonowania polskich i zagranicznych zakonnic, zauważając przełom Soboru Watykańskiego II., który w Polsce niemalże nie zaistniał mentalnie w przypadku zakonów żeńskich, w odróżnieniu od zakonów męskich. Jak konstatuje Abramowicz „zakonnice w Europie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i innych krajach zakwestionowały utrwalony porządek (s. 151).” Tam „posłuszeństwo zaczęło zmieniać się w dialog” a „przełożona utraciła władzę absolutną (s. 151).” Polski, lokalny kontekst oparł się tej reformie. Na świecie są aktywne zakonnice-feministki, a pojęcie gender nie jest straszne w formacji osób konsekrowanych. W Polsce trudno wciąż wyważyć dawno otwarte drzwi przekonując ludzi, że równość i poszanowanie różnorodności to podstawa nie tylko demokracji, ale przede wszystkim nowoczesnej gospodarki. Lektura książki (i gigantycznej pracy antropologicznej na rzecz samowiedzy polskich kobiet) Abramowicz poddaje nam zestaw ciężkich, empirycznych argumentów potwierdzających związek pomiędzy chłopsko-pańszczyźniano-rozbiorowymi fundamentami polskiego patriarchatu, a brakiem uspołeczniających kobiety, kobiecych więzi. Polskie kobiety wytrenowane są w tworzeniu gett, wspólnot traumy, świątyń przemocy ku (rzekomo) Wyższemu Dobru, jakim bywa niepodległość, etat budżetowy, misja humanistyki, a niekiedy obecność feministek w mediach. Nauczono nas nosić czarne suknie żałoby narodowej, habity zakonne, kitle pielęgniarek, gronostaje i uniformy korporacyjne, ale nie umiemy ciągle tworzyć kobiecych sieci wsparcia, zwanych tu i ówdzie siostrzeństwem. Odchodzimy po cichu z dominujących dyskursów, kiedy silniejsza/y (nie bardziej merytoryczna/y) zakwestionuje nasze prawo do bycia sobą po swojemu. Władza wypiera jakość, ale trudno nam tę jakość ocalić, bo nauczono nas czekać na pochwały i nie upominać się (cnota pokory ewentualnie cierpliwości). Wielokrotnie pisano o polskim deficycie zaufania publicznego, ale jeszcze trudniejszy, ufundowany na chłopskiej, przemocowej i przemocogennej strukturze długiego trwania, jest kobiecy lęk przed podjęciem własnej decyzji, paraliż powiedzenia „nie zgadzam się” albo „chcę”. Bo wprawdzie nie ma już w Polsce szubienic za wsią, dziesięciny ani prawa pierwszej nocy, ale jest najbardziej toksyczny z toksycznych kobiecy ostracyzm społeczny. Kobiecy, to znaczy egzekwowany przez kobiety wobec kobiet, w imię patriarchatu. Przemoc kobiecych – patriarchalnie sankcjonowanych - więzi kastruje naszą refleksyjność i roszczenie do samostanowienia. Godzimy się na kompromisy, odkładamy samorealizację, żeby odejść po cichu od siebie samych. Potem, bywa że już jako sfrustrowane, uderzamy w nasze uczennice, studentki, pracowniczki, bo przecież „one nie wiedzą, jak nam było ciężko”, „jak się wydawało książkę w Polsce Ludowej”, „jak się żyło bez grantu”. Ofiary niszczą najskuteczniej. One wiedzą, jak poranić. W patriarchacie zarządza się lękiem i wycofaniem, nie dialogiem i reformą. Wypędza się z planów:

Dwadzieścia historii. Opowiedziały je siostry z dwunastu zgromadzeń. Czy zakon był duży i liczył kilkaset zakonnic, czy mniejszy, gdzie zostało ich kilkadziesiąt, mówiły to samo. Czy spędziły w zakonie rok, siedem, czy dwadzieścia pięć lat, mówiły to samo./ Byłe siostry stanęły w prawdzie. Kiedy już powiedziały o rzeczach złych, przeszły do dobrych. Każda poświęciła im nie więcej niż kilka minut./ Co dobrego wyniosła z zakonu?/ Najczęściej: nauczyłam się sprzątać, gotować, organizować czas. Czasem: skończyłam studia./ Kilka razy: pomogłam ludziom./ Rzadko: tęsknię za współsiostrami, za ideą, w którą wtedy wierzyłyśmy./ Nigdy: chcę wrócić. (7+13, s. 125.)

Abramowicz ogłasza „koniec historii”. „Koniec” ten jest w Polsce „początkiem” - kłączem:

To już koniec historii. Ale ich bohaterki chcą wiedzieć, czy to, co przeżyły, jest wyjątkiem czy regułą./ Każda próbowała, ale zakon jej to uniemożliwił./ Niektóre wpadły w depresję na skutek umartwień i wierności ślubowi posłuszeństwa, a wówczas przełożone pozbyły się ich jako niedojrzałych. Pozostałe odeszły same, kiedy straciły nadzieję na zmianę./ Potem ze wszystkich rzeczy, które oferował im świat, wybrały bycie dla innych. Uczą dzieci. Ratują ludzi i zwierzęta. W pracy i po godzinach. Dla Boga i bez boga./ Byłe siostry chcą wiedzieć, czy popełniły gdzieś błąd. Czy wina leży po ich stronie, bo okazały się zbyt słabe. Nie wytrwały. Ugięły się zbyt wcześnie i nie zdążyły odkryć sensu, który gdzieś tam jest. Bo jednak w głębi czują, że postąpiły słusznie. A jeśli tak, to … może tego sensu nie ma?/ Widzą, że bracia żyją inaczej. Czemu oni nie dążą do tego ideału? Słyszą, że zakonnice za granicą idą inną drogą. Czemu one do niego nie dążą? Czyż polskie siostry są najdoskonalszym przejawem oddania się Bogu w myśl tego, czego On oczekuje od człowieka? Czy przeciwnie – tkwią w zniewoleniu?/ Kto podejmuje się odpowiedzieć na te pytania? (Sens, s. 127.)

W patriarchalnym systemie władzy na pytania o jakość życia jednostki odpowiada za tę jednostkę usankcjonowana tradycją agenda władzy: hierarcha kościelny, urzędnik, polityk, a w sferze najbliższej danej jednostce: czasem rodzic, czasem przekonana o swej jedynej słusznej ścieżce kariery i macierzyństwa przyjaciółka. Patriarchat jest abstrakcją wcielającą się w codzienne, życiowe wybory, systemem obecnym w automatyzmie myślenia, ocen, wypowiedzi. Patriarchat faworyzuje brak głębokich więzi na rzecz instytucjonalizacji władzy, wtórnie uwewnętrznionej w poczuciu winy i wstydu. W patriarchacie wstydzić się siebie mają wszystkie nietradycyjne jednostki, najbardziej kobiety, które przecież są z gruntu nietradycyjne w każdej, ufundowanej na patriarchacie tradycji. Wstydzić się więc mają w patriarchalnej Polsce byłe zakonnice, kobiety bezdzietne (bo nie rodzą), kobiety rodzące (bo za mało rodzą), kobiety-artystki (bo sztuka to nie zawód), kobiety nieheteroseksualne (bo nie istnieją), kobiety heteroseksualne (bo nie mają seksualności). A jeśli one ośmielą się nie wstydzić za siebie, to wstydzić się za nie mają ich matki (bo źle je wychowały), Matki Przełożone (bo źle je formują), liderki (bo źle nimi zarządzają). Wstyd nie znosi więzi. Poczucie winy nie pozwala szukać w świecie tego, co nasze. Patriarchat wyklucza władzę kobiet zastępując ją pozorami przemocowej władzy kobiet nad kobietami. To one mają dyscyplinować, wyklinać, wykluczać, bo to ich wina, że istnieją. To ich złe decyzje. I to ich złe zmiany tych decyzji. W polskim zakonie kobiet obowiązuje reguła wykluczenia lub/i samowykluczenia, unieważnienia lub/i samounieważnienia. Za nieposłuszne siostry mamy się wstydzić. Mamy umieć nie słyszeć głosu sióstr zza murów i zza biurek. Głosy dochodzą po cichu:

Miałam obiecać, że nie będę o tym z nikim rozmawiać.
O czym?
O tym, o czym pani właśnie mówię.
    *
Jest Pani pierwszą osobą, z którą o tym rozmawiam.
    *
Nigdy o tym nikomu nie opowiadałam.

(Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, motta, strona nienumerowana, s. 5)

 
Wszystkie jesteśmy zakonnicami w polskim zakonie kobiet. Mamy tu nadal polską chłopsko-pańszczyźniano-zaborową regułę niedecyzyjności kobiet. Wszystkim nam nie wolno tutaj odejść ani powrócić. A jeśli odejść, to tylko po cichu! A jeśli powrócić, nikomu nic nie opowiadać!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież