Janusz Gryz - Chęć zysku

1.

Co za przeklęty nawyk, żeby zawsze i wszędzie zbierać materiał. Nie po prostu, najzwyczajniej po prostu,  naturalnie, nieświadomie, intensywnie patrzeć, słuchać, czuć, ale patrzeć, by zobaczyć, słuchać, by usłyszeć, czuć, by poczuć. A potem to wszystko, co się zobaczyło, usłyszało i poczuło umieścić w jakiejś, dajmy na to noweli, z koniecznym dla niej zawiązaniem i rozwiązaniem, w wiecznym lęku, by się nie wydać za mało literackim, za mało podobnym do tych sławnych. Ale po co właściwie układać tę nowelę? Po co bohaterzy i bohaterki? Po co te wszystkie zmyślenia, ten nierzeczywisty świat, który odgradza i ograbia z prawdziwego życia, który prowadzi do tego, że życie nie jest czymś samoistnym, mającym wartości same w sobie, lecz jedynie materiałem do narracji?

Po co patrzeć na siebie jak na kogoś obcego, widzieć siebie z zewnątrz jako tego, który zbiera materiał? Co zmusza mnie, by nieustannie wypowiadać swoje uczucia, myśli, wyobrażenia? Czy to, by wypowiadając się nie po prostu, lecz z pięknem i siłą, czarować, wzruszać, zachwycać, nieść ludziom smutek i szczęście?

Ale za jaką cenę? Od jak dawna pamiętam, nic nie czuję, nie myślę, nie widzę, nie słyszę bez tej chęci zysku.

2.

Uliczka blisko centrum ze starorzymską kolumną przed pałacem ślubów, ale, wiadomo, boczna. Dalej nie wiadomo co, jakieś nieokreślone przestrzenie: murki, placyki, trawniki. Przy niej kilka doprawdy sparciałych kamieniczek. Wprowadzają mnie, drzwi, wiadomo, spaczone, nie chcą się otworzyć do parterowego wnętrza. Pomieszczenie wąskie, długie i ciemne, okno, wiadomo, zaklejone papierem z powodu remontu, zagruzowane wszelakim materiałem budowlanym, i narzędziem: oparte o ściany deski, deseczki, deszczułki, dyle, kantówki, brusy, klepki, listewki, łaty, płyty paździerzowe, na podłodze wióry, zrzynki, piły elektryczne, wiertarki, szlifierki, wyżynarki, heble, kleje, farby, pędzle - nogi gdzie nie ma postawić. Pośród tego mozołu; za zbijanym bufetem z płyt średniomłody koleś w granatowym ubraniu roboczym, z hiszpańską rzadką bródką, grozą łysego mieszczucha, wiadomo, łasy na płeć żeńską zafrasowany i zmęczony. Z twarzy widać, że mu to wszystko dojadło, że ma już tego dość, że rzuciłby to w jasną cholerę, ale nie może związany umową, zaliczką, odpowiedzialnością. A ja widzę wszystko ostro i wyraźnie, chłonę ten remontowy bałagan – zbieram materiał: patrzę, aby zobaczyć, słucham, aby usłyszeć, wącham (klej), aby poczuć. Oglądam „bohatera” uważnie: jego szare trzcinowe włosy, szarą twarz z przygasłymi oczami, wysuniętą stanowczo dolną szczękę, nieruchome jabłko Adama pod szarą skórą szyi, przyprószony jasnym drzewnym miałem kombinezon w pasie parcianym paskiem z błyszczącą niklową sprzączką, powalane farbą i klejem wypchane na kolanach drelichowe spodnie, robocze zakurzone buty. Przyglądam mu się z ostrą świadomością, że za chwilę stąd wyjdę i nigdy w życiu już go nie zobaczę, że rozstanę się z nim, którego przecież w ogóle nie poznałem, nie na dzień, nie na rok, nie na dwa, lecz na wieki, że się z nim już nigdy, w żadnym czasie aż do końca świata nie spotkam.

Powiem temu człowiekowi słowo – pomyślał stróż cerkiewny z „Czewengura” – człowiek przejdzie wiorstę i nie zatrzyma mnie w wiecznej pamięci swojej.

Szarpie się z drzwiami i wreszcie, wiadomo, wchodzi drugi koleś. Rzucam się na niego jak na kolejną ofiarę, ale ta umiejętnie przestępując przemyka w głąb, w półmrok tej głębi i znika w zapleczu skąd wychyla się na moment, aby, wiadomo, zobaczyć, kto przyszedł, śniada głowa w smolistych fioletowych włosach. To Pakistańczyk, właściciel tego baru w powijakach, do którego przyplątał mi się bal na sto par.

3.

Gdy wchodziliśmy do pasażu oświetleniowego rzęsiście jak westwerk bazyliki w Boże Narodzenie, szepnęli mi, że koleś był przez kilka lat z Tatianą, która pracowała tu w galerii sztuki. Co za piękne Puszkinowskie imię!

I snitsja czudnyj son Tatianie     [И cнится чудный coн Татьяне.
Jej snitsja, budto by ana             Ей снится, будто бы она
Idiet po sniegowoj poljanie,       Идет пo снеговой поляне
Pieczalnoj mgłoj okrużiena.       Печальной мглой окружена;]

No i temat mnie wybrał, jakby stwierdził Robert Penn Warren. Zasypałem ich gradem pytań, wypytywałem o szczegóły tego związku, łaknąłem szczegółów jak kania dżdżu i, wiadomo, zapragnąłem natychmiast obejrzeć tę galerię.

Tatiana już w niej co prawda nie pracowała, wróciła do kraju, ale mnie za to już świecił w głowie zwięzły romans, a właściwie jego dramatyczny koniec – zawsze zaczynam pisać od końca, tzn. w pierwszym zdaniu zawiera się, jak w nasienie klonu cały klon, cała opowieść – zamknięty w ramach noweli i jak pies myśliwski z nosem przy ziemi tropi zwierzynę zaczynałem węszyć za jednym z miejsce akcji.

4.

Hercinę poznałem rok wcześniej w lato skwarne, przepełnione słońcem i kurzem. Przyjechała do nas na kilka dni, by potem powędrować z ekipą na OPENER. Pochodziła z Poznania, skończyła biologię i chodząc na długie spacery zastygłymi w znojnym upale leśnymi ścieżkami wiodącymi ku nieistniejącej, zagłuszonej lasem wiejskiej posiadłości Wielkiego Łowczego Rzeszy Reichmarschalla Göringa rozmawialiśmy o roślinach i owadach, ekosystemie i ekologii, o ekologizmie Adlera, etnologii, etymologii i epistemologii. Moje oko chciwie wszystkiego, co dziwne, ulotne i przemijające, głęboko czuwające vanitas zwykłych dążeń wyłapało światłodajny roślinny ornament rzeczywistości. Patrząc na rozpięte między gałązkami amsterdamskie reticelle i gipury pajęczyn wydawało mu się, że widzę za nimi w cienistym getcie leśnego gąszczu rówieśnika mojego ulubionego Vermeera, pogrążonego w ezoterycznym milczeniu sefardyjskiego Żyda Spinozę pochylonego nad słoikami, których hodował swoje pająki – sidjeł gorbatyj Spinoza i gladieł w swoje judejskoje stiekłyszko na prużinnych kozjawok. Nad głową sennie dzwoniła żałosnymi dyszkantami powietrza owadów opiewająca światło słoneczne, niepojętą, boską radość życia, woda strumyka pluskała obmywając inkarnatkę i krzywacze, a ja odmładzając swą duszę oglądałem Marię Nuñes w blasku młodości, wytworny, subtelny i zachwycający cud natury, dla stworzenia którego Pan Bóg zasięgnął zapewne rady Celliniego. Patrzyłem na śliczne podpięcie spódnicy, rokoko fałd, obcisły stanik, szelmowskie więzienie z  jedwabiu, skąd wymyka się kwitnące ciało – bujne piersi kołyszące się leniwie w rytm kroków. Oczy miała podłużne, chabrowe, lekko przysłonięte powiekami i wpatrzone w głąb siebie z jakimś mglistym znużeniem. W szczupłych zręcznych palcach wciąż przesuwała delikatnie łodyżkę mietlicy, z jej puszystej zbrązowiałej wiechy opadały sypkim deszczem dojrzałe nasionka… (Am Anfang war Geschlecht).

5.

A potem podróż powrotna przez rozświetlone już w ciemnościach miasto, ulicami z ruchem lewostronnym szczególnie zaskakującym na rondach, w niekończącym się sznurze samochodów, w rozbłyskach reflektorów pomiędzy szeregami wiktoriańskich domków w bordiurach różanych krzewów, opasanych ceglastymi murkami i zapiętych na klamrę furtek. W sennym poskrzypującym i kołyszącym miękko autobusie prawie pusto, kilkoro pasażerów nieruchomo wpatrzonych w swoje odbicia w szybach, pachnie pomarańczą, którą zjada młoda Mulatka ze snopem przewiązanych powrósłem amarantowej wstążki fioletowych dredów, jej usta o wywiniętych grubych wargach ociekają lepkim sokiem, mlaskają.

A ja zmęczony dniem pełnym zysku, wypełniony materiałem, uspokojony drzemię myśląc o radościach jutrzejszego dnia – radościach swoich zmyśleń. Czegoż więcej mi trzeba, wszystko mam, wszystko na świecie jest moje.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież