Ewa Jakubek - Po drugiej stronie biurka

Znany brytyjski korespondent wojenny Don McCullin powiedział kiedyś, że z każdej misji „zabierał ze sobą więcej niż przywoził”. Ja wyobrażałam sobie, że jako nauczyciel przyjdzie mi dać z siebie więcej niż dostanę. Zacznijmy od tego, że nigdy nie chciałam uczyć. Anglistyka, i owszem, ale belfer? Miałam złe wspomnienia z lat szkolnych i to właśnie w pokoju nauczycielskim ulokowałam swoją niechęć do ostatnich strażników przestarzałego systemu władzy, rygoru i bezwzględnego posłuszeństwa.

Metodyczni i zdyscyplinowani, skrupulatnie wykonujący swoje obowiązki od pierwszego dnia pracy, nauczyciele byli w oczach uczniów bezdusznymi maszynami, którym czasem zdarzały się przebłyski człowieczeństwa, kiedy grzmieli na temat naszej ignorancji i braku ambicji. Uwagi typu: „Jak się nie będziesz uczyć, pójdziesz kopać rowy” lub „Jeszcze przyjdziesz na lekcje tak ubrana, wyrzucę z klasy!” były na porządku dziennym. Czasem nowa, oryginalna fryzura była ryzykiem, gdy lądowało się przy tablicy i odchodziło z dwóją na dowód tego, że w szkole nie było miejsca na odmienność. Po latach, na spotkaniach klasowych wybuchaliśmy salwami śmiechu przywołując tamte sytuacje, choć to prawda, że niejednemu z nas szkoła zbrzydła na zawsze.

Nauczyciele byli obsesyjnie przywiązani do rutyny i niewolniczego sprawdzania list obecności, mieli swoje czarne listy wagarowiczów, faworytów i uprzedzenia. Bywało, że nie dawaliśmy sobie rady z natłokiem pracy domowej, wtedy nikt nie pytał jak sobie radzimy. Uciekaliśmy więc solidarnie z lekcji, a łamistrajki musieli wybierać między ostracyzmem a skorumpowaniem. Z perspektywy lat widzę, że zasady i niechęć do ustępliwości przesłaniały im zrozumienie naszych problemów, zwłaszcza, że szacunek i autorytet były im nadane i nie musieli o nie zabiegać.

Oczywiście oprócz nieszkodliwych dziwaków i nieprzewidywalnych złośliwców (tych baliśmy się najbardziej) były wśród nich nobliwe wyjątki. To właśnie tych nauczycieli często wspominam i wciąż stawiam za wzór mimo upływu lat. Posiadali wrodzoną umiejętność znajdowania z uczniami wspólnego języka i nie bali się etykietki zbyt pobłażliwych i miękkich. Od początku bowiem mozolnie budowali swój wizerunek oparty na własnych kompetencjach i łamaniu barier między nimi a uczniami. Biorąc pod uwagę wysoką liczebność klas, można powiedzieć, że igrali z ogniem, ryzykując brak dyscypliny i rozluźnienie, które mogły zakłócić ich pracę. Poświęcając więcej zainteresowania kreatywnemu aspektowi pracy na lekcji, często był to element totalnego zaskoczenia, i wzbogacając ją o nietuzinkową wiedzę, udawało im się niwelować stres i rozbudzać w uczniach uśpioną wyobraźnię – luksus, który spijaliśmy jak nektar dla przetrwania. Wiedzieliśmy, gdzie jest granica, owszem, był miedzy nami dystans, lecz nie była to barykada a most, na którym można było spotkać się w pół drogi. Tak wiec odrabialiśmy zadania, bo było nam wstyd być nieprzygotowanym, śmiało zadawaliśmy pytania bez obawy, że przeszkadzamy w lekcji i pisaliśmy testy nie tylko dla ocen, ale dla własnej satysfakcji. Byli wśród nas donosiciele, kujony i lizusy, zakompleksieni i nieśmiali, buntownicy i wolne umysły – w obu przypadkach równie skuteczni, by rozpalić niejedną dyskusję do czerwoności, wsadzając kij w mrowisko naszego systemowo uporządkowanego świata. I kiedy w końcu lat osiemdziesiątych sama znalazłam się po drugiej stronie, tryskając optymizmem, wiedzą i sumiennym podejściem do pracy z młodymi, sądziłam, że jestem dobrze przygotowana, by wykształcić w nich umiejętności językowe bez uciekania się do jakiegokolwiek rygoru i bezdusznej dyscypliny, które wciąż kołatały się w mojej głowie. Nikt nie powiedział mi, że miałam jeszcze przejść przyspieszony kurs psychologii, zarządzania, asertywności… i aktorstwa. 

Mówi się, że człowiek rodzi się z predyspozycjami, które kwalifikują go lub dyskwalifikują do wykonywania pewnych zawodów. Dotyczy to niewątpliwie zawodu nauczyciela, ponieważ dla niego dzień nigdy nie kończy się z ostatnią lekcją i ostatnim sprawdzonym testem. Przekonanie, że moja praca z uczniami będzie obfitować w sukcesy i porażki towarzyszy mi od zawsze. Nauczyciel jest przecież wiecznym uczniem i ja sama nigdy nie przestałam nim być. Z rozrzewnieniem wspominam pierwsze lata pracy w liceum. Już wtedy zdałam sobie sprawę, że będę musiała przenosić góry, lecz tymczasem przenosiłam się z sali geograficznej do historycznej otoczona pożółkłymi mapami przegranych polskich bitew, portretami brodatych królów i przedwcześnie zmarłych królowych, zastanawiając się jak wykorzystać taki potencjał w uczeniu języka angielskiego. Okazał się bezcennym materiałem do wdrażania nowego słownictwa, tak jak zajęcia w sali biologicznej, gdzie wraz z uczniami tak pieczołowicie rozkładaliśmy szkielet na czynniki pierwsze, że prawie się rozleciał. Bez statusu weterana, który nobilitował do przydziału własnego gabinetu, tułałam się po korytarzu ze starym, złośliwym magnetofonem, któremu łamał się głos w środku nagrania, w ciągłym pościgu do biblioteki za słownikami. Moi uczniowie zawsze go przegrywali, bo inni byli bardziej zmotywowani do biegu. Pozostałością tych potyczek jest zwyczaj pełnej mobilizacji przed każdą lekcją i mój osobisty stosunek do Prawa Murphy’ego – komputery włączone, kiedy są potrzebne, słowniki na półce, kserokopie zrobione z wyprzedzeniem i CD player gotowy do pracy.

Bez względu na wiek, uczniowie przyswajają język obcy bardzo nierówno. Ich umysły chyba same wybierają moment, kiedy wykażą cały swój kreatywny potencjał czyli taki, który spowoduje, że staną się partnerami w konwersacji w klasie i poza nią, nie mordując jej łamaną angielszczyzną, złą wymową i brakiem znajomości zasad gramatycznych. Proces ten wymaga dużo uwagi i cierpliwości i jest okupiony ogromną koncentracją nauczyciela w czasie zajęć. Podam kilka przykładów. Często zdarza się, że zamiast „beard” (broda), uczniowie wymawiają ten wyraz jak „bird” (ptaszek), co daje prześmieszny efekt, gdy słyszę oto, że mężczyzna ma ptaszka; „bitch” (prostytutka) zamiast „beach” (plaża) w zdaniu brzmi co najmniej niestosownie: „There’s a lovely bitch near the hotel”, czy też wyraz „sheet” (kartka), który w ich ustach staje się przekleństwem „shit” (...) i gdy proszą mnie o „a shit of paper”. Są to sytuacje, do których trzeba podejść poważnie, posiłkując się fonetyką,  dlatego zasadniczym warunkiem wykształcenia poprawnych wzorców wymowy jest aktywna komunikacja z uczniami w języku angielskim na każdej lekcji, by móc wyłapywać takie błędy i skutecznie je niwelować.

Niestety trwa to latami i tu trzeba skarcić trochę samych uczniów za ich niechlujstwo i minimalizm. Nie pomaga także podejście samych nauczycieli, którzy skupiają się głównie na testach i sprawdzianach ze słówek jako najważniejszym wskaźniku wiedzy ucznia. Uważam, że niedocenianie znaczenia żywej konwersacji nauczyciela z uczniami i interakcji uczniów między sobą na lekcji już od wczesnych lat nauki prowadzi do tego, że stają się pasywnymi użytkownikami języka. Osiągają więc bardzo dobre wyniki w szkole i na dodatkowych kursach, lecz nie potrafią sklecić poprawnego zdania, a co dopiero podjąć choćby krótkiej rozmowy. Tak więc lekcje w państwowej szkole wciąż są zbyt sztywne i przypominają bezmyślne wkuwanie regułek i słówek dla nich samych, w prywatnej zaś nierzadko zbyt luźno traktuje się zależność między gramatyką a komunikacją, konwersacją nazywając sklecenie kilku zdań o wątpliwym przekazie informacyjnym. 

Lekcja angielskiego w polskiej klasie jest zazwyczaj nudna i często nieatrakcyjna, oparta na robieniu ćwiczeń, wydawaniu poleceń po polsku, nawet, o zgrozo, układaniu dialogów w zeszycie i ich odczytywaniu zamiast kreowaniu umownych sytuacji „na żywo” w sklepie, biurze czy banku. Jest to jawne marnotrawstwo niezwykłego potencjału młodego, chłonnego umysłu, który, choć pozbawiony bodźców służących intuicyjnemu przyswajaniu języka w naturalnym środowisku, rozwija się skutecznie metodą poznawczą w ramach lekcji. Jej treść opiera się na równowadze między udoskonalaniem umiejętności leksykalno- gramatycznych a ćwiczeniem różnych form komunikacji w celu osiągnięcia płynności. Osobno lub wybiórczo, nie stanowią one o ogólnej kompetencji językowej, a do tego powinien dążyć każdy nauczyciel tego języka. Kilka godzin angielskiego w tygodniu musi więc wystarczyć na zestaw: poprawność plus płynność, choć w praktyce wygląda to różnie. Do tego dochodzi jeszcze samodzielna i systematyczna praca ucznia w domu.

Biorąc pod uwagę fakt, że większość uczniów uważa lekcje za przymus liczony czasem od dzwonka do dzwonka, ich chęć do aktywnego uczestnictwa ogranicza się do przetrwania. Źródła takiego stanu rzeczy należy szukać w braku pewności siebie, lenistwie, kompleksach, lecz także obawie przed ośmieszeniem się przed rówieśnikami, gdy przychodzi wygłaszać swoje poglądy i opinie. Problem jest jednak głębszy, gdyż dotyczy kondycji dzisiejszej młodzieży, która jest tak emocjonalnie związana z technologicznymi gadżetami, że nawet na lekcji nie może obyć się bez smsowania z komórką na kolanach, a po szkole nie potrafi oderwać się od gier komputerowych i facebooka. Mogą zapomnieć zadania, zeszytu, książki, ale nigdy komórki! Ciężko pracować w takich warunkach. Tłumaczenie im, że uczą się nie tylko dla testów, lecz także dla siebie, jest czasem sprawą beznadziejną. Jak wiadomo, zapamiętywanie nowych słówek jest zmorą każdego uczącego się języka obcego i nie ma na to cudownej metody, choć znam kilka sprawdzonych sposobów. Od lat mam zwyczaj zapisywania na tablicy używanych przez siebie w czasie lekcji zwrotów, wyrażeń, idiomów i ćwiczenia ich w różnych kontekstach. Podręcznik może poczekać, nie wolno uważać go za jedyną bazę i niewolniczo skupiać się na materiale w nim zawartym. Trzeba urozmaicać zajęcia i je planować, modyfikując je do potrzeb grupy, na przykład więcej gramatyki w niższych grupach, by wypracować poprawność gramatyczną, a większy nacisk na konwersacje i rozszerzanie słownictwa w grupach zaawansowanych oraz ich tematyczne wdrażanie „na żywo”. Trzeba także posiłkować się filmami i seriami dydaktycznymi w wersji oryginalnej. Uczniowie muszą mieć możliwość osłuchania się z żywym językiem, przekonać się ile już umieją i ile czeka ich jeszcze pracy. Bez względu na poziom zaawansowania, nawet jeśli czują się pewnie w gramatyce i chcą się coraz swobodniej wypowiadać, trzeba zadbać o narzędzie jakim jest znajomość słownictwa. Jeśli uczniowie wiedzą, że nauczyciel jest ich przewodnikiem a nie nadzorcą, gotowym pomagać w wyrażaniu myśli i opinii po angielsku i że mogą pytać o każde słówko, można mówić o sukcesie metodycznym i pedagogicznym. Bywa i tak, że sami nauczyciele unikają żywych konwersacji z uczniami, tłumacząc, że nie mają na to czasu. W moim przypadku mogę zaryzykować stwierdzenie, że przygotowując się do lekcji, nigdy nie wiem do końca jaki kurs obierze. Czasem bywam w siódmym niebie, kiedy obserwuję cudownie rozwijającą się dyskusję, a czasem spadam w otchłań desperacji, gdy zalega cisza, nikt nie chce się wychylać i nagle wszyscy nie mają nic do powiedzenia.

Opinia, jakoby ciągłe poprawianie wymowy i wytykanie błędów gramatycznych i leksykalnych zniechęcało do nauki tego języka, jest błędem. Jeśli sami uczący się nie włożą dodatkowo osobistej pracy i nie będą w tym konsekwentni, pozostaną mierni, choć będą twierdzić, że język znają dobrze. Choć każdy sposób poszerzania umiejętności językowych służy szybkim postępom, wychodzenie z założenia, że uczniowie sami zweryfikują i uzupełnią swoją wiedzę korzystając z kursu samodzielnej nauki, oglądając programy anglojęzyczne, czy też czytając prasę nie ma realnego odniesienia do rzeczywistości, ponieważ zwykle są ograniczeni czasem i obowiązkami. Dlatego tak ważne jest, by jak najdłużej uczyli się pod kierunkiem lektora, najlepiej w małych grupach. Polska telewizja jedynie okazjonalnie daje możliwość oglądania filmów w wersji oryginalnej z angielskimi napisami, co z kolei jest powszechne w krajach skandynawskich. Wiedząc, że wypożyczony film DVD ma opcję napisów polskich, konia z rzędem temu, kto, jako średnio-zaawansowany językowo, nie włączy ich dla wygody rozumienia całej treści filmu. To samo dotyczy czytelnictwa. Są przecież dostępne uproszczone wersje książek dla początkujących, a dla zaawansowanych oryginały, nie wspominając o czasopismach, które taszczę uparcie na zajęcia jak materiał poszerzający ich wiedzę o języku i świecie.

Wśród metod nauczania języka angielskiego dominuje metoda klasyczna (gramatyka, słownictwo, konwersacja, ćwiczenia, testy), która wciąż jednak ulega licznym modyfikacjom i jest niezbędna dla odpowiedniego przygotowania ucznia do egzaminów końcowych. Tylko ona rozwija wszystkie pięć umiejętności (mówienie, pisanie, czytanie ze zrozumieniem, słuchanie i poprawne użycie języka) i kształtuje wiedzę ucznia na zaawansowanym poziomie. Metody typu Callana czy Berlitza sprawdzają się jedynie na płaszczyźnie konwersacji, z natłokiem słówek, automatyzmem odpowiedzi i powielania tych samych wzorów, co gorsza proces pisania i czytania jest znacznie opóźniony, co powoduje, że zapisywanie wyrazów tak jak są wymawiane staje się problemem. Ma to sens w przypadku silnie zmotywowanych uczniów, którym taka wiedza wystarczy, lecz nie ma wiele wspólnego ze świadomym i twórczym posługiwaniem się tym językiem, zwłaszcza, że nie używamy go na co dzień. Z tego właśnie powodu native speaker nie jest gwarantem naturalnego przyswajania tego języka, stanowi jednakże alternatywę dla szerokiej rzeszy poszukujących efektywnych form uczenia się języka, zbyt często jednak ogarniętych wizją zdobycia wiedzy bez większego wysiłku. Gramatyka jako narzędzie i nośnik poprawności i jakości wypowiedzi, choć jest jednym z wykładników kompetencji językowej, w większości z tych metod jest traktowana po macoszemu, lub nikt w ogóle nie zaprząta sobie nią głowy. A przecież poznawanie struktur językowych, różnorodnego słownictwa czy wypracowanie umiejętności komunikacji wcale nie musi mieć miejsca na takich kursach. Metody Callana nie poleca się w przygotowaniu do egzaminów certyfikatowych typu FCE, CAE, CPE czy TOEFL, rekomendując przejście na kurs klasyczny, ponieważ nie koncentruje się ona w równym stopniu na rozwijaniu umiejętności, o których wspomniałam wcześniej. Skupia się za to na języku mówionym, nie stymulując rozwijania słownictwa i ćwiczenia form pisemnych, takich jak podanie o pracę czy referencje, ograniczając naukę gramatyki do minimum.

Ponieważ dotychczas nie wypracowano złotej metody uczenia języka angielskiego, choćby z tego względu, że każda sprawdza się dla jednych, a dla drugich nie, może więc warto postawić na wszechstronnego nauczyciela, który swoją pasją, wiedzą i podejściem potrafi wypracować własną metodę, która sprawdzi się w każdych okolicznościach, ale by tak się stało musi jeszcze oddać cząstkę siebie. Ile otrzyma w zamian i jak będzie zapamiętany zależy od niego, lecz jeśli satysfakcja i motywacja do dalszej pracy są dla niego bezcenne, to wystarczy, by zrekompensować każdy wysiłek i chwile zwątpienia.