Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - CIRKULUS VITIOSUS

CIRKULUS VITIOSUS – BŁĘDNE KOŁO? PANI EGUCKA z tego wyleniałego wygniecionego FOTELA KANONIKA się zerwała i teraz już pośpiesznie wpychała go na powrót w ten ciemny kąt bawialni, i akuratnie, i pomysłowo, tym japońskim parawanem ZASMOCZONYM go przesłoniła była.

Ależ się zagalopowałam! Też coś! – wymyślałam! No, no – proszę: FALE TETA... REPTOIDY... Nawet RADIO?! Ależ mam wyobraźnię! Takiej nazwy RADIO ŚWIATŁO GABAONU niejedna radiostacja pozawiścić by mogła – ustaliła.

Już z góry wiedząc — zakładając, że jakoweś JASZCZURY ZMIENNOKSZTAŁTNE z konstelacji DRAKO na Ziemię przybyły – WIERZĄC W TO – ironizowała – chcę – niby JAK? dowieść, że ISTNIEJĄ? Masło maślane – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY: JASZCZUR jest, choć go nie ma, ale JEST!!! Bo być musi, jeśli JA go wymyśliłam i w taki oto sposób, odwołując się do twierdzenia, że JEST! dowodzę — dowiodłam jego istnienia… PREBENDA to, owo BŁĘDNE KOŁO w dowodzeniu; błąd, polecający na dowodzeniu twierdzenia, przez odwołanie się do tego twierdzenia, jak wyjaśniał to matematyk, groźny profesorski KLUSKOWSKI z Seminarium Nauczycielskiego, do którego uczęszczał ojciec (owo masło maślane Stasi od św. ZYTY ). Najwidoczniej Spiskowa Teoria Dziejów – się nam oto kłaniając – też się w to BŁĘDNE KOŁO wpisywała.

Zresztą te FALE TETA też takie jakieś podejrzane: genialny MÓZG medytuje, w modłach się pogrąża, olśnień poznawczych doznaje i naraz... ooo... KREW go ZALEWA! Taki wylew krwi do MÓZGU następuje i emisja ustaje? FALE TETA z takiego MÓZGU do wieczności się udają? tam podążają? Nie zawsze, bo naraz jakoweś uzdrowienie – FAL TETA zatem ponowne rozprzestrzenianie? MÓZGU genialnego uaktywnianie? Ależ tak: tak być może – bywa – BYŁO! Ucieszyła się PANI EGUCKA, bo naraz sobie perypetie MÓZGU wielce szanownego profesora DYCKIEGO przypomniała – odtwarzała.

Te perypetie – reanimowanie MÓZGU tak wielce osobliwego, bo profesorskiego, ponownie PANIĄ EGUCKĄ zadziwiły, ale nawet trochę... tylko troszeczkę rozbawiły były, no bo czyż może nas bawić wylew krwi do MÓZGU sławnego uczonego i nie tylko: bo, do każdego MÓZGU?

Taak… MÓZG! Bo to MÓZG profesora DYCKIEGO był największą miłością doktor, a zarazem profesorowej DYCKIEJ... Był tak wyjątkowy, że oddziaływanie jego FAL TETA natychmiast rozjaśniało – udrażniało niejako mózgi, a nawet móżdżki pomniejszych formatów: studentów, doktorantów, asystentów, ale także osób towarzyszących mu na co dzień... Tylko nie doktor DYCK1EJ, bo i jej mózg, dzięki ustawicznym modłom zanoszonym w wielkim skupieniu – natchnieniu każdego dnia w poznańskiej FARZE, emitował FALE TETA. Zapewne. No, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że plomby doktor DYCKIEJ (PANI EGUCKA osobiście tego doświadczyła – doświadczała), tkwiły w ubytkach przez nią reperowanych – rekonstruowanych DZIESIĄTKI LAT! A przecież w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku to było... Zatem jeszcze metodami tradycyjnymi gabinety dentystyczne (żadne tam: stomatologiczne) pracowały; długotrwałe borowanie, owych strasznych dziur staranne oczyszczanie, ale tym samym – obecna szybka nowoczesność tak ma – zęba nadmiernymi wstrząsami nie rozchwianie – rozedrganie, żadne tam błyskawiczne wypełnienie – utwardzanie, z fotela dentystycznego? Skąd! Stomatologicznego, wypraszanie, następnego delikwenta szybkie (bo marketing) posadzanie... Ooo, nie! bo w on czas Doktor DYCKIEJ FALE TETA nakazywały – moralnie to uzasadniając – by owo wypełnienie nawet i godzinami (!) POLEROWAĆ; czyniła to z lubością, twierdząc z całą surowością, że polerowanie zmniejsza do minimum przyczepność bakterii do zęba, zatem mowy być nie może, by ulegał on ponownej destrukcji – zęby restaurowane przez doktor DYCKĄ, były praktycznie NIEZNISZCZALNE!!!

Zresztą wszystko, co się za sprawą doktor – profesorowej DYCKIEJ działo, dowodziło, że modły uruchamiały w jej mózgu owe arystokratyczne FALE TETA, których działanie – oddziaływania dawały skutki wręcz oszałamiające, toteż PANI EGUCKA z prawdziwą pasją badacza TAJEMNICY ISTNIENIA, której jeszcze nikt nie odkrył, te jej działania teraz odtwarzała – przypomniała… Chemikiem była, czyż nie? Więc to OBSERWOWANIE, wniosków ustalanie... O! – się ucieszyła.

Najsamprzód zastanowiło PANIĄ EGUCKĄ zamiłowanie doktor – profesorowej DYCKIEJ do POLEROWANIA – wszystkiego OCZYSZCZANIA: jakowyś nakaz FAL TETA to? doprowadzanie otaczającego nas świata – zapaskudzonego tym stałym wzrostem entropii – do graniczącej z GENIUSZEM doskonałości zewnętrznej – harmonii, piękna jakowegoś, ustawicznie według niej niedoścignionego jeszcze. W ciągłym ruchu, za sprawą swej ANIMY, do perfekcji potrafiła zarządzać sobą, ale też licznymi ciotkami – rezydentkami, które pomieszkiwały w jej obszernym i pięknie urządzonym mieszkaniu; wymuskanym, zastawionym antykami i obwieszonymi dziełami sztuki – obrazami z różnych epok i niepoślednich mistrzów; znajdującym się na pierwszym piętrze (w żadnym razie: drugim!) secesyjnego domu – pałacu, na poznańskich Jeżycach przy ulicy Słowackiego.

Polerowanie trwało tam nieustannie: raz w miesiącu zjawiali się konserwatorzy muzealnych mebli, by stosownymi miksturami odświeżyć forniry; każdego tygodnia pojawiali się ludzie z drabinami, by kapryśnie, secesyjną manierą powyginane okna, przepychem kolorowych witraży cieszące oko właśnie: WYPOLEROWAĆ! Jak owe zęby zrekonstruowane; każdego ranka zaś, stróż dochodzący woskował i polerował parkiety? Łabędzie jeziora raczej – połyskujące! Dopełnianiem tego polerowania były ciotki – rezydentki, których obowiązkiem moralnym było ustawiczne poruszanie się – przesuwanie po posadzkach chronionych w ten sposób od jakiegoś kosmicznego pyłem złowrogim przesiąkniętego ZŁA (może i te FALE TETA doktor DYCKIEJ podpowiadały, że gdyby jakikolwiek JASZCZUR – REPTOID – ZMIENNOKSZTAŁTNY gad, wdarłby się do jej salonów, poślizgnąwszy się na takich lustrzanych powierzchniach, złamałby kark, a że zmiennokształtny, zdychając – tracąc energię – żywił się przecież tylko ZŁĄ ENERGIĄ, a w domu doktor DYCKIEJ jej nie uświadczył – stałby się ZNIKAJĄCYM PUNKTEM), w filcowych, na wzór muzealnych, kapciuchach.

Do stałych czynności rezydentek, należało również wzmacnianie emisji FAL TETA obojga profesorstwa DYCKICH porannymi modłami zanoszonymi każdego zaranka w monumentalnych murach kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego i św. Floriana, tuż za Jeżyckim Rynkiem usytuowanym, bo przy ulicy Kościelnej.

Po skończonych modłach i GODZINEK odśpiewywaniu – odśpiewaniu, owe schludne szarobure matrony, zatrzymywały się na tymże bazarku, by zakupić całe naręcza kwiecia; po powrocie na salony doktor DYCKIEJ rozstawiały je bądź w secesyjnych wysmukłych flakonach, bądź niebywałych rozmiarów kloszach na kolumienkach, kolumnach mahoniowych, fikuśnych stolikach do gry w karty, póki co, złożonych na dwoje i dosuniętych do ścian przestronnych długich korytarzy, rozświetlonych szeregiem tych wypolerowanych pyłem ZŁA nietkniętych okien; w pokojach zaś, kwiaty rozstawione na małych SIEMMLEROWSKICH stolikach do szycia, idącemu poprzez amfiladę wybiegały naprzeciw by sycić oczy swą urodą, zaprzeczającą istnieniu w tym domu jakiejkolwiek pospolitości, bo unoszonym ku NIEZIEMSKOŚCI. Przez doktor DYCKĄ.

To ustawiczne dążenie do ascetycznej wręcz czystości domu doktor – profesorowej DYCKIEJ – jego HERMETYCZNE wręcz odgrodzenie od miazmatów zewnętrznych, podyktowane było żadną tam manią pospolitą porządkowania, ale dostępem MÓZGU doktor – profesorowej DYCKIEJ (pracującym, jako się rzekło, na FALACH TETA), do – właśnie! – HERMETYCZNEJ wiedzy dla wtajemniczonych, ongiś tą ALCHEMIĄ się parających, no bo to przecież nieprzenikalnością, szczelnością zamkniętą – powietrza nie przepuszczającą zajmował się syn naszej pierwszej ALCHEMICZKI – IZYDY, HERMES, wynalazca rur szklanych hermetycznie pieczętowanych.

Doktor – profesorowa DYCKA, naśladując poniekąd HERMESA, poszła dalej – w inną stronę; postanowiła stworzyć przestrzeń CAŁKOWICIE pozbawioną KURZU, nie bez racji uważając, że KURZ nasyłany jest na ludzkość – taka ich tajna broń – właśnie przez REPTOIDY – niecne JASZCZURY ZMIENNOKSZTAŁTNE – jako urządzenia do PODSŁUCHIWANIA i nadzorowania ludzi służące; skąd by się brały bowiem tajemnicze kłębuszki – „KOTY” obrzydliwe, zwitki cienkich nitek poplątane, w kątach naszych mieszkań; pod łóżkami, szafami, nawet na meblach! Dopiero co odkurzanych! SKĄD?! – rozpaczała doktor DYCKA.

Otóż – według wiedzy tajemnej… FALE TETA i tutaj działały, według doktor profesorowej DYCKIEJ, nie był – nie mógł być to żaden banalny – trywialny KURZ, ale TAJNE URZĄDZENIA do podsłuchu służące, za pomocą których REPTOIDY nadzorowały ludzkość, by ją skłócać, siejąc intrygi, namnażać ENERGIĄ NEGATYWNĄ, którą się były karmiły. Dowiadywały się – dowiedzieć chciały WSZYSTKIEGO – zwłaszcza o MÓZGACH pracujących na wiadomych falach, toteż o wiedzy niezwykłej antropologicznej, skrywającej wiele TAJEMNIC ISTNIENIA profesora DYCKIEGO też! I tutaj doznały zawodu – natrafiły na konsekwentny odpór ze strony OSOBY, dla której MÓZG profesorski, był wartością bezcenną; doktor profesorowa DYCKA postanowiła z całą zaciekłością bronić dostępu tym wrogom ludzkości do ANTROPOLOGICZNEJ (!) odkrywczej wiedzy wypływającej z nawiedzonego – nawiedzanego przez FALE TETA MÓZGU jej męża, toteż owe „KOTY” – zwitki kurzu zażarcie tępiła? Ależ! Ona nie dopuszczała, by JASZCZURY w jej mieszkaniu z KURZU, takie urządzenia konstruowały – kurz usuwano niejako „na pniu”. Oczywista! Wszystko POLEROWANO!

Rozwścieczone REPTOIDY postanowiły sprawę zakończyć raz na zawsze – któregoś dnia, za ich przyczyną niszczycielską, profesora DYCKIEGO MÓZG zalała KREW… W szpitalnej klinice diagnoza ukazała jego straszliwą RUINĘ.

Gdy REPTOIDY już... Już sądziły, że sprawa zrujnowanego profesorskiego MÓZGU przesądzona – zakończona, do akcji (po modłach w poznańskiej FARZE przed ołtarzem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy), wkroczyła profesorowa. Krocząc poprzez szpitalne korytarze i omiatając – zmiatając z nich KURZ swoim sięgającym podłogi czarnym futrem z brajtszwanców, ciągnęła za sobą pochód, złożony z dwóch rosłych pielęgniarzy, tragarzy dźwigających zrolowany perski dywan i nasycone barwami lata obrazy postimpresjonistów (Geskiego też!), żardiniery, miśnieński serwis obiadowy i do kawy; na końcu pochodu sunęły w muzealnych kapciuszkach ciotki – rezydentki, dźwigając całe naręcza wszelakiego kwiecia.

Całe to towarzystwo wtargnęło do kliniki neurochirurgicznej, w której w bezbarwnej i wypranej z wszelkich ludzkich doznań sali, spoczywał zalany KRWIĄ MÓZG profesora DYCKIEGO; według ówczesnych metod leczenia wylewów krwi do MÓZGU, profesora, ułożono w pozycji horyzontalnej – takie ułożenie miało uchronić MÓZG od dalszych wylewów – niestety! Nie chroniło od obrzęku mózgu.

Była to wówczas osobliwa metoda leczenia WYLEWÓW, bo choć przy takim horyzontalnym ułożeniu chorego, dalsze wylewy nie następowały, to jednakże powstały obrzęk mózgu na ogół nie ustępował i delikwent nawiedzony taką straszną przypadłością SCHODZIŁ – czyli PRZENOSIŁ SIĘ DO WIECZNOŚCI; nie był to żaden CZWARTY WYMIAR, który to, uwięzione przez VIS MAJOR REPTOIDY zaludniały, jeszcze cielesne, ale od razu – piąty wzwyż; w tych obszarach już tylko zamieszkiwały DUCHY.

Wkroczywszy do sali szpitalnej, w której nad łóżkiem chorego kolegi pochylał się również wielce szacowny profesor neurolog, doktor profesorowa DYCKA rozpoczęła metodycznie i precyzyjnie realizować plan ratunkowy umiłowanego przez nią MÓZGU.

Stanowczym, władczym ruchem, ta urodziwa posągowa kobieta, przesunęła drobną figurkę lekarza w kąt sali i natychmiast nakazała sprowadzonym pielęgniarzom – osiłkom pionizować chorego, i w takiej pozycji wertykalnej podtrzymując nieprzytomnego, utrzymywać go całą dobę; w pozycji siedzącej. Towarzysząca jej ŚWITA, natychmiast wysprzątała – wypolerowała wnętrze pomieszczenia, uniemożliwiając tym samym REPTOIDOM uzyskiwanie wiedzy o planach ratunkowych. Rozłożono barwny perski dywan, na ścianach wypranych do tej pory z wszelkiej indywidualności, zawisły obrazy POSTMODERNISTÓW – zwłaszcza GESKIEGO – zaś parapety okienne udekorowano ŻARDINIERAMI wypełnionymi kwiatami o barwach tak gorących, jak gorąca była miłość doktor DYCKIEJ do MÓZGU profesora.

Wszystkie te piękne przedmioty, kwiaty, miały za zadanie zachęcić przytomniejącego profesora, by jego ANIMA nadal pozostawała w tym wymiarze, a MÓZG ponownie dostrzegł wielość piękna tego świata – usprawniał się – naprawiał poprzez tej wielości dostrzeganie – akceptowanie.

Wkrótce działalność organizacyjno-lecznicza profesorowej dała rezultaty (wzmacniana także nowenną do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w kościele farnym, dokąd doktor DYCKA się ze swym orszakiem – wyłączając owych pielęgniarzy osiłkowatych, bo ci ustawicznie utrzymywali profesora w pozycji wertykalnej – każdego zaranka udawała), przywróciła była funkcjonowanie MÓZGU profesorskiego; on sam, ocknąwszy się, zważywszy na ilość kwiatów, w których tonął pokój, dopytywał czy to jego pogrzeb, czy być może jest już w RAJU. Jednakże na widok profesorowej westchnął ciężko i skonstatował, ze niestety – ta DAMA, tak prędko – jak mniemał – w zaświaty nie pozwoli mu powędrować; że jeszcze DŁUUUGO będzie musiał donaszać owe czterdzieści garniturów, wiszących w gdańskiej szafie stojącej w sypialni przy ulicy Słowackiego, gdy tymczasem leżącemu w kącie sali pewnemu inżynierowi budownictwa, ułożonemu w pozycji horyzontalnej, który w malignie uskarżał się dzień i noc, że przecież zbudował niejedno fouer z najlepszego materiału, a on!!! z jakiegoż to nędznego materiału zbudowany, że tak cierpieć musi – udało się z łatwością do WIECZNOŚCI przemknąć. Wniosek, dla obserwującej skutki tej EMPIRII PANI EGUCKIEJ był oczywisty; ważny – poważny; jeśli w tak jednostkowym przypadku, walcząc z REPTOIDAMI, wygrać można, to walka całej LUDZKOŚCI z owymi GADAMI – JASZCZURAMI, systematycznie, wielofrontowo prowadzona mogłaby uszczęśliwić rdzennych ZIEMIAN; zapanowałby nareszcie BUDUJĄCY POKÓJ – spokój, bo nie rujnujące Ziemią ustawiczne podszczuwanie, oszukiwanie, do złego namawianie, rujnowanie tego co DOBREM zabudowane – odbudowywane po tych okrucieństwach wojen; tych ludzkich, ale i nawet zwierzęcych, cierpień namnażanie! Oczywista, że po to, by REPTOIDY niecne ŻER miały!

Łagodny ZEFIR boskich natchnień owiewający – łagodzący cierpienia do tej pory prześladowanej – wiadomo przez KOGO – ludzkości, pozwalałby LUDZIOM spokojnie rozwijać przyrodzone właściwości swoich MÓZGÓW, danych im przez ABSOLUT do użytkowania – wykorzystywania do namnażania DOBRA (TAAK, MÓZG! Taki ważny! Nie na darmo Stasia od św. ZYTY gadała – przypominała: KOGO PAN BÓG CHCE UKARAĆ, TEMU ROZUM ODBIERA!),… Ooo… do tworzenia koncepcji zagospodarowania CZWARTEGO WYMIARU, do którego jednak powoli, powoli, się ludzkość ewakuowała; swobodnego, po nim się poruszania (w odróżnieniu od REPTOIDÓW, dla których tam ABSOLUT, zrzucając ich z RAJU, zbudował KLATKĘ WIĘZIENNĄ, z której tylko niżej – bo do TRZECIEGO WYMIARU jeszcze po ŻER wypełzać mogli!), w wyższe, uzdrawiające ANIMĘ, obszary wszechświata wędrowanie... a JASZCZURY będą się staczały w dół – do DRUGIEGO – gdzie to świat zwierzęcy przebywa jakże chętnie już teraz, o swych psiakach gadają chłopiec… dziewczynka… a nie suczka czy piesek; z nimi się zrównując, by nareszcie staczając się do PIERWSZEGO, gdzie już tylko KAMIENIE; tymi GŁAZAMI się stać.

Jejku! Nareszcie – wreszcie – podskakiwała PANI EGUCKA, biegnąc do EUROKUCHNI po jeszcze jedną filiżankę herbaty z BŁĘKITNYM SŁONIEM.

EMPIRIA… czyżby to, że COŚ wynika z DOŚWIADCZENIA aż tak ważnym było? – zastanawiała się PANI EGUCKA, popijając świeżo zaparzoną – tę ulubioną – herbatę z BŁĘKITNYM SŁONIEM, który ZAWSZE ją zapewniał – utwierdzał w przekonaniu swym wizerunkiem na pudełku, że wszystko skończy się dobrze: SŁOŃ miał trąbę uniesioną DO GÓRY! Tak, jakby to osobliwie szlachetne przedziwnymi gabarytami znaczone zwierzę, też uzurpowało? sobie prawo do wkraczania – wędrowania w WYŻSZE przestrzenie po śmierci;…ta ich WIERNOŚĆ… osobliwa CZYSTOŚĆ! Taka SŁONICA – SAMOTNICA na ten przykład! Tylko jednego partnera seksualnego uznawała... po jego śmierci, oddalała się od stada, do końca swych dni – SAMOTNA – ludziom brakuje takiej wierności – stałości uczuć – zasmuciło to PANIĄ EGUCKĄ – REPTOIDY na liczne sposoby do niewierności przecież nakłaniały, czyż nie? Bo ileż z tego dla nich nieszczęść się brało.

EMPIRIA? Niekoniecznie… tacy ALCHEMICY? Czy też WYŁĄCZNIE doświadczali? Ejże! TRZECIE OKO mając, nie raz się za pomocą tego narządu ratowali; taak… TRZECIE OKO zatem bardziej jej będzie przydatne do walki z REPTOIDAMI – JASZCZURAMI ZMIENNOKSZTAŁTNYMI; właśnie je URUCHAMIAŁA! MEDYTOWAŁA? Nie, nie... za duże słowo: uspokajała… wyciszała…, raczej rozmyślała... Zatem... ograniczać się jedynie do DOŚWIADCZENIA poznawczego, by poznawać WIDZIALNĄ – NIEWIDZIALNĄ? RZECZYWISTOŚĆ – NIERZECZYWISTOŚĆ? To stanowczo za mało; zapewne Człowiek posiadający ANIMĘ, a do tego wysyłający FALE TETA, ma – MUSI MIEĆ szeroko otwarte – rozwarte TRZECIE OKO, by dzięki niemu... ta jego genialność!... zobaczyć to, czego by nigdy nie ujrzał osobnik TRZECIEGO OKA pozbawiony? Może raczej z TRZECIM OKIEM uśpionym? Bo być może, człowiek od REPTOIDÓW przez swoje TRZECIE OKO odróżniony – wyróżniony? – zastanawiała się PANI EGUCKA, w obu dłoniach ściskając filiżankę z chińskiej porcelany Cecyli PUCHÉ… tę z tym złotym SMOKIEM nań wymalowanym... teraz go dłońmi przesłaniając – zasłaniając – UNICESTWIAŁA! Czego nie widać, tego nie ma – z satysfakcją dopowiadała. TRZECIE OKO... ktoś – zapewne znów ten REPTOID – może uczynić nam zarzut, że wówczas NAUKA splecie się z MISTYKĄ? Ale czy ten, ostatnio wręcz niebywały rozwój NAUKI – owe CUDOWNE WYNALAZKI, o których się nawet FILOZOFOM nie śniło (prędzej pisarzom... VERNE… LEM… nieci nam tu będą przykładem), nie są w tej sprawie konkluzyjne? – dopytywała samą siebie PANI EGUCKA. Te PYTANIA! Proszę! Jednak filozofem się powoli stawała.

TRZECIE OKO... – się rozmarzyła – takie OKNO na INNE postrzeganie ŚWIATA wielowymiarowością znaczonego... przecież ta BAJKA EINSTEINA o PŁASZCZAKACH nam tę wielowymiarowość w pewnym sensie... jej zrozumienie... w genialny sposób przybliżała… jakaż, mądrością geniusza znaczona... teraz PANI EGUCKA – zapewne dla intelektualnej zabawy, ponownie ją sobie przypominała: bo o tej BAJCE ludzie zapominają? Zapewne wcale jej nie znają, Teraz PANI EGUCKA ją, w swej pamięci rekonstruowała: PŁASZCZAKI – takie istoty DWUWYMIAROWE… jedynie długie i szerokie... zatem CIENIE (młodzież by nie bez racji powiedziała: CIENIASY), mieszkają na KULI ziemskiej, wcale nawet się nie domyślając, że to jakaś zupełnie dla nich niepojęta przestrzeń TRÓJWYMIAROWA. Zamieszkują na jednym z biegunów, ale postanawiają POWIĘKSZYĆ obszar, na którym przebywają, a nawet ogradzają go – oczywiście taką błonką – płotem. Czynią tak raz po raz – im większy obszar zagarniają, tym więcej im trzeba błonki na ogrodzenie go. Aż dochodzą do równika iiiii… okazuje się, że przestrzeni zagarniają coraz więcej, ale błonki na ogrodzenie jej – o DZIWO! – potrzebują coraz mniej! Oczywiście, że się to nie mieści w ich dwuwymiarowym umyśle! Oczywiście – cieszyła się wraz z EINSTEINEM PANI EGUCKA, choć on tam już wraz ze Stasią od św. ZYTY w innych PRZESTRZENIACH szybował. Przez analogię Albert EINSTEIN tak ujął naszą TRÓJWYMIAROWĄ sytuację: powiedzmy, że mieszkamy w przestrzeni CZTEROWYMIAROWEJ, choć wcale o tym nie wiemy… na jakowymś dziwnym „BIEGUNIE”… Znów ta nasza inwazja, przestrzeni kuliste zagarnianie, jej obudowywanie, kula coraz większa... ten promień kuli coraz większy, ale! Do pewnego momentu tylko, bo naraz się okazuje, że promień kuli coraz większy, a materiału na obudowę nowej kuli trzeba mniej!!!

Oczywiście, że się to nie mieści w naszej trójwymiarowej wyobraźni… bo ta niedoskonałość, żeby nie powiedzieć: GŁUPKOWATOŚĆ; się PYCHĄ nadymamy… nawet języka pisanego zapominając, tylko w te OBRAZECZKI wpatrzeni... nieee... już nie czytamy – bajki EINSTEINA też... Panie MŁYNARSKI... jak to było? CO BY TU JESZCZE...?

No tak – nie mieści się... – PANI EGUCKA posmutniała, toteż powoli, powoli – by się pocieszyć, że może i nie taka GŁUPKOWATA – do swych pomysłowych rozważań o tym TRZECIM OKU powracała... bo może takie TRZECIE OKO mogą posiadać tylko ci, co mają ANIMĘ? Zapewne! Jak to ujął w, czytanym kiedyś przez PANIĄ EGUCKĄ, wywiadzie z nim niezwykły pisarz EUSTACHY RYLSKI? Aha! – NIE WSZYSCY LUDZIE BĘDĄ ZBAWIENI, BO NIE WSZYSCY MAJĄ DUSZĘ... Może powinien był ująć to trochę inaczej: nie wszystkie ISTOTY – zwłaszcza te pałętające się po naszej Ziemi JASZCZURY ZMIENNOKSZTAŁTNE będą – mogą być zbawione... ależ tak! REPTOIDY które — jak powiedziałaby – ujęła Stasia od św. ZYTY – z tej więziennej klatki CZWARTEGO WYMIARU, dokąd je ABSOLUT zesłał z RAJU, złażą – na naszą dręczoną przez nich Ziemię NAŁAŻĄ i kombinują, i kombinują, według słów poety Wojciecha MŁYNARSKIEGO: CO BY TU JESZCZE SPIEPRZYĆ PANOWIE, CO BY TU JESZCZE... – bo one, ANIMY nie mając, zbawione być nie mogą... toteż BĘDĄ! Będą na pewno UNICESTWIONE… Czy mogą zatem? Nie! Ależ NIE! Posiadać TRZECIE OKO? Czy mogą je rozwarłszy, nim WYŻSZE wymiary oglądać, wzory piękna przyswajać? Tam ukazywane Naszemu ZBAWIENIU – ZBAWIANIU pomocne? NIE!!!

Nie mają TRZECIEGO OKA, jak zresztą wszystkiego co LUDZKIE. Człowiek, choć tam i czasem to jego TRZECIE OKO uśpione – zaspane, obudzić je może, oczywiście, jak CHCE (NIE SZTUKA BYĆ DOBRYM, WYSTARCZY CHCIEĆ – takie przecież SŁOWA, za pomocą swego TRZECIEGO OKA wyczytał za horyzontem OJCIEC MARIAN ŻELAZEK – misjonarz – werbista, który cierpiał w obozach koncentracyjnych Dachau i Guzen, a potem całe swoje długie życie ofiarował trędowatym w Indiach; wyrósł na ziemi palędzko-dąbrówczanej, tej samej, którą zawsze kroczyła PANI EGUCKA), REPTOID, nie posiadając tego OKNA na przestrzenie innymi wymiarami znaczone, tego czynić nie potrafi i dlatego... DLATEGO! – odkryłam to nareszcie! Odkryłam! – ekscytowała się PANI EGUCKA – połykając dla kurażu, sążnisty łyk herbaty z BŁĘKITNYM SŁONIEM – można je poznać nie tylko po tym, ze brzydko siorbią zupę, ciężko podnosząc łyżkę, ale jeszcze w inny sposób – ustalała śpiesznie WŁAŚCIWOŚCI REPTOIDÓW PANI EGUCKA – zapaskudzają Ziemię jeszcze w inny straszliwszy sposób: sięgają po substancje PSYCHOAKTYWANE PSYCHODELIKI! Nie mając TRZECIEGO OKA w taki oto sposób niby... niby... próbują drogę do utraconego RAJU sobie odtworzyć... takie WIZJE Z PIEKŁA RODEM – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY i zaraz by dodała: BZIKUJĄ!!! Choć może i lepiej to młodzieżowy język określał: ŚWIRUJĄ.

Tak. ŚWIRUJĄ! DRINKUJĄ! Jest O.K. – tak na początku, ale potem... ta APOKALIPSA!!! BEŁKOCZĄ…

… niezła IMPRA… no, taka ARKA NOEGO… NÓWKA… czy co? można z niej coś wypuszczać... KUMASZ? Co? Chyba dymek z TRAWKI i SPOKO SPOKO bez paniki... kto KUMA ma wyniki... Dobra TRAWKA... można w KOSMOS... Jak tam na POLAKU ściemniali! – LASKA? – WPŁYNĄŁEM NA SUCHEGO PRZESTWÓR OCEANU… Makówek chyba! PO NAS CHOĆBY POTOP… APO! LASKA SPŁYWAJ!!! Ja w szponach MARYCHY! BLACK SABAT łeb mi rozwala, nawija: DROGA DO PIEKŁA JEST DŁUGA... Akurat1 ODPŁYWAM! PEŁNY ODLOT! OOO oj oj

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaa................................................................

I PO!

Nooo – APO!

Jak to mawiała Stasia od św. ZYTY zapodawała?

Wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre – TYLKO RAZ! O jednego REPOTIDA mniej? Gdyby tylko REPTOIDA! Przecież to ONI NARKOTYKI propagowali... ONI ŚMIERCIĄ handlowali… PANI EGUCKIEJ oczy mgłą zaszły, z żalu za tymi, których ta ZŁOŚĆ, ta GNIEWNOŚĆ REPTOIDÓW dopadła…

Zapomnieli... zapomnieli – ubolewała PANI EGUCKA, co raz paznokciem drapiąc, tego SMOKA na chińskiej filiżance... niech ma! Bo ten jego RYK! No tak: KAŻDY OSIOŁ LUBI SŁUCHAĆ SWEGO RYKU, ale PANI EGUCKA i tak przetrwa czas APOKALIPSY, a ze swej ARKI NOEGO, niczym dwie gołębice, DOBROĆ i OBOJĘTNOŚĆ wypuści w przestrzeń BEZWYMIAROWĄ nie LUDZKĄ miarą mierzoną… Spojrzała na grzbiety nowo zakupionych książek... Oooo! HARRY. Może być: POTTER, bo potrzebny jej ŚWISTOLOT!

Jak to było? W naszej klasie? – DO ODWAŻNYCH ŚWIAT NALEŻY… WÓZ NURZA się w zieloność i jak łódka brodzi...

AD HOC AD INFINITUM… C’est MAGNIFIQUE ooo – la la! BAL NA MARSIE… gra orkiestra CAJMERA... śpiewa MARTA MIRSKA... CZŁOWIEK ZAWSZE BĘDZIE WRACAŁ DO LIRYCZNYCH SPRAW... Ja w twych ramionach HARRY! Oooo! WOW! I znów DA CAPO... żadne tam APO!!!

Wszystkie zapachy kwiatów, towarzyszą – rozkwitają na ścieżkach młodości, MIŁOŚCI – tej niemodnej? Romantycznej? TAK!... POWRÓĆMY JAK ZA DAWNYCH LAT, W ZACZAROWANYCH BAJEK ŚWIAT... bo bajki też nas uczą, że SMOK, to ZŁO i basta... że wszystkie GRZYBY jadalne, choć niektóre TYLKO RAZ – ostrzegają... przed czym? Ależ: to rozpuszczanie? Raczej ROZTWARZANIE ludzkiego EGO – zimny dreszcz przeszedł po plecach PANI EGUCKIEJ; nawet herbata z BŁĘKITNYM SŁONIEM już nie ratowała przed tym chłodem żałobnej krypty, bo wystygła była... do tego jeszcze ten rozpanoszony – panoszący się SMOK; niechaj go tam Chińczycy kochają, bo dla nich ponoć łaskawy pierwszym przecież władcą Chin był, wszelakich SZTUK, bo może i nawet SZTUCZEK ich wyuczył, ale PANI EGUCKA i tak wiedziała, że SMOK to ZŁO i basta, choćby i nawet złote pazurki miał.

GESKI – jak to ARTYSTA, też swoje wiedział... namiętnie, w różnych wersjach malował EMBRIONY SMOKA WAWELSKIEGO i kiedy PANI EGUCKA je podziwiała, sardonicznie się zaśmiał i wyniośle rzucił:

– Ależ się pani dała nabrać – EMBRIONEK Smoka Wawelskiego panią rozczula, może i nawet śmieszy dziecięcością?... hi hi hi! A on ZŁY; a on ZŁO niesie – przyniesie…. Oooo… już nawet panią zniewolił… zauroczył, bo ZŁO krzykliwe, atrakcyjne… zaś ta IDEOLOGIA DOBRA jaką pani głosi – NUDNA! W PIEKLE ciekawiej – dodał i znowu tym sarmacko – tureckim, nieco diabolicznym, okiem łypnął w stronę PANI EGUCKIEJ.

– Ale zalatuje odorkiem, a ja zapach siarkowodoru znam – na pierwszym roku chemii, kiedy to chemię analityczną przerabiałam, wprost tym siarkowodorem obrzydliwym ziałam; pracowaliśmy wówczas w siarkowodorniach – takich przeszklonych werandach, przy szeroko rozwartych oknach – i to ZIMĄ! Metodami mikro jeszcze wówczas nie pracowano, zatem całe, już nie zlewki, a ZLEWY tym piekielnym gazem wysycałam. Do akademika wracałam pieszo, bo kiedy ja da tramwaju wsiadałam, to ludzie z niego spiesznie wysiadali – zaśmiała się PANI EGUCKA. – Całą wieczność w takim odorze – smrodzie? O, nie! Wolę wonie RAJSKICH OGRODÓW... Te trzy kategorie filozoficzne zatem: PRAWDA – DOBRO – PIĘKNO! To wolę. Nie mogą, nie są – nudne. A niebiańskie ubranka, może nawet potrójne skrzydła SERAFINÓW – rozmarzyła się PANI EGUCKA... zawsze lubiłam ładne sukienki! Wolę NIEBO.

– Szkoda – mruknął przez zęby GESKI – może byśmy się nareszcie spotkali w ciekawszej scenerii, niż te pani naleśniki.

– Przykro mi, ale jeśli taka nieciekawa, to nareszcie dziś najem się do syta; do tej pory ktoś mi zawsze wszystkie zjadał! Żeby na talerzu ostał się choć jeden! – oburzała się PANI EGUCKA – ale nie! A dziś: naleśniczki z cudownym farszem z jagnięciny... Szlachecki co dopiero kupił CAŁEGO BARANKA w Opalenicy – jak NIEBO, to BARANEK.

– TAKK? A o której kolacja? – zainteresował się GESKI. – Zapomniałem... Aha! O osiemnastej! Przybędę! PRZYBĘDĘ!!! – entuzjazmował się GESKI.
PANI EGUCKA się zaśmiała… Z GÓRY zawtórowała jej Stasia od św. ZYTY;

– NIEBA W GĘBIE się mu zachciało... Dobre i to dla nawrócenia takiego niedowiarka jak GESKI: już my mu przedsmak NIEBA ukażemy, nie na darmo cię gotowania uczyłam – rzuciła chełpliwie.

Przedsmak NIEBA... jakie to piękne – rozmarzyła się PANI EGUCKA. Nareszcie trzeba mi odpocząć od tych rozważań o REPTOIDACH, FALACH TETA, ALCHEMIKACH…Pobyć wśród obrazów, jakie mi kreśli moje TRZECIE OKO…

Skierowała swój wzrok w stronę okien, skąd roztaczał się widok na dachy sąsiadujących posesji; DACHY zawsze ją ekscytowały... były takie czyste – PODNIOSŁE, nie zdeptane brudnymi ludzkimi? Może JASZCZUROWATYMI stopami? Łapami? Odpoczywały na nich PTAKI ulatujące – wzlatujące aż do BRAM NIEBIOS.

Jeżeli pojawiał się na nich – i to raczej z rzadka – człowiek, to był to przeważnie KOMINIARZ, przynoszący SZCZĘŚCIE – o czym ją zawsze przekonywała Stasia od św. ZYTY i nakazywała PANI EGUCKIEJ, by KRĘCIŁA wówczas GUZIK, i śpiesznie się rozglądała, czy w pobliża nie ma jakiego PANA W OKULARACH… BYŁ!!! Był KOMINIARZ… na tym dachu, któremu się co dopiero przyglądała... no, to już nadmiar SZCZĘŚCIA! Stojący obok niego jego kolega – kominiarz NOSIŁ OKULARY!!!
Po krótkiej chwili, jak się byli pojawili, tak zniknęli… Toteż PANI EGUCKA oddała się rozmyślaniom o tych DACHACH… bo nadał ją fascynowały! Takie radosne w swej ceglanej różowości, taak... tą ludzką nogą nie skalane, ale zarazem tak niedostępne i odległe, jak jej marzenia o ŚWIECIE DOBRYM I MĄDRYM, bo pozbawionych złośliwych REPTOIDÓW… do takiego ŚWIATA trudno nam dotrzeć, bo nie znamy do niego KLUCZA? Trudno nam nawet dotrzeć do DNA swego SERCA przecież... choć! Niewykluczone, że dzisiejszy dzień może i być szczególny! Może to jakiś przełom w tych jej dociekaniach! Oooo... KOMINIARZ na DACHU przecież... PAN W OKULARACH, herbata z BŁĘKITNYM SŁONIEM, który ma TRĄBĘ do góry uniesioną... wiadomo dlaczego…Ejże!!! A do tego przecież te jej ulubione FENIKSY?!!! – zachłysnęła się nagłą myślą naraz... przecież one też, tak się stale z tego POPIOŁU, tajną wiedzę o tym KAMIENIU FILOZOFICZNYM posiąść – znać musiały!!! Jejku! TAK MIAŁY!

Myśl o tym, że w jej EUROKUCHNI Z SALONEM – w takim współczesnym zracjonalizowanym świecie (bo ta lodówka, bo zmywarka, bo piecyk elektryczny z okapem, bo sokowirówka, opiekacz do grzanek... ecetera... ecetera), mieszkają ISTOTY, które wręcz posiadły TAJEMNICĘ ISTNIENIA, której – tak się PANI EGUCKIEJ zdawało? – jeszcze nikt nie odkrył do tej pory, napełniła PANIĄ EGUCKĄ taką pociechą, że natychmiast odrzuciła to lenistwo zimowej egzystencji w pustym? Apartamentowcu, by powrócić do tego VITRIOLU? V.I.T.R.I.O.L.U. chyba, bo tej TRANSMUTACJI.

Te FENIKSY?! PANI EGUCKA, zlituj się, znowu zaczynasz te twoje dociekania – ubolewała, jak zwykle – z GÓRY! Stasia od św. ZYTY – wtrącała swoje TRZY GROSZE, ale PANI EGUCKA nie dała się zbić z pantałyku! Trudno – jak CIRKULUS VITIOSUS – BŁĘDNE KOŁO, to BŁĘDNE! – Do obłędu? – Stasia od św. ZYTY się znów z jej natrząsała.

– Do odkrycia TAJEMNICY ISTNIENIA, której jeszcze nikt nie odkrył, dobrze wiesz, Stasiu, że czynię ustawicznie w tym kierunku starania, a co z tego wyniknie? Oby Coś DOBREGO. Na pewno.

Zatem: te FENIKSY?! Może to i jeszcze jedna z tajemnic tego FALAMI TETA nawiedzonego TOWARZYSTWA NIEZNANYCH FILOZOFÓW? Nie, nie SĘDZIWOJA; obecnie SĘDZIWOJSKIEGO?!... ZAWSZE się zjawię, ilekroć mnie pani przywoła naszym HASŁEM:

V.I.T.R.I.O.L.

powiedział; eee... sobie z niej dworował! Przecież nawet ten DUCHOWY WIELKOLUD... ten filozof, poeta na prawo i lewo SONETAMI w redaktorów rzucający, nawet Jego Wysokość Jerzego Szatkowskiego oszałamiający CALVARIANUS, ale Pastuszewski wielce natchniony też – też niewiele o tym jakowymś TOWARZYSTWIE… – Jakichż to NIEZNANYCH? Dlaczego NIEZNANYCH – dziwili się, swym filozoficznym zdziwieniem – zadziwieniem; WIELKOŚĆ? znaną być chce, zatem: jacy byli? WIELCY? MALI? O JEJKU – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY – ŁÓNI pewnikiem, jakowąś NADWIELKOŚCIĄ SIĘ parali? Może nawet siebie sami zbyt dobrze – tacy utajnieni – znać nie chcieli? Bo może docieranie do TAJEMNICY ISTNIENIA niebezpieczne dla rdzennych mieszkańców ZIEMI! i oni o tym wiedzieli.

– PANI EGUCKA – ty się ino opanuj. Na tej ziemi bezpiecznie nie jest, za dużo tych głupkowatych, ale też tych cwaniaków, co to ich REPTOIDAMI zwiesz – jeden BÓG wie, co to za pokraki – ale: jak się pracowitego ANIOŁA STRÓŻA ma – tak, jak ty, to swoje wiedząc, dużo dowiedzie się można, a zaś ty, ciekawska taka, sama wiesz, no, ten twój ZODIAKALNY BLIŹNIAK... no, nie gniewaj się na mnie starą – chciałam powiedziecie DOCIEKLIWA jesteś, to jak raz, te TAJNE RZECZY odkryjesz – pojmiesz – nareszcie się Stasia nad wpisaną w BŁĘDNE KOŁO PANIĄ EGUCKĄ ulitowała – zrozumiała, bo zawsze jej pomagała – nawet miała w sercu.

– Bezpiecznie? Niebezpiecznie?– kochana Stasiu, a może by tak wypróbować, co tak naprawdę pod tym. V.I.T.R.I.O.L.E.M., bo nie VITRIOLEM się skrywa, co? Ciekawość, ciekawością, a WIEDZA – WIEDZĄ; nigdy nie wiadomo na co nam przydać może...

– Według mnie, PANI EGUCKA, taka wiedza to PIERWSZY STOPIEŃ DO PIEKŁA…

– Nie do końca tak być musi – drogą Stasiu – przecież moja DROGA... to zstępowanie – wstępowanie.... te stopnie, do PIEKŁA, do NIEBA? Od kondycji mojej ANIMY zależą, zatem, umówmy się: ZŁEMU wszędzie źle, DOBREMU wszędzie dobrze… był taki wielki POETA, Stasiu, DANTE się nazywał; w PIEKLE BYŁ? BYŁ! I co? I nic? Nie – raczej wiele! Bo PIEKŁO przez niego ukazane do rozwagi – powagi w naszym postępowaniu nas zmusza, zatem WIEDZ o PIEKLE, albo o diabolicznych JASZCZURACH, szkodliwą być nie musi – może; winna być raczej przestrzegająca – ostrzegająca – zakończyła swą tyradę, z wielką emfazą wygłaszaną – oczywiście, w myśli – PANI EGUCKA i wysuwając się zza biureczka na środek EUROKUCHNI z SALONEM, na cały głos – TRZYKROTNIE – ALLE GUTE DINGEN SIND DREI – zawołała:

V.I.T.R.I.O.L.        V.I.T.R.I.O.L.        V.I.T.R.I.O.L.

nawet i tych trzech kropek witriolowatych nie pożałowała.

I co? I NIC– się zasmuciła... czyżby wszystko już w to BŁĘDNE KOŁO się wpisało – nic się nie zdarzało? Mrzonki, mrzonki, Stasia chyba rację miała – mieć musiała... i na powrót na ten fotelik przy biureczku się opuściła była.

Dłuższą chwilę tak w tej ciszy trwała, gdy naraz tę ciszę jakowaś muzyczna FRAZA zakłóciła – jej komórka nią cała wybrzmiewała – nieznana? – tak, bo do tej pory komórka zawsze EINE KLEINE NACHT MUZIK wyśpiewywała – gdy teraz? chyba jakiś to MADRYGAŁ? No nieee 16? 17? wiek to? NUDY NA PUDY – powiedziałaby Gertruda – Żanna – tego PANI EGUCKA nie oczekiwała. Ci współcześni napaleni OBCIACHOWCY zaraz by – ALE OBCIACH – powiedzieli. Ją obśmiali.
Obciach, nie obciach, odebrać trzeba, bo może to Szlachecki z tej Japonii wydzwania, a ci Japończycy, takie mądrale, to zapewne i w jej komórce coś poprzestawiali i tę piękną melodyjkę: EINE KLEINE… jej zabrali – rozgoryczała się w duchu PANI EGUCKA.

– Uprzejme słucham – rzuciła wyniośle.

– Z całą estymą – Jaśnie Pani KSIĘŻNO TWERSKA – z całą estyma, niskie ukłony od pana Michała SĘDZIWOJSKIEGO przekazuję... pragnie pani pomoc, doradza, by tym CIRKULUS VITIOSUS się już nie zajmować, ale nadal tą TRANSMUTACJĄ do DNA SERCA docierać... wiedzy w taką tematykę wpisanej, zawsze trochębrakuje... w tych sprawach... niby na początku wystarcza, ale... wie pani... IM DALEJ W LAS... jak to mówią: SŁOWEM – pan SĘDZIWOJSKI lekturę dla pani przygotował... poczyta sobie pani – KSIĘŻNO, a co dalej? A to już FALE TETA pani podpowiedzą...

Ale, ale – jeszcze się pani nie przedstawiłem... ARKADIUSZ WAGNEROWSKI – nie WAGNER, bo to INDYGENE… do usług zatem: doktor Arkadiusz Wagnerowski historyk sztuki – od paru pokoleń mój ród KSIĄŻKĄ… raczej KSIĘGĄ zafascynowany; dysponuję i uzupełniam bogatą rodzinną kolekcję KSIĄG DAWNYCH… ba, pięknych, bo ta grafika, oprawa, pyszne EXLIBRISY... tych ksiąg szlachetnych nigdy, przenigdy z rąk nie wypuszczam – takich DZIEŁ się po prostu nie wypożycza, no ale kiedy taka OSOBISTOŚĆ! Sam Michał SĘDZIWOJSKI się do mnie z prośbą zwrócił, bym pani – KSIĘŻNO – pewną pozycję z mej kolekcji użyczył jednak, to ja – choć o losy jednego z mych skarbów zaniepokojony będę, dopóki do biblioteki nie powróci, to odmówić nie mogę – wykrztusił.

PANI EGUCKA w jego miłym, młodym głosie wysłyszała teraz nutę pewnego zdenerwowania, może i nawet jakiejś namiętności tak jakby temu panu ARKADIUSZOWI? Tak, ARKADIUSZOWI – z ukochaną rozstawać się przychodziło, lub porzucić najbliższego oddanego przyjaciela mu przyszło.

PANI EGUCKIEJ naraz żal się zrobiło doktora ARKADIUSZA; już... już, zamierzała podziękować za to wypożyczanie księgi... bo to bolesne dla bibliofila z taką księgą rozstawanie, gdyby nie myśl nakazująca jej, z tego CIRKULUS VITIOSUS się wydobycie, swej wyobraźni rozkołysanej uspokojenie – czegoś tam nareszcie – pewnego? – ustalenie, toteż dystyngowanym głosem zapewniła doktora, że KSIĘŻNE swój honor mają, toteż co jak co, księgi zawsze właścicielom oddawszy, jeszcze i ADRESY UROCZYSTE do takich osób rozsyłają. Zatem jakimż to tytułem owa księga naznaczona? – zapytała. Wciąż tym budzącym zaufanie, dystyngowanym głosem, jakim w podobnych okolicznościach stryjenka HALA – koloratura wielka... wiadomo! ARTYSTKA! – przemawiała.

Ten tembr jej głosu chyba wielce szacownego doktora ARKADIUSZA uspokoił, bo naraz wyszeptał cicho, tak jakby PANI EGUCKIEJ jakowąś tajemnicę ujawniał – zawierzał:

CZARY
NA DWORZE BATOREGO
–––
KARTKA
z dziejów mistycyzmu w XVI wieku,
jako przyczynek
do charakterystyki KRÓLA STEFANA
przez
Aleksandra Kraushara

KRAKÓW
G. GEBETHNER i SPÓŁKA
1888.

pod zarządem Jana Gadowskiego

– CZARY...!!! Mistycyzm…?! PANI EGUCKA się trochę zdenerwowała, ale zaraz zapytała:

– Na CZARY na dworze potomkini KSIĘŻNEJ TWERSKIEJ to też pomoże?

– Bo pani uznania... do uznania – wyszeptał ponownie bibliofilski doktor... z tego rodu, co to od pokoleń…

– Będę pani oczekiwał – oczywiście, wraz z KSIĘGĄ.,. ach jakimże EXLIBRISEM ZNACZONA hrabiego Zygmunta Czarneckiego – szeptał namiętnie. Zoczy – zatem to pani zoczy! – zatem w piątek, o trzynastej, koło poznańskiej FARY, w takiej kawiarence: COCORICO – takie włoskie klimaty, dobrze?

– Będę, z całą pewnością… Jak się poznamy?

– Księgę w zieloną skórę oprawną… KROKODYLĄ… Będę w ręku trzymał.

– KROKODYLĄ!!! – wykrzyknęła PANI EGUCKA, ale rozmówca już się był wyłączył, a PANI EGUCKA… Te JASZCZURY ZMIENNOKSZTAŁTNE… Znowu CIRKULUS VITIOSUS ujrzała…

Bo wszystko na dodatek pod zarządem jakowegoś pana Jana GADOWSKIEGO!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora