Maria Zdziarska - Dotknięcie Indii

Dotknęłam Indii. Dotknęłam - bo czas jaki tam spędziłam nie upoważnia mnie do stwierdzenia ,że poznałam ten ogromny różnorodny geograficznie i kulturowo kraj. Nie będę opisywała miejsc, które programowo zaliczyłam. Są one opisane w wielu, bardziej czy mniej rzetelnych, przewodnikach, które wcześniej przeczytałam. Ja poza “zaliczaniem” turystycznych, miejsc bardzo chciałam w tym krótkim czasie i na miarę wycieczki zorganizowanej przez biuro podroży, wchłonąć jak najwięcej z atmosfery tego kraju, o którym wiedziałam, że jest fascynujący i pełen kontrastów.

 

Gdybym ktoś po moim powrocie, jak w teście psychologicznym na skojarzenia rzucił mi hasło - Indie - to musiałabym przyznać, że pierwszym obrazem jaki bym odtworzyła byłaby zatłoczona ulica z jej porażającą biedą, której odzwierciedleniem byli ludzie śpiący z rodzinami, na wąskich skrawkach przestrzeni, oddzielających przeciwnokierunkowe pasy jezdni. Bieda w dużych miastach Indii jest wszechobecna. W odróżnieniu od wielu światowych metropolii, nie jest umiejscowiona na obrzeżach, rozrastających się lawinowo poprzez migrację tych, którzy z biednych wsi przenoszą się do wielkich skupisk miejskich w poszukiwaniu łatwiejszego życia, czy też wstydliwie chowana w dzielnicach biedy do których turyści zazwyczaj nie trafiają. Na ruchliwych ulicach w centrum New Delhi współistniały okazałe apartamenty z ich dostatnio żyjącymi mieszkańcami, z obszarpanymi matami będącymi miejscem do spania, a zarazem całym materialnym dorobkiem rodzin z dziećmi, których los przeznaczył na przeczekanie tego życia w najniższej kaście społecznej i te apartamenty od szmat do spania oddzielały tylko solidne, wysokie parkany. Miasta w Indiach wyróżnia również, od innych miast świata, jakie poznałam, swoisty zapach. Gdybym spróbowała go opisać myślę, że jest to zapach przypraw, kwiatów i kadzideł wymieszany z przeszywającymi zapachem moczu ludzkiego, bo załatwianie potrzeb fizjologicznych (wszelkich!) bezpośrednio na ulicy, to, nikogo nie dziwiąca, norma. Gdy się weźmie pod uwagę liczebność tego kraju i gęstość zaludnienia w wielkich miastach, nie trzeba mieć dużej wyobraźni by przewidzieć efekt dla nozdrzy i oczu. Przy tym wszystkim, a może wbrew temu wszystkiemu zapamiętałam ludzi otwartych, pogodnych, nie spieszących się bo i do czego? Przecież zgodnie z ich wiarą i filozofią życia jeśli urodzili się, w tym czasie, w konkretnym wcieleniu, to ich jedynym obowiązkiem jest przeżyć to życie w roli w jakiej się znaleźli i w miejscu jakie zostało im wybrane. Próby zmiany swojego status quo są zdecydowanie niepożądane, ponieważ właściwe wypełnianie przypisanej im roli, nawet najpodlejszej, jest jedynym kluczem do odrodzenia się w lepszym wcieleniu.

My - ludzie żyjący w kulturze zachodu mamy świadomość, jak bardzo taka filozofia potęguje niesprawiedliwości społeczne, jakie daje przyzwolenie na okrutne wykorzystywanie jednych przez drugich, jak tworzy skrajne kontrasty pomiędzy super bogatymi i skrajnie biednymi. Mamy świadomość tego, jednak czy mamy również prawo próbować to zmieniać, na swój sposób, na swoja modłę na swój obraz? Myślę, że jest to jeden z większych nierozwiązanych dylematów moralnych z jakim przychodzi nam się mierzyć.

Zanim wybrałam się do Indii ktoś kto jest w moim, rozumieniu prawdziwym, podróżnikiem czyli takim, który sam organizuje swoje wyprawy tak by móc na miejscu oceniać co jest dla niego fascynujące i swój czas i grafik ustalać według tego kryterium, ktoś kto w Indiach był już wiele razy, wyraził w moim kierunku wątpliwość, którą sformułował w postaci pytania –“Ciekawy jestem jak sobie poradzisz z biedą, z którą tam się zetkniesz?” Nie bardzo wiedziałam co ma na myśli, ale to, że jechałam z bagażem w postaci takiego właśnie pytania pomogło mi patrzeć na to co tam zobaczyłam bez przerażenia czy wręcz obrzydzenia, a takie reakcje nie były obce niektórym członkom grupy z którą przyszło mi zwiedzać ten kraj. Oni zapewne chcieliby zapamiętać tylko Taj Mahal, Czerwony Ford czy inne programowe atrakcje, a już nawet Indusów (nie zawężam do Hindusów), którzy pod bramami tych turystycznych miejsc, bez opamiętania i w sposób , niemalże grożący ich i naszemu bezpieczeństwu, próbowali sprzedać nam cokolwiek i za jakiekolwiek rupie - raczej nie.

Dla mnie ten wyjazd był kolejną obserwacją jak różne są kolory świata, i nie mam tu na myśli plastycznej palety barw, lecz różnorodność sposobu życia, która jest uwarunkowana klimatem i filozofią z jaką ludzie w danym miejscu globu postrzegają świat. Poza tym, po raz któryś przekonałam się, że ani czystość, ani porządek, ani nawet dostatek nie czynią nas szczęśliwszymi, a przynajmniej bardziej przyjaznymi dla ludzi, o czym przypomniałam sobie natychmiast gdy po powrocie zmuszona byłam załatwić pewną formalną sprawę i za biurkiem widziałam zachmurzoną minę obsługującej mnie opryskliwej urzędniczki.

Takie są na ten moment, moje refleksje z pobytu w Indiach. Gdy ktoś mnie zapyta o ten pobyt za jakiś czas, może na pierwszy plan wysunę coś zupełnie innego, bo Indie jakie zobaczyłam to kraj gdzie nostalgia i smutek ludzkiego losu kontrastuje z uśmiechniętymi pogodnymi twarzami , a brud i brak higieny z kolorowymi sari i kwiatowymi naszyjnikami. Jednak to tylko mały wycinek prawdy o tym fascynującym kraju. Indie to przecież również zapierająca dech architektura i przepiękna fauna i flora.

PS.
Jeśli chodzi o aspekt motoryzacyjny, to nie będę udawała eksperta jako, że jazdę samochodami poznałam tylko jako pasażer. Nie będę opisywała dróg fatalnych (a u nas jakie?), nie będą pisała o niesamowitym tłoku na jezdni w wielkich miastach, gdzie samochody przemieszczają się obok siebie, czy naprzeciw siebie, wręcz wbrew prawom fizyki jakby były z materiałów, które mają nie stały a plastyczny stan skupienia. Ta niezliczona liczba samochodów jeżdżących po indyjskich drogach , tych dostawczych i tych przewożących ludzi w ilości i warunkach, w naszym rozumieniu urągających wszelkim zasadom bezpieczeństwa, jest o tyle dziwna, że relatywna cena benzyny jest tam bardzo wysoka - około 3 zł w przeliczeniu na złotówki za litr, co przy ich dochodach jest kwota bardzo dużą.

Jedno czego jestem pewna to tego, że najważniejszym atrybutem każdego pojazdu zmechanizowanego jest klakson. Klaksonu używają wszyscy kierowcy w sytuacjach dla Europejczyka zupełnie niezrozumiałych i niczym niewytłumaczalnych. Można by odnieść wrażenie, że używa się go bez przerwy i ten wymieszany dźwiękami różnych klaksonów hałas tworzy swoistą muzykę jezdni. Jezdni na której swoje miejsce obok wielkiej ilości różnorodnych pojazdów zmechanizowanych i riksz rowerowych mają leżące, czy przechodzące przez środek krowy, ale i służące za środek transportu słonie i wielbłądy jak i kondukty żałobne towarzyszące noszonym na noszach zmarłym, których ciała są posypywane przez całą tę ostatnią drogę kwiatami i zmierzają na miejsce spalenia. Nawet kolejność tego opisu funkcjonowania jezdni nie urąga szacunkowi dla zmarłych, bo czym jest śmierć jeśli i tak za chwile odrodzimy się na nowo w innym wcieleniu?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież