Jakub Frąk - Homunkulus

Biegniesz przez zalaną deszczem ulicę. Biegniesz ile sił, pełen determinacji i poświęcenia; zaciśnięte pięści, szeroko otwarte, łykające hausty zimnego powietrza usta, napięte wszystkie mięśnie. Nie zwracasz uwagi na przemoczone adidasy, ciężkie od wody spodnie, zeszmaconą bluzkę. Nie zwracasz uwagi na przenikliwe zimno, schorowany, wszędobylski wiatr - wysiłek cię ogrzewa. Długo już tak biegniesz, przyjacielu? Wiem wiem, to pytanie było złośliwe, wybacz. Będę się powstrzymywał. Swoją drogą, niedaleko ze złośliwości do okrucieństwa, i to w takiej sytuacji.

Rozchlapujesz kałuże, ale nie martw się, nikogo tu nie ma, nikomu nie wyrządzisz szkody, przynajmniej na razie. Na razie więc biegniesz wytrwale, jak mówiłem z determinacją i w ogóle, a dookoła jest tak paskudnie szaro - sfatygowane kamienice, szczerbate chodniki, pełna przerębli, pofałdowana i ściągnięta jak dywan asfaltowa jezdnia - że tylko zamknąć oczy i więcej ich nie otwierać. Ale ty nie zamykasz oczu, stalowoszarych i skupionych, i nie potykasz się wcale - no, prawie wcale, lecz te pojedyncze potknięcia nie są w stanie wybić cię z rytmu, wytracić szaleńczego, choć równego tempa. Biegniesz tak i biegniesz, biegaczu, i nikt dotąd nie biegł tak jak ty. Deszcz, mokre ubrania, wysiłek, to wszystko błahostki, ale przed prawdziwymi problemami uciec nie zdołasz.

Po pierwsze, nie wiesz dlaczego. Dlaczego dyszysz, sapiesz i spinasz się jak nikt. Po drugie, nie wiesz po co - może ktoś cię ściga, a może ty ścigasz kogoś. W końcu te wilcze oczy (uwierz mi, one ci jeszcze pomogą). A może tu chodzi o samotność? Przecież teraz samotność, jak nie byłaby wielka i przepastna, zostaje za plecami. Zatrzymasz się i co, dopadnie cię? Ty jej jeszcze nie znasz, ty ją dopiero poznasz. Ale w tej chwili tak czy tak nie możesz się zatrzymać, a wiesz dlaczego? Bo ja tego nie chcę, Bo ja każę ci biec. To jest właśnie twój trzeci problem.

Ja ciebie piszę.

Ja ciebie tworzę, ja daję ci życie - papierowe bo papierowe, lecz przecież ty tego nie wiesz. Nie było cię, i oto jesteś, oto stajesz się; być może biegniesz donikąd, o tym zdecyduję ja, za to na pewno wybiegłeś z nicości. Nie, nie oglądaj się. Wiem, że się nie oglądasz, ciągle na ciebie patrzę, ale wiem też, że chciałeś. Nie siedzę ci za plecami, nie szepczę do ucha, nie ma mnie w twojej głowie ani gdziekolwiek indziej - ty mnie w ogóle nie słyszysz. Te zwroty są na mój własny użytek (choć, haha, gram na dwa fronty). No, niewykluczone, że przeczuwasz moją obecność. Nie żadnym tam nosem, nic z tych rzeczy, raczej trudno to określić. Tacy jak ja też mają podobne problemy.

Chciałbyś dokądś biec? Nie wystarczy ci ciało, w które oblekłem twoją zdziwioną świadomość? Potężne płuca i stalowe mięśnie? Pęd i siła? Wolność, wynikła z tego wszystkiego? Wolność.. A więc już poznałeś jej smak. Cudowny, prawda? Deszcz, pot i wiatr. Słodko-gorzkie delicje. Dobra, brak tu przestrzeni, ale zaraz to zmienię.

Kamienice rozpadają się, fasada za fasadą, ściana za ścianą, dyszle kominów wystrzeliwują w niebo, szybko wchłonięte przez gęsty dym i obrzmiałe, rozszlochane chmury, widma porywa ze sobą wiatr (w każdym, nawet nieistniejącym budynku, ktoś kiedyś mieszkał). Nie zatrzymuj się i biegnij środkiem ulicy, nie chcę, aby coś spadło ci przypadkiem na głowę, jesteś, przynajmniej na tym etapie, zbyt cenny dla mnie. Wybacz mi po raz drugi - tacy jak ty muszą być niezwykle, niezwykle wyrozumiali - to tanie, apokaliptyczne efekciarstwo. Mogę, więc robię. Mogę, więc się dzieje. Po twojej minie widzę jednak, że kompletnie się tego nie spodziewałeś. Zapewniam, że jeszcze wiele cię zaskoczy.

Wybiegasz z ulicy wyglądającej jak po bombardowaniu, na której pozostały tylko szkielety kamienic (nie wiesz i nie chcesz wiedzieć, co znaczy to porównanie, ja tak naprawdę też nie wiem i też nie chcę wiedzieć) wprost na otwartą przestrzeń; nie ma już żadnych budynków, przed tobą tylko zamglony, niepewny horyzont. Wcześniej na to nie wpadłem, żebyś ot tak wybiegł ze szpaleru budynków, koniecznie musiałem niszczyć. Nieważne. Ważne jest wyłącznie to, co przed tobą.

Biegniesz, a przemoczone nogi co raz zapadają się w rozmiękłych, bagnistych ugorach. Czasem mijasz strachy na wróble (one tu koniecznie muszą być). Och, prawda, te strachy to pierwsze podobne tobie istoty, jakie spotykasz w swoim życiu (widm nie liczę). Ale nie masz czasu się przyglądać, przecież musisz smakować wolność, bo wolność jest ci przeznaczona. Tylko wtedy co to za wolność?

Dobra, nie będę cię dłużej oszukiwał, sam pewnie już się tego domyślasz - ten twój bieg to gówno nie wolność. Jasne, przyjemny, nawet nie wiesz, jak o czymś takim marzę, ale biegniesz, przyjacielu, na moim sznurku i dokładnie tam, gdzie chcę abyś biegł (choć organizuję ci rzeczywistość raczej na zasadzie kaprysu). Cóż, taki los bohatera literackiego. I taka konieczność twórcza. Usiądź pod tym drzewem - co prawda zamiast liści na gałęziach siedzą zmoknięte wrony - i słuchaj. O, widzę, że włożyłeś kapelusz jednego ze strachów (fałszywe zaskoczenie, planowałem to). Ładny, weź go trochę na bakier i voila - wyglądasz rewelacyjnie. Oczywiście nie licząc butów, spodni i zeszmaconej bluzki. Jednak na zmianę garderoby przyjdzie jeszcze pora, a uwierz, przyda ci się nowy strój. Siedzisz i mokniesz, i nie słyszysz nic oprócz smętnego pokrakiwania wron, deszczu plaskającego o rozbłoconą ziemię i potężnego, niemal rozsadzającego ci pierś bicia twojego własnego serca. Serce, cenna rzecz.. Ale nie o tym chciałem.

Co do losu bohatera literackiego, to jest on nierozdzielnie związany z losem twórcy. Obaj, przyjacielu, jesteśmy od siebie zależni. Ty zaistniałeś dzięki mnie, a ja mogę zaistnieć dzięki tobie. Ty zyskałeś życie, a ja mogę zyskać sławę. Dzięki tobie będę mógł przylepić metkę do swojego uśmiechu, podpisywać autografy i tak dalej, kiedy ty będziesz moknął i marzł (konsekwencją w twoim przypadku może być zapalenie płuc, ale ja nie pozwolę ci zachorować). Pewnie, może być i na odwrót, ty zostaniesz superbohaterem, Conanem albo Bondem, albo Wielkim Gatsbym czy kimś podobnym, a ja w czasie klepania twoich przygód będę cierpiał biedę i chorował na zapalenie płuc, którego już tak łatwo nie cofnę.

Zasady są proste: robisz to, co ja chcę, żebyś robił, żyjesz tak, jak ja zechcę, żebyś żył, i spotyka cię to, co ja zechcę, żeby cię spotykało. Stwórca stworzył nas, czyli takich jak ja, a my możemy tworzyć was, drogi homunkulusie. I Stwórca, i wy jesteście od nas wspanialsi. A najsmutniejsze, że pewnie tylko my istniejemy.
Wiesz, mam też jednak co do tego pewne wątpliwości (do tego co wyżej, a nie pełnego egzystencjalnej rozpaczy wtrętu). Bo to nie zawsze jest tak (och, teraz muszę pomyśleć), że wszystko mam pod kontrolą. Czasem, choć to wyłącznie hipotezy, ja jestem tylko długopisem, a ty od zawsze gdzieś tam bytowałeś, w krainie, komnacie czy szkatułce pełnej opowieści, sygnalizując swój potencjał i chęć zaistnienia. A ja po prostu usłyszałem to wezwanie. Albo to ktoś mi ciebie przysłał, wbrew czy niezależnie od mojej i twojej woli. Widzisz, to może być dla ciebie całkiem ciekawe - owe hipotezy zakładają, że i ty masz własną wolę. Ale do tego jeszcze dojdziemy. A żeby do tego dojść, najpierw musisz wstać.

Wstawaj więc!

Wstajesz..i co dalej? (Wypadłem z rytmu, nie pisałem cię od 18 godzin). Mam! Wstajesz i idziesz dalej – genialne, prawda? Nie ma się co spieszyć, teraz wystarczy równy, dziarski marsz. O, czujemy zakwasy, ból mięśni - i to czasem bywa przyjemne, więc nie ulżę ci w tych cierpiątkach. Może by tak pofałdować teren, żeby okolica ładniej wyglądała? Myślę, mam.

Wspinasz się na wzgórze, nogi standardowo grzęzną ci w ziemi..zapomniałem, że jest zimno - proszę, oto strój adekwatny do sytuacji (jeszcze nie ten obiecany) - różowe kalosze, sweterek w serek i żółty, oczojebny płaszcz przeciwdeszczowy. Żartowałem, wtedy nie mógłbym na ciebie patrzeć. Ubrany jesteś odpowiednio, coś między podróżnikiem, artystą, a zwyczajnym człowiekiem. Kapelusz średnio pasuje, ale tragedii nie ma, a później będzie pasował jak ulał.

Kiedy stajesz na szczycie wzgórza wychodzi słońce. Choć niebo w większości wciąż skrywają chmury, to jednak światła starczyło w sam raz, aby rozproszyć mgły. Mimo, iż przed tobą rozciąga się cokolwiek nienajbogatszy krajobraz - zaorane pola, podstarzałe łąki i ścierniska - ty patrzysz urzeczony, jak prawdziwy esteta, jak prawdziwy kontemplator.

Na jednym ze wzgórz coś błyska. Masz świetny wzrok, rozróżnisz więc sylwetki krzyży. Oblepiają zbocze, porastają wierzchołek, gęste niczym zdziczały sad. Nie powiem ci co oznaczają, czego stanowią symbol i po co tam tkwią. Dowiesz się w swoim czasie. I zaprawdę (ach, ten kaznodziejski ton) przykra będzie to wiedza. Może jednak ty zdołasz inaczej na to spojrzeć, choć wątpię, w końcu to ja ciebie piszę. A ja nie mam w sobie tak wiele pokory.

Z kolei na innym z pagórów płonie ognisko - nawet stojąc tu, gdzie stoisz, oddalony, no, o ile tam jesteś oddalony, czujesz jego wspaniały zapach. Zapamiętaj nowe słowo - przeszłość (i ty już jakąś masz). Myślisz, że ten zapach przypomina wolność? Masz rację, właściwie i jedno i drugie, przynajmniej dla mnie. Nie chcę się jednak męczyć - choć powinienem - zbyt zawiłymi dywagacjami, to przecież historia nie o mnie, lecz o tobie. Bo co to by był za nowy, świeży bohater literacki, gdybym żywcem przeniósł siebie na te wyimaginowane wzgórza? No, spokojnie, znacznie się różnimy, ale czy jak ojciec i syn, to zbyt trudna kwestia do rozstrzygnięcia. Wiesz, ty zawsze będziesz trochę mną, a ja trochę tobą.

Ja tu gadu gadu, a ty kogoś dostrzegłeś. Kogoś żywego.

Kręci się przy ognisku i coś do niego wrzuca. Kiedy to robi, z ogniska strzelają w górę snopy iskier. O nie, nie ma mowy, wiem, że jesteś odważny, ale nie podchodź do niego. Przynajmniej nie radzę. Bardzo, bardzo nie radzę.

Uff, odetchnąłem. Schodzisz ze wzgórza akurat w tę stronę, z której nie zdoła cię zobaczyć. A teraz skręć jeszcze bardziej w prawo. Chcę cię zaprowadzić w specjalne miejsce. Choć to kawał drogi. Dobra, to ty sobie o czymś tam myśl, kontempluj, a a a!, właśnie, zapalisz? Nie ma nic przyjemniejszego niż papieros i kontemplacja. Tuż obok na pniaku znajdujesz niezamoknięte fajki i zapałki (ciekawe, kto je tam zostawił), i może jeszcze coś do jedzenia, coś do picia - cola? herbata? niech będzie to i to. W porządku, myśl, kontempluj, a ja robię sobie przerwę.

Smakowało? To dobrze, nie byłem pewien (wciąż nie jestem). Teraz tędy. Nie spiesz się, ty nie musisz się spieszyć, ja to przyspieszę.

I znowu wspinaczka na wzgórze. A oto ze wzgórza kolejny wspaniały krajobraz, lecz już mniej pogodny, mroczniejszy - nadchodzi noc. A nocą mogą dziać się tutaj przeróżne hece; noc to domena snów i pięknych widziadeł; noc to domena koszmarów i piekielnych demonów. Także może ci być jeszcze bardziej wariacko niż ze mną. Dlatego przed tobą wznosi się kolejny pagór, a na tym pagórze tadam! Cafe Shadrok. Co to za miejsce? Cafe Shadrok stoi tu od wczoraj, ale już dorobiło się stałych bywalców, zdecydowanie niejednoznacznej opinii i paru niezwykłych legend. A ty dostarczysz im tej najniezwyklejszej.

Złaź ze wzgórza i kieruj się prosto do drzwi wejściowych. Czytaj szyld; napisano na nim Cafe Shadrok (jakżeby inaczej). I słuchaj. Słyszysz? A teraz wejdź, to usłyszysz więcej.

Otwierasz - racja, nie ma co pukać, w środku jest za głośno. Na dzień dobry i po pierwsze; nigdy nie czułeś takiego ciepła. Przyjemnie wtula się w policzki, gęste i miękkie, ogrzane zapachem tytoniu, marihuany, alkoholu i muzyki. Po drugie (sorry, już robiłem taką wyliczankę) właśnie muzyka. Stary, słyszałeś kiedyś coś podobnego?! Najprawdziwszy jazzstep, pierwotny, bezczelny rytm rozszalałych serc, wibrujący w każdym zakątku, każdym zakamarku, po prostu wszędzie. Po trzecie; podchodzi do ciebie Herkules-wykidajło, oddajesz mu płaszcz i, uwaga uwaga, pod płaszczem masz tak olśniewający, ekstrawagancki strój, że wszyscy zgromadzeni zwracają na ciebie zaintrygowane spojrzenia. Wyglądasz w nim jak arktyczna papuga, jak śnieżny wilk w dżungli - srebro, złoto, biel, czerwień, niebieski, chustki, guziki, trzewiki i, panie i panowie, kapelusz! Uchyl go lekko..o tak. Cóż za charm! Kobiety - to po czwarte - damy, panny i panienki, nierządnice i tancerki, matrony, żony i kelnerki, kucharki i wróżbiarki, knajpiane parki i malarki, wszystkie są zachwycone. Cóż to za piękny chłopiec? - szepczą. Jaki chłopiec, to najprawdziwszy mężczyzna! A jakie ma oczy! A jakie kości policzkowe! A jaki tajemniczy! Ach! - wzdychają, Och - i wiotkie rączki przy zarumienionych twarzyczkach.

Warto było moknąć? Pewnie, że warto.

Lecz nie same kobiety bawią się w sławnym Shadrok . Po piąte (choć dla pełnej symboliki, to i po szóste) - mężczyźni. Ojcowie, mężowie, chłopaczki, szulerzy, frajerzy, kanciarze i karciarze, pijaki i cwaniaki, narkomani i barmani, spryciarze i cinkciarze, złodzieje, geje i goryle - ci nie są już tacy jednomyślni względem ciebie. W ich spojrzeniach możesz dostrzec pełen wachlarz postaw; od akceptacji i aprobaty, przez chłodny dystans i wyższość, po automatyczne odrzucenie i rodzącą się gwałtownie nienawiść. Ale nie patrzysz im w oczy - te kobiece są znacznie ciekawsze.

Podchodzi kelnerka (nie będę jej opisywał, sam widzisz, albo, na mój użytek - i drugiego frontu - powiem, że wygląda jak Marion Cotilliard) i pyta cię o zamówienie (ależ ma seksowny głos!) Ty, choć w tej chwili masz w głowie kompletny zamęt wywołany jej urodą, zapachem jej perfum, jej perfumowanych papierosów i wszystkiego, co z nią związane, odpowiadasz:

- A co pani proponuje? - tak nisko i z taką chrypa, że Marion nie może złapać tchu.

- Taniec - szepcze ci wreszcie do ucha.

- W takim razie zapraszam panią do tańca.

Odkłada notes byle gdzie i podaje ci swoją dłoń. Całujesz ją szarmancko i oboje ruszacie na parkiet, uśmiechnięci jak Adam i Ewa przed wygnaniem. Ja tymczasem podaruję ci tych kilka intymnych chwil bez mojej asysty (kuj stary, kuj, jest naprawdę świetna!) i pobujam się po Cafe Shadrok.

Wnętrza opisywać mi się nie chce, przynajmniej nie z przesadną szczegółowością; generalnie art deco, okrągłe, dwu i czteroosobowe stoliki (dostawiane i komponowane dowolnie), kolorowe szkła na stolikach, anemony we flakonach, dekadenckie sofy, ciemnoczerwone dywany, lustra i przemyślnie zawieszone lampy. Oprócz sali głównej są oczywiście wnęki, alkowy, sekretne pokoje, zaciszne schodki czy balkony z widokiem na obłęd; jest nawet ogród, ale tam po zmroku wychodzą tylko najbardziej rozgorączkowani. To mniej więcej część pierwsza. Dalej jest parkiet, na którym tańczycie w rytm jazzstepu, oboje w transie, w ekstazie, w zapatrzeniu i zapamiętaniu - wiem, wiem, miałem nie przeszkadzać - a za parkietem stoi scena. A na scenie szaleją muzycy. Ale nie jacyś tam zwyczajni muzycy - to uczłowieczone instrumenty. Trąbki, konsole, puzony, syntezatory, fortepiany, wzmacniacze i basy przemienione w ludzi. Ludzie, instrumenty i technologia przemienione w muzykę.

Po jeszcze kilku jazzstepowych kawałkach grają electroswing - tańczycie, a miłość dawno już znalazła do was drogę poprzez tłum. Lecz wybacz mi po raz ostatni, czas się zwijać.

Nagle, tropem miłości, w tłum wdziera się szalonooki mężczyzna. Roztrąca tańczących, staje przed wami i bez słowa wyciąga pistolet (w Cafe Shadrok wszyscy mężczyźni kogoś kochają). Celuje w Marion, strzela. Zasłaniasz ją własnym ciałem, choć i tak nie trafia - w końcu przyszedłeś tu ze mną, a w tym miejscu to ja noszę kule, przynajmniej na razie. Pocisk rozbija któreś z luster, nikomu nie czyniąc krzywdy. Mężczyzna celuje ponownie, ale ty już zdążyłeś do niego doskoczyć. Kolejny wystrzał, kula z podbitego pistoletu huknęła w sufit. Sypie się tynk, ludzie krzyczą, mężczyźni dopingują i klną, kobiety piszczą i biją brawo. Rozdziela was Herkules-wykidajło. Napastnikowi odbiera broń i wolność, Marion odbiera śmiertelne niebezpieczeństwo i ciebie, a ciebie wyrzuca za drzwi. Nie zdążyłeś się pożegnać, ba, nie poznałeś jej imienia. Cóż, nic nie trwa wiecznie, nawet w Cafe Shadrok.

Mam jednak dla ciebie, mój przyjacielu, parę słów pocieszenia. Zaczynając od najpiękniejszego; już wiesz, co to znaczy miłość do kobiety. A będąc wiernym muzyce, powiem ci jeszcze, że nie ma wolności bez miłości.

I, choć za drzwiami Cafe Shadrok trwa noc, którą niełatwo będzie ci przetrwać, to nie poddawaj się rozpaczy.

Od teraz jesteś naprawdę wolny.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież