Rupert Broccoli - Stanowisko numer 5, przeł. Robert Boroch

Gorąca kawa. Siedzę na ławce. Czekam na autobus. Jest zimno. Ciężkie chmury.

Stara kobieta w chustce podchodzi do mnie i pyta o jakiś autobus. Nie może zobaczyć rozkładu jazdy. Niedowidzi.

– Dobry Boże – myślę, – Czemu rodzina pozwala podróżować jej samej?
– Posiedzę z panem chwilę, dobrze?
– Tak, proszę.
– Do dobrych ludzi zawsze człowieka ciągnie – po chwili – a pan to daleko jedzie, co?

– Daleko. Za granicę jadę.
– U nas we wsi też za granicę ludzie jeździli. Do Australii... A Rodziców pan tu ma, co?
– Tak, tu niedaleko. Tutejszy jestem.
– A na jakiej wiosce mieszkają?
– W mieście mieszkają, małe miasteczko...
– A to pan miastowy...
– Tak mówią że miastowy...

Po chwili.

– Życie dla wszystkich takie same... Odwiedziłam wnuczka, w klasztorze miał tu być, ale go nie widziałam. Nasze życie krótkie... Ksiądz na parafii mówił, że to dobry chłopak, że zadowoleni są wszyscy z niego; Bogu dziękuję, że takie powołanie się trafiło. Teraz to go już chyba nie zobaczę... Życie nasze krótkie... On uczy się by misjonarzem zostać. Rodzice pytali go, po co, przecież ksiądz na parafii ma więcej pieniędzy, a i przy domu jest, a on nic nie mówił, tylko to, że życie nasze krótkie, a to wszystko to marność... Tak mówił. I pojedzie mój wnuczek w przyszłym roku... Może w następnym... Uczy się niemieckiego... Tak mu Bóg pomógł, że w rok się nauczył mówić i pisać... Ludzie młodzi mówili, że tam za granicą to i chleb inny, nie taki jak tu... A to i nie dziwota, bo przecież to daleko. Taka to przyszła bieda temu Polakowi szwendać się po świecie za chlebem. A gdzie to tak żyć można? W domu trzeba pracować, dzieci chować, w Boga wierzyć... A to różne rzeczy teraz na kościół gadają... A życie nasze to nic nie warte... Młode nie żenią się, tylko tak bez ślubu z dziećmi siedzą... A bo to i lepiej? U nas to jest taka młoda para... On bez pracy, ona ma ten zasiłek dla matki, tak jakoś żyją... bo żyć przecież trzeba...

– Trzeba...
– A pan to żonaty?
– Nie.
– No to gdzie to tak? O to chyba mój autobus... A córka mówiła mi, że nie zajadę daleko, bo nie mogę przeczytać, a tu widzi pan... Trafiłam i wróciłam... Nie widziałam wnuczka... Teraz to dopiero za rok... No to szczęść Boże w tym wielkim świecie i niech pan wraca tu i żonę pan znajdzie, bo młodzi razem muszą być, nie samemu, samemu to na stare lata.

Podnosząc się spojrzała na mnie i ciężkim krokiem odeszła w stronę piątego stanowiska.

Z włoskiego przełożył Robert Boroch

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież