Włodzimierz Rutkowski - Było - nie minęło

Tego dnia miał podły nastrój. Za pozbycie się tego samopoczucia zgodziłby się nawet na ból zęba. Spadło ono jak grom, ni stąd ni zowąd, bez żadnej większej przyczyny. No tak, wcześniej była źle przespana noc. Być może dlatego zły humor wziął go w swoje władanie, a już z całą pewnością zdołował do cna telefon od szefa.

    – Dzisiaj ma pan wolne.

Nieźle zaczął się tydzień – pomyślał z ironią, a do słuchawki bąknął – Trudno – i po chwili przymilnie dodał:

     – Miłego dnia.

Miłego dnia, żeby Ci się teściowa na obiad wprosiła, pomstował w duchu. Pościelił łóżko, wziął gorący prysznic, ogolił się, wszystko z myślą, by nie popaść w jeszcze większe rozdrażnienie.

Jajecznica z dziesięciu jaj plus cztery pajdy chleba, do tego mała czarna – ale mocna, śniadanie drwala, uśmiechnął się do siebie.

Praca nienajlepiej płatna, ale zawsze jest grosz na najpilniejsze potrzeby. Na szczęście zakwasy mięśni są już tylko wspomnieniem, a tęsknoty za biurkiem coraz mniej dają znać o sobie. Obiad nie jest już marzeniem, a o czarnych dniach stara się nie myśleć. Było nie było, są w końcu przeszłością. Przełącza kanały TV i nic. Tylko nuda. Jednak nie wyłącza telewizora, chce, by przeganiał ciszę domu. Zagłębia się w poezji ulubionej autorki. Za każdym razem ilekroć czyta wiersze tej niekwestionowanej mistrzyni słowa, ma uczucie jakby czytał notatki z życia, jakieś bardzo osobiste, lecz nieskrywane zapiski. Przewertował cały tomik, z pieczołowitością położył go na półce.

Zazgrzytał klucz w zamku. Jeszcze raz sprawdził czy drzwi są dobrze zamknięte. Gdyby tak wiosna – można by na ławkę do parku – twarz do słońca wystawić, a tak… Gapi się przez zapłakane szyby tramwajów, autobusów, na ulice wielkiego miasta. Bilet na wszystkie linie to jest to, prawdziwy luksus dla miejskiego włóczęgi i włóczy się po miejskim molochu. W EMPiKu przegląda najnowsze wydania prozy. Jego uwagę przykuwa intrygujący tytuł „Nie mogę narzekać”. Pochyla się nad książką i czyta, czyta, czyta. Spojrzał na zegarek. No tak, pomyślał, pół dnia minęło jak z bicza strzelił, a w kieszeni nie przybyło ani złotówki. Wyszedł na ulicę. Jakaś dziewczyna stojąca w podcieniach, ubrana w kusą spódniczkę zagadnęła:

– Ma pan ogień?
– Mam.

Podał zapalniczkę. Mimo chłodu miała rozpiętą kurtkę i jak na tę porę roku nieco za duży dekolt. „Ładny biust” – przemknęło mu przez głowę. Ta jakby czytała jego myśli:

– Ładny?
– Nawet bardzo. – odpalił
– Masz ochotę?

Nic nie powiedział.

– Nie bądź taki zasadniczy. W życiu liczą się tylko chwile. Zalotnie zmrużyła oczy, po czym dodała:
– Miłe chwile.

Uśmiechnął się.

– To jak? – napierała
– Mógłbym być twoim ojcem.
– Mnie to nie przeszkadza.
– Może innym razem, powodzenia, „Liczą się tylko chwile”. „Miłe chwile”. Natrętnie dźwięczą w uszach kuszące słowa. Pchnął szklane drzwi. Poczuł zapach chlorowanej wody. Oddał kurtkę i buty do szatni. W malutkim sklepiku kupił sportowe klapki, czepek i slipki. Po prysznicu – sauna, a po niej kąpiel w wannie wypełnionej lodowatą wodą i znów sauna, a po niej zjeżdżalnia i gwałtowne lądowanie w zewnętrznym basenie.

Po deszczowych chmurach ani śladu. Podpłynął do schodków. Wszedł na kryty basen. Zaczął żabką, potem grzbietowym i kraulem. Do znudzenia. Do upadłego. Przy osiemdziesiątym nawrocie – pas. Marzy o szklance zimnego piwa, poprzestaje na mocnej dobrze zaparzonej herbacie w kafeterii. Wszak doskonale pamięta słowa psychoterapeuty: „Nie wolno igrać z ogniem”. Swoją drogą, jak może śmierdzieć piwo, a jednak może, bynajmniej dla tych podlotków, co to szczebiotały na przystanku.

– Spadamy, śmierdzi, tu.
– Zeszczał się ktoś czy co? Dodała druga.
– Nie, to piwo. Patrz, stłuczona butelka browaru.

Aromat herbaty mile drażnił nozdrza. Przy szarlotce, kiedy zastanawiał się nad zamówieniem napoleonki, zadzwonił telefon.

– Cześć, co u Ciebie?
– Nic szczególnego.
– A gdzie teraz jesteś?
– W kafeterii.
– W kafeterii?
– Tak, a co w tym dziwnego?
– Nie, nic, nic.
– Jak jesteś gdzieś niedaleko, to serdecznie zapraszam.
– Jestem w centrum, byłam na zakupach.
– No to tym bardziej zapraszam.
– Ale gdzie jest ta kafeteria?
– Na Piotrkowskiej nieopodal Tuwima.
– Ławeczki?
– Nie, ulicy.
– Dobra, znajdę.

Gdy wracał z toalety zadzwonił dzwoneczek zawieszony nad drzwiami. Uściskał ją serdecznie, ucałował. Siadając – wyszeptał: – Ślicznie wyglądasz.

– Dziękuję. Dobrze mi w tym uczesaniu?
– Fantastycznie.
– Naprawdę?
– Mhm.
– Proszę bardzo – starsza pani przepasana fartuchem zdobionym koronkami postawiła na stoliku dwie napoleonki.
– Często tu zaglądasz?
– Od czasu do czasu.
– Ładnie tutaj.
– Tak, lubię ten secesyjny wystrój, a szczególnie to ciepło od kominka.
– Tato.
– Tak.
– Myślę, że powinieneś znaleźć sobie kobietę i skończyć z samotnością
– Skąd Ci przyszło do głowy, że jestem sam?
– A masz kogoś?
– Nie.
– No właśnie. Twarz schowała w dłoniach.
– Co się stało, aniołku?
– Mama wyszła za mąż.
– Drgnął, po czym skamieniał
– Wybacz, że to ja, ale ktoś musiał Ci o tym powiedzieć.
– Miałem nadzieję, że może kiedyś…
– Też tak myślałam.

Długo milczeli, uparcie wpatrując się w okno.

– Duszno mi, chodźmy stąd, córeczko.
– To Twój Jeep!
– Wzięłam go na raty.
– Ekstra
– Odwiozę Cię do domu.
– Nie, nie. Mam ochotę na długi spacer.
– Ale…
– Nic z tego. Dziękuję córeczko.

Rzuciła się mu na szyję – Kocham Cię tato.

– Ja też Cię kocham. Bardzo.
– Będziemy w kontakcie?
– Zawsze córeczko, zawsze.

Nie omijał kałuż. Szedł tak, jakby ich nie było. Nie kulił się przed siąpiącym deszczem.

– Co podać?
– Wyborową.
– Proszę pana, reszta.
– Halo, proszę pana!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież