Stefan Pastuszewski - Migotliwie o literaturze z Łotwy

Autor, znany w literaturze polskiej jako świetny prozaik, jest jakby z natury swego powołania fascynatem odrębności, unikatowości, szczegółowości. Nic też dziwnego, że z obsesyjną wręcz pasją wyławia z morza literatury i para–literatury z terenów dzisiejszej Łotwy zjawiska marginalne, a przynajmniej nie powszechne. Już tytuł jego rozprawy:
”Historia literatury łotewskiej i łatgalskiej” jest swoistym przeakcentowaniem tej drugiej, o ile ona rzeczywiście samoistnie dziś istnieje, a nie jest tylko domeną podobnych do T. Zubińskiego, hobbystów. W pierwszym rozdziale pt. Łotwa przedstawia się czytamy o dwujęzyczności tej literatury, o narracji dwutorowej i równoległej jednocześnie (s.7), podczas gdy w istocie literaturze łatgalskiej poświęcony jest jeden, niezbyt skądinąd obszerny (21 na 260 stron całej książki) rozdział Młodsza siostra w języku i literaturze – Łatgalia.
Choć sporo w tym rozdziale powtórzeń z innych, szczególnie z pierwszego (sam autor prowadzi raczej narrację kołową, a nie dwutorową), to jednak potrafi on przekonać, że język (gwara?) łatgalski rzeczywiście jest bałtyjskim dzieckiem kresowo–barokowej polszczyzny. (Autor wbrew najnowszej terminologii posługuje się odniemieckim pojęciem bałtyckim, zamiast odrosyjskim, ale za to bardziej precyzyjnym, bo przecież Polacy i Duńczycy to też z racji swego ulokowania narody bałtyckie, pojęciem bałtyjski). Rzeczywiście to polscy jezuici skodyfikowali ten mówiony język, wydając w 1730 roku w Wilnie śpiewnik religijny po łatgalsku pt. Katoliszka Dzismin Gromota. Ważną rolę w tej pracy odegrał ksiądz Michał Roth (1721–1785) oraz seminarium duchowne w Krasławie w latach 1757–1844.
T. Zubiński w swoim forsowaniu języka łatgalskiego jakby zapominał, że na Łotwie rozwija się, również dziś egzotyczno-hobbystyczna, literatura liwska, zaś wielu Łotyszy pisało w duchu łotewskim, ale po niemiecku i po rosyjsku. Czy to też nie literatura łotewska, zważywszy chociażby na fakt, że do niedawna translacje na język polski odbywały się za pośrednictwem rosyjskiego? Mało jest i było tłumaczy znających język łotewski, T. Zubiński stanowi chlubny wyjątek, choć raczej nie kwapi się do większych prac translatorskich. (Problem odrębności ducha i tematu od języka sprytnie rozstrzygnęli Żydzi, pisząc na tablicy pamiątkowej na domu w Drohobyczu, w którym mieszkał Bruno Schulz, że był to pisarz żydowski, ale mistrz mowy polskiej).
Można by tak rozwodzić się, mniej lub bardziej polemicznie nad większością konstatacji T. Zubińskiego, lecz nie ma to większego sensu zważywszy na eseistyczno-felietonowy charakter omawianej pracy. Ta lekka, jakże odległa od ciężkiej, historyczno-literackiej, metodologia przedstawiania dziejów jednej literatury nie porządkuje wcale wiedzy o niej.
Wręcz przeciwnie – gmatwa wyobrażenia, ale za to przyciąga, zaciekawia. Mnogość dygresji, często o obsesyjno-pasjonackim charakterze, nadaje tej pracy wysoki poziom emocjonalności. Owa migotliwość sprawia, że rzeczoną książką można czytać bez znużenia od każdej strony oraz, aż się chce się wgłębiać w poszczególne, często drobiazgowo rozwijane tematy. Nie jest to jednak łatwe, bo w książce zabrakło nie tylko indeksu nazwisk, ale i bibliografii, a raczej ukryta jest ona w poszczególnych rozdziałach. Znając artystowski temperament T. Zubińskiego zadanie to powinno wykonać wydawnictwo, a także wyeliminować błędy językowe. Letyzacyjnie brzmi na przykład pojęcie rodzinna zagroda, a już szczególnie: urodzić się w rodzinnej zagrodzie (s.82). Złośliwy czytelnik zacznie się pytać: A gdzie? Czy na Łotwie są zagrody szpitalno-porodowe?, podczas gdy w rzeczywistości chodzi tu o typowo inflancki chutor, wielopokoleniowe, przechodzące na kolejne pokolenia z dziada pradziada gospodarstwo, w zaczym stopniu samowystarczalne i posiadające własną nazwę; tu: Kalnasta, czyli Zagroda na górze.
Ten sam rodowód translatorski posiada pojęcie dziekan przy kościele (s. 84), a dotyczące ks. Franciszka Trasunsa (1864–1926). Dziekan jest funkcją pomocniczą w diecezji i nie jest urzędem związanym z żadną świątynią, co wcale nie znaczy, że kapłan taki nie służy też jako proboszcz w którejś z nich. Dyneburg, czy Dźwińsk jak kto woli nosił rosyjską nazwę Borysoglebsk, a nie Borysglebowsk (s. 8). 
Rażą błędy literkowe, jak życie i działa (s. 83), czy w Barnauł zamiast w Barnaule (s. 227). Wydawnictwo, gdyby oczywiście czytało pracę T. Zubińskiego przed drukiem, a nie bezmyślnie skierowało ją do drukarni, mogłoby też wyeliminować taki błąd rzeczowy jak wpisanie do rozdziału Pod sowieckim butem sylwetki pisarza Pāvilsa Rozītsa, który żył w latach 1889–1937, a więc ani dniem nie zahaczył o sowietyzm. Cóż z tego, że był lewicowcem?! Lewicowy światopogląd datuje się co najmniej od połowy XIX wieku.
Mimo tych potknięć mamy przed sobą dzieło erudycyjne, rodzaj klucza do, wciąż jeszcze nieznanej, duchowości Inflant. Pasja autora, wybitnego znawcy Inflant, udziela się czytelnikom. Jest to więc książka do czytania, gorzej z analizą, bo brak jest właśnie indeksu nazwisk, choćby tylko bezpośrednio dotyczących literatury łotewskiej. 



Tadeusz Zubiński: Historia literatury łotewskiej i łatgalskiej, Sandomierz 2010, Wydawnictwo „Armoryka”, ss.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora