Stefan Pastuszewski - Tradycja staroprawosławna w Wojnowskiej cerkwi (wywiad z o. Aleksandrem Makalem)

Wywiad z o. Aleksandrem Makalem, proboszczem parafii prawosławnej pw. Zaśnięcia Bogarodzicy w Wojnowie w latach 1957-1975


Stefan Pastuszewski: Jak staroobrzędowcy z Wojnowa przyjęli ojca?

Aleksander Makal: Po raz pierwszy przyjechałem do Wojnowa wiosną 1957 roku, aby nieść czasową posługę od Niedzieli Palmowej do Wielkanocy. Dotychczasowy, długoletni proboszcz o. Aleksander Awajew zmarł w grudniu 1956 r. i parafię tą obsługiwali nieregularnie inni duchowni. Zatrzymałem się w pokoiku przy cerkwi, gdzie wcześniej mieszkał o. Awajew. Po drugiej stronie korytarza był pokój psalmisty Iwana Filipowicza Danowskiego, który dla miejscowych był znany jako naczotczyk.

Nie musiałem dbać o jedzenie, gdyż były to postne dni Wielkiego Tygodnia, a poza tym parafianie przynosili mi gotowe dania. Nie robiłem też żadnych zakupów w sklepie, nie było takiej potrzeby. Do domów mnie początkowo nie zapraszali. Pamiętam, że na moje pierwsze tam nabożeństwo przyszło około 60 osób i wszyscy chcieli być wyspowiadani. Był u nich taki zwyczaj, że u nowego kapłana spowiadali się oni ze swojego całego życia, więc trwało to dosyć długo. W  tygodniu poprzedzającym święto Zmartwychwstania, zawsze kilka osób było na codziennych cerkiewnych nabożeństwach.

S.P.: Czy w parafii prawosławnej dużo było byłych staroobrzędowców?

A.M.: Wszyscy ci parafianie (parafia liczyła około 100 osób) byli kiedyś starowierami, ale do molenny już nie chodzili. Starowiercy nazywali ich cerkownikami. Jedni i drudzy rozmawiali ze mną w języku rosyjskim. Zdarzało się, że niektórzy moi parafianie do końca swojego życia czynili znak krzyża dwoma palcami.

S.P.: Czy były rodziny mieszane?

A.M.: Tak. Bywało, że mąż był staroobrzędowcem, a żona prawosławna. Tak samo wśród dalszej rodziny. Żyli zgodnie i wyznanie nigdy nie było dla nich źródłem konfliktu. Spotykali się jedni i drudzy na pogrzebach, które zawsze odbywały się w domach. Dopiero po kilku latach wprowadziłem zwyczaj wnoszenia trumny z ciałem do cerkwi i odprawiania tam nabożeństwa pogrzebowego.

S.P.: Czy staroobrzędowcy przychodzili do cerkwi na nabożeństwa?

A.M.: Nie, nie przychodzili. Pamiętam, że w ciągu pierwszych 10 lat mojego posługiwania w Wojnowie jedynie 6 osób (spośród starowierów) przyjęło prawosławie.

S.P.: Kiedyś ojciec napisał, że parafianie wojnowscy inaczej, wolniej śpiewali. Czy był to wpływ staroobrzędowstwa?

A.M.: Przez pierwsze dwa lata mojego pobytu w Wojnowie, śpiew na nabożeństwach był według tradycji staroobrzędowej (przeciągły i wolny). Dlatego trwały one długo, czasami po kilka godzin. Trwało to dopóki żył psalmista – naczotczyk Iwan Filipowicz Danowski, który znał wszystkie melodie. Po jego śmierci, zaproponowałem jego córce Katarzynie Szlachcic, która również znała ten śpiew, aby kontynuowała posługę ojca. Niestety, nie chciała podjąć się tego trudu i dlatego moja małżonka Irena, która bardzo ładnie śpiewała, została nieformalnym psalmistą w tej parafii. Ponieważ zdążyła już nauczyć się niektórych melodii staroobrzędowych, więc je śpiewała razem z kilkoma osobami na nabożeństwach. Były to psalmy z liturgii: Błagosłowi dusze moja Hospoda, Chwali dusze moja Hospoda, Jedinorodnyj Synie. Pozostałe teksty, w szczególności z Oktoicha (8 tonów), śpiewaliśmy do melodii, których nauczyłem się w seminarium lub, które słyszeliśmy w naszej  macierzystej cerkwi w Kuźnicy Białostockiej w czasach naszej młodości.

S.P.: Czy parafianie prosili o odprawianie posług (trieb) według "starych ksiąg"?

A.M.: Nie pamiętam, żeby mnie specjalnie o to prosili. Starałem się zachować ich tradycję rozpoczynania każdego nabożeństwa od  głośnego trzykrotnego wypowiedzenia słów: Boże, miłostiw budi mnie gresznomu, następnie, po zwróceniu się w kierunku do ludzi: Hospodi, Iisusie Christie Synie Bożyj, pomiłuj mia gresznaho. Dopiero wtedy mogłem rozpocząć tzw. wozgłas, np. Błagosłowienno Carstwo …. . Na panichidach i nabożeństwie pogrzebowym mieli oni swój porządek oraz swoje teksty wstawiane do rytu zamieszczonego w trebniku. Inne treby odprawiałem już wg tej księgi.

S.P.: Czy ryt w cerkwi prawosławnej w Wojnowie można potraktować jako swoiste jednowierstwo?

A.M.: Raczej był to ryt mieszany, w zależności czy odprawiał kapłan (czyli o. Aleksander Awajew, a po jego śmierci ja), czy naczotczyk. Zdarzało się to wtedy, gdy musiałem np. wyjechać w sobotni wieczór. Wtedy naczotczyk sam prowadził nabożeństwo wieczorne.

S.P.: Czy śpiew post-staroobrzędowy był chomonyj (naonny) czy nariecznyj?

A.M.: Zdecydowanie nariecznyj.

S.P.: W jakim duchu wychowano dzieci w rodzinach mieszanych?

A.M.: Jeśli dzieci chrzczone były w cerkwi, to wtedy chodziły do mnie na lekcje religii (przy cerkwi). Jeśli w molennie, to wychowywano je w duchu starowierstwa. Rodziny mieszane, to  starowierzy z prawosławnymi lub starowierzy/prawosławni z ewangelikami, rzadziej z rzymskimi-katolikami. Po przejęciu przez rzymskich  katolików kościoła ewangelickiego w Ukcie, ewangelicy „stracili na znaczeniu”. Tym osobom łatwiej było podjąć decyzję o wyjeździe za granicę.

S.P.: Czy Ojciec znał Grigorija Jakowlewicza Krasowskiego i czy chodził on do cerkwi?

A.M.: Pamiętam nastawnika Wasilija Milentijewicza Krassowskiego (1888-1972), który dosyć ostro wypowiadał się o prawosławiu. Pamiętam, że w latach 60., gdy miałem już pierwszy swój samochód, przywoziłem go do Białegostoku do lekarza. W drodze, bardzo przyjaźnie, rozmawialiśmy o wielu sprawach.

S.P.: Czy były przejścia z PAKP w kierunku staroobrzędostwa? Rekonwersje…

A.M.: Nie. Oni bardzo trzymali się już wiary. Nawet jak przy okazji ślubu ktoś przyjmował prawosławie, to już zostawał do śmierci w tym wyznaniu.

S.P.: Jaki był stosunek prawosławnych i staroobrzędowców do ówczesnej władzy? Czy taki sam u obu grup, czy jedna grupa różniła się od drugiej większym stopniem lojalności?

A.M.: W tamtych latach władza nie traktowała ich (starowierów i prawosławnych) jako stuprocentowych polskich obywateli i dawała im to odczuć. Uważała ich za Niemców i celowo prowadziła politykę, uniemożliwiającą im rozwijanie kariery zawodowej. To spowodowało masowe ich wyjazdy do Niemiec (NRD i RFN) w latach 60. i 70-dziesiątego wieku. Głównym motorem tej emigracji byli ludzie młodzi. Starsi byli przywiązani do swej ziemi, ale rozumieli też dążenia swoich dzieci. Nie zauważyłem różnicy w stosunku wobec władzy między tymi grupami. Obie te grupy były wobec niej lojalne, ale się jej nie wysługiwały.

S.P.: Czy staroobrzędowcy zapraszali ojca do swoich domów?

A.M.: Nie. Jedynie gdy ktoś z rodziny był prawosławny, to wtedy zapraszali mnie tam w okresie między świętem Narodzenia Chrystusa i Chrztu Pańskiego. Częściej w domach staroobrzędowców bywała moja matuszka Irena. Proszono ją o robienie zastrzyków i przy tej okazji zdarzało się, że wyjaśniała ona niektóre kwestie dotyczące prawosławia.

S.P.: Czy ojciec był w ich molennie pw. Zaśnięcia Bogarodzicy?

A.M.: Tak, byłem nawet kilka razy. Pamiętam, że kiedyś zaszedłem tam w trakcie ceremonii ślubu. Nigdy jednak nie uczestniczyłem w ich nabożeństwach. Bywałem też wielokrotnie w monasterze staroobrzędowców pw. Zbawiciela i Świętej Trójcy w Wojnowie. Pamiętam, jak wspólnie z bp. Stefanem, późniejszym metropolitą naszej Cerkwi, zwiedzaliśmy monasterską świątynię, a potem pływaliśmy po jeziorze Duś na pożyczonej od sióstr łódce. Przełożoną tego monasteru była wtedy siostra Antonina.

S.P.: Dziękuję za rozmowę

Wywiad przeprowadził Stefan Pastuszewski

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora