Karol Pastuszewski - Uniwersytet Wileński Stefana Batorego

Ukazał się ostatni tom z cyklu Encyklopedie Wileńskie. Tym razem jego tematem stała się nauka i uczeni Ziemi Wileńskiej. Kilka ostatnio wydanych pozycji z tej serii to encyklopedie poświęcone wojsku i wojskowym, prasie wileńskiej, teatrowi i muzyce. Ta ostatnia, tak jak poprzednie również powstała dzięki Mieczysławowi Jackiewiczowi, który pracowicie zebrał i opracował hasła, sięgając do wielu źródeł z różnych epok historycznych.
Jest wielką sprawą, że Wilno, ten ważny ośrodek nauki i kultury na ziemiach północno-wschodnich, gdzie studiować mogli przedstawiciele czterech głównych narodowości, to jest polskiej, litewskiej, białoruskiej i żydowskiej, odnalazł się na kartach tej książki. Najstarszy uniwersytet w cesarstwie rosyjskim, w pewnym okresie, używając dzisiejszej nomenklatury, górował w rankingu nad Uniwersytetem Jagiellońskim.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że ziemie północno-wschodnie Rzeczypospolitej  były i ongiś i w dwudziestoleciu międzywojennym wyjątkowo „żyzne” intelektualnie. Czasy świetności tej uczelni to czasy przed powstaniem listopadowym, czasy Mickiewicza i filaretów, czasy znakomitych wykładowców, jak bracia Śniadeccy, Lelewel, Poczobutt, Euzebiusz Słowacki (ojciec poety), trwające aż do zamknięcia uniwersytetu przez cara Mikołaja I. Wskrzeszenie Uniwersytetu staje się możliwe z momentem wskrzeszenia Polski. Stało się to w 1919 roku. 11 października naczelnik państwa Józef Piłsudski w towarzystwie Władysława Mickiewicza, syna wieszcza, uroczyście inauguruje nowy rok akademicki po prawie stuletniej przerwie.
Własnych sił profesorskich w wystarczającej liczbie Wileńszczyzna nie miała. Znakomici uczeni przybyli z innych terenów i zakorzenili się tutaj na stałe, jeśli można tak określić czasokres dwudziestu międzywojennych lat. Nie było kłopotów ze zdolną młodzieżą. Jak ongiś przed laty wyrosła społeczność akademicka, o której wszystko można było powiedzieć tylko nie to, że tworzyła prowincjonalny uniwersytet. Rozrzuceni przez wojnę Wilnianie wykładali później na wielu europejskich i amerykańskich uniwersytetach. Nie zabrakło też egzotyki (o czym Encyklopedia nie wspomina). Na zaproszenie cesarza Haile Sellasje wykładali na nowo założonym po II wojnie uniwersytecie w Etiopii, w Addis Abebie.
Trzeba przymknąć oko na nieliczne braki omawianego dzieła, gdyż jeden człowiek nie może  sam dotrzeć do wszystkich niezbędnych źródeł, ani wyłapać nieścisłości i błędów, które prześlizgnęły się w różnorodnych hasłach. Walorem dzieła natomiast stało się zgromadzenie na kartach Encyklopedii tylu nazwisk, podanie tylu informacji, przypomnienie tylu naukowych i kulturalnych bardzo ważnych instytucji związanych z Ziemią Wileńską, jakich gdzie indziej nie znajdziemy. Chodziło o to, aby ocalić od zapomnienia, wprowadzić do świadomości społecznej prawdę o dorobku kulturalnym, dorobku naukowym, o bogactwie intelektualnym, o ludziach, którzy to wszystko tworzyli. I to się udało. Jest w tej książce coś z oddechu olimpiad sportowych, gdzie istota sprawy polega na spotkaniu się w jednym miejscu przedstawicieli różnych dyscyplin, różnych konkurencji, różnych narodowości.
Myślę, że trzeba wysoko cenić to, że w Encyklopedii hasła-biogramy zawierają również spis dzieł, które dana osoba po sobie zostawiła. Gorzej z pominięciem istotnych momentów w niektórych życiorysach. Paweł Jasienica zawdzięcza Bolesławowi Piaseckiemu (nie on jeden) nie tylko wypuszczenie na wolność, ale uratowanie przed karą śmierci, do której miał bardzo blisko, jako oficer brygady Łupaszki. Konrad Górski, jak słusznie przypomina autor, w 1950 roku został pozbawiony prawa wykładania i jakiegokolwiek kontaktu z młodzieżą uniwersytecką, ale na UMK pozwolono mu zostać. Z młodszymi mniej się liczono. Czesław Zgorzelski i Irena Sławińska musieli wynieść się z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Szczęśliwie dla humanistyki, że mogli podjąć pracę na KUL-u.
Pewne dziedziny nauki zostały nie najlepiej w Encyklopedii potraktowane. Z nauk rolniczych jest profesor Staniewicz, (szkoda, że w książce nie ma nawet słowa o jego „kłopotach” politycznych w  PRL-) i Jagmin, ale zabrakło tak wybitnej postaci jak profesor Łastowski, wykładający po wojnie w Poznaniu, czy z młodszych jak Stefan Alexandrowicz, hodowca nowej rasy świń, czy Folejewski (rolnik, a nie poeta noszący to samo nazwisko).
Trudno też zrozumieć dlaczego brak jest w książce tak wybitnego twórcy litewskiego z Ziemi Wileńskiej jak Mikołaj Čiurlonis („Świat Inflant” 2004, nr 1, s.4), albo pisarza Antoniego Gołubiewa, skoro jest Paweł Jasienica i Czesław Miłosz. W pewnych przypadkach należałoby zwrócić szczególną uwagę czytelnika na kapitalne znaczenie jakiegoś jednego dzieła danego twórcy czy naukowca. Dla przykładu: wspomnienia z przełomu XIX i XX wieku Wacława Lednickiego (syn Aleksandra, ministra w rządzie Kiereńskiego) są znakomite, daleko lepsze niż wspomnienia innych autorów z tego okresu, ale w Polsce nieznane, bo wydane w Londynie. Te lata to przedświt naszej niepodległości, kiedy kruszył się porządek Świętego Przymierza pieczętujący niewolę Polski.
Chyba nie jest słuszna zasada przyjęta przez Wydawnictwo we wszystkich jego encyklopediach, że o żyjących się nie pisze. Ileż każdego roku pojawia się na rynku różnych ważnych leksykonów, gdzie dominują osoby żyjące współcześnie. Stąd warto pisać o zasługach przynajmniej tych najwybitniejszych jak Tomasza Venclova, jak prof. Bumblauskas, dziekan Wydziału Historii, malarz Stasis (mieszkający w Polsce).
W dziele M. Jackiewicza doskonale zarysował się dramatyzm tamtych czasów (bardzo ważne biogramy m.in. Wacława Iwanowskiego, Bronisława Taraszkiewicza, Michała Romera). Dramatyzm związany z budzeniem się świadomości narodowej i koniecznością szukania nowych rozwiązań ustrojowo-państwowych na gruzach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Polakom, Litwinom i Białorusinom przyszło wytyczać, niestety bez sukcesu, nową rzeczywistość w dodatku pod straszliwym zagrożeniem ze strony totalitaryzmu sowieckiego. Potrzebna była tamtym ludziom dalekowzroczność, wielka wizja przyszłości, odwaga polityczna,  odejście od starych ocen i przyzwyczajeń. Niestety małość po każdej ze stron okazała się silniejsza niż wielkość. Dziś rezultaty tamtych błędów są oczywiste dla każdego.